30. Pożegnania. >> niedziela, 4 lipica 2010 19:51:34


Kilka słów od Autorki: Kiedyś musiał nadejść ten moment. Przed wami ostatni rozdział tej historii. Nie przedłużając życzę przyjemnej lektury i dziękuję, że tak długo ze mną wytrzymaliście. Miło wiedzieć, że komuś podoba się to, co piszę. A teraz...

*
Matthew zatrzymał samochód tuż przed bramą wejściową, oddalonego o kilka kilometrów od centrum miasta, cmentarza pod wezwaniem Archanioła Uriela. W tym miejscu pochowano ponad dwa lata temu Carinę. Nie stawił się przy jej grobie ani razu. Nie pojawił się nawet na pogrzebie. Nie był w stanie godnie się z nią pożegnać. Nie potrafił poradzić sobie z bólem, który odczuwał po śmierci dziewczyny, ani tym bardziej znieść myśli, że już nigdy więcej nie zobaczy jej cudownej postaci, nie poczuje odurzającej woni ciała, nie dotknie ciepłej skóry, włosów, nie doświadczy głębi spojrzenia, ani nie posmakuje ust. Na dodatek poczucie winy tak bardzo go przytłoczyło, że nie śmiał przybyć na pogrzeb. Stchórzył.
Pomimo, że minęły dwa lata od jej śmierci nadal nie miał odwagi przestąpić progu cmentarnego placu. Wciąż miał wątpliwości, czy zrobił słusznie przyjeżdżając.
Zawahał się przed wejściem do środka, przystając przed furtką. Chciał już nawet zawrócić z powrotem i odjechać jak najdalej od tego miejsca, kiedy zatrzymała go handlarka zniczami. Dochodziła dziewiąta wieczorem, więc kobiecina kończyła pracę. Jednak widząc młodego mężczyznę, spytała, czy czegoś nie potrzebuje kupić na grób. Z łatwością mógł odmówić, ale w końcu poprosił handlarkę o jeden znicz i szybko, by mieć to już za sobą, wszedł na teren cmentarza z gotowością zmierzenia się z demonem własnej przeszłości.
Nie wiedział, gdzie dokładnie znajduje się grób dziewczyny. Orientował się jedynie, w której części cmentarza została pochowana. Nie musiał jednak długo szukać. Grób Cariny jako jedyny stał pusty. Nie spoczywały na nim żadne kwiaty, wieńce, czy nawet jeden palący się znicz. Wyglądał na zapomniany, pomimo że ona nieprzerwanie zajmowała miejsce w jego pamięci. Mimo swej śmierci nadal determinowała jego życie.
Przystanął przy opuszczonym i zaniedbanym grobie. Zobaczył zdjęcie dziewczyny w lewym górnym rogu nagrobka, – które sam przekazał do zakładu pogrzebowego – wraz z upamiętniającym epitafium: MIŁOŚĆ ZARÓWNO ZJAWIA SIĘ, JAK I ODCHODZI NIESPODZIEWANIE.
Często zbyt szybko, pomyślał bardzo przejęty wygrawerowanym napisem. Sam nie wiedział, dlaczego właśnie takie zdanie polecił wykonać na tej zimnej marmurowej płycie. Wtedy działał pod wpływem emocji, impulsu. Nie było w tym żadnej kalkulacji. Zdanie to było szczere. Określił Carinę słowem „miłość”, bo była jego wielką miłością. Taką miłością, która rzadko spotyka człowieka, możliwe nawet, że pojawia się tylko raz w życiu. Jego szczęście nie trwało jednak długo. I sam po części się do tego przyczynił.
Gdy tylko spojrzał na fotografie wspomnienia zaatakowały go ze wszystkich stron. Usłyszał nawet w podświadomości jej radosny śmiech. Przypomniał sobie wszystkie chwile spędzone razem. Nie wytrzymał emocji, które wzbudziły się w nim na widok tego grobu. Nie panował już nad swoimi reakcjami i po chwili płakał jak dziecko obejmując zimny marmur. Po raz pierwszy od jej śmierci pozwolił sobie na słabość, bowiem kiedy zmarła nie mógł uronić ani jednej łzy. Coś się w nim zablokowało, a teraz ta blokada przestała go ograniczać. Łkał czując się całkowicie bezbronny przed tą falą żalu wypływającą z jego wnętrza mokrymi strumieniami.
Wróciły do niego obrazy z tamtego nieszczęsnego i tragicznego dnia. Pamiętał, że jeszcze nigdy nie czuł takiej wściekłości, jak w chwili, kiedy odkrył, czym zajmowała się dziewczyna za jego plecami. Przyłapał ją na uprawianiu seksu z jakimś dużo starszym mężczyzną. Nigdy nie czuł się tak poniżony, oszukany, zdradzony. Siłą zaciągnął ją do samochodu, nawet nie zwracając uwagi na to, czy przypadkiem nie wyrządził jej tym bólu. Jechał z bardzo dużą prędkością. Przez cały czas kłócili się ze sobą. Carina krzyczała, że nie ma prawa decydować o jej życiu, ograniczać jej rozrywek – seks dla pieniędzy uważała za jedną z nich. Matthew był zdruzgotany tym odkryciem. W pierwszej chwili wstrząśnięty nie potrafił zapanować nad gniewem. Jeszcze nigdy nikt go tak nie oszukał, nie ośmieszył. Zakpiła sobie z niego i jego uczuć. Od samego początku był tylko i wyłącznie zabawką w jej rękach. Oczywiście nie omieszkała mu uświadomić jego naiwności. Nie kochała go. Tego był pewien i nawet nie próbował jej usprawiedliwiać. Sypiała nawet z Voltockiem. Czuł się jak skończony kretyn, że tak długo pozwalał jej się wodzić za nos. Zażądała, żeby się zatrzymał. On jednak nie miał zamiaru dłużej spełniać jej zachcianek. Ich kłótnia nasiliła się do tego stopnia, że zaczęli się ze sobą szarpać. To stało się w ułamku sekundy. Nie zauważyli zakrętu zajęci przepychankami. Z wielkim impetem wjechali prosto na barierkę, po czym samochód stoczył się w dół zbocza. Pamiętał, że poczuł niemożliwy do opisania ból, kiedy uderzył twarzą w kierownice. Stracił przytomność. Nie wiedział jak długo trwał w tym stanie, a kiedy ocknął się Cariny nie było obok niego. Zdezorientowany dopiero po dłuższej chwili zdał sobie sprawę, że wyleciała przez przednią szybę. Nie miała zapiętych pasów. Nie zważając nawet na swoje obolałe ciało, jakimś cudem wydostał się z wraku samochodu i czym prędzej podczołgał się do dziewczyny. W tamtej chwili zapomniał o swojej złości przejęty skutkiem ich kłótni. Za wszelką cenę chciał ją ratować, ale szybko zrozumiał, że na to było już za późno. Carina leżała martwa. Zdołał jedynie odciągnąć jej ciało jak najdalej od samochodu, by po chwili usłyszeć eksplozję. Jego samochód wybuchł w powietrze. Miał dużo szczęścia, że wysiadł z niego. Gdyby w nim został zapewne leżałby na cmentarnym placu wraz ze swoją dziewczyną. Przez te dwa lata żałował jednak, że tak się nie stało, bowiem życie, które od tej pory wiódł było jedynie marną egzystencją. Za wszelką cenę starał się zapomnieć. Oddawał się hulaszczemu trybowi życia, balansował na granicy życia i śmierci oddając się niebezpiecznym rozrywką, byleby tylko nie mieć czasu na myślenie. Śmierć jednak nie przychodziła.
Nie stronił od towarzystwa kobiet, bawił się ich uczuciami, nie rzadko je przy tym poniżał, by nigdy więcej samemu nie przechodzić przez katusze, które miłość ze sobą niesie. Oddawał się miłości fizycznej, ale obiecał sobie, że już nigdy więcej nie dopuści, by jakakolwiek kobieta zawładnęła jego duszą. Aż tu nagle pojawiła się ona. Anna. Irytował go jej opór przed nim. Broniła się zajadle, przez co niewątpliwie wzbudzała coraz większe jego zainteresowanie. Intrygowała go zarówno swoją wrażliwością, jak i wybuchowym temperamentem, który to jemu udało się w niej rozbudzić. Przy niej zaczynał tracić kontrole nad swoimi emocjami. Nie potrafił zachować już obojętności na jej próby poznania jego osoby. Zdawał sobie sprawę, że pragnęła wydobyć z niego wrażliwszą, lepszą stronę. Wzbudzała w nim mieszane uczucia, a przede wszystkim rozbudziła uśpione sumienie, które teraz gryzło go ze zdwojoną siłą. Anna stanowiła niebezpieczną, zgubną mieszankę dla jego szatańskiej natury. Zdawał sobie sprawę, że nie jest mu obojętna. A przynajmniej nie do tego stopnia, w jakim chciał, by pozostała. Wiedział, że mógłby się w niej zakochać. Po raz pierwszy nie miał, co do tego wątpliwości. Mógłby ją zatrzymać, nie pozwolić odjechać, ale ona zasługiwała na coś więcej, niż mógłby jej zaoferować. Nie miał prawa igrać z jej uczuciami. Nie był wcale lepszy od Cariny. I to go przerażało.
- Niech przeszłość pozostanie przeszłością. Zajmijmy się teraz teraźniejszością, by przyszłość była bardziej szczęśliwa. Nie uważasz Carino, że to dobry krok? – spytał retorycznie, bo nie oczekiwał na odpowiedź z jej strony. Właściwie nawet, jakby mogła mu jej udzielić, nic by go nie obeszło zdanie dawnej dziewczyny. Nie darzył, bowiem zmarłej szacunkiem. A chciał, chociaż odzyskać szacunek do samego siebie, dlatego szybko wstał z ziemi i opuścił cmentarz pozostawiając na grobie samotnie palący się znicz. Jedyny znak swojej pamięci i ostatecznego pożegnania.

Punktualnie o dziesiątej wieczorem Anna żegnała się ze swoimi koleżankami nie kryjąc łez wzruszenia. Co prawda uważała Angelikę za trudną we współżyciu, ale wiedziała, że mimo wszystko będzie jej brakowało tak specyficznej osoby. Dopiero teraz zdała sobie sprawę, że ją na swój sposób polubiła i z całego serca życzyła jej wszystkiego dobrego.
Stefanie w krótkim czasie również zyskała jej sympatię i miała cichą nadzieję, że dziewczynie uda się wyleczyć złamane serce Seana. Obydwoje do siebie pasowali. Już dawno zdążyła to zauważyć, podobnie jak ogromne uczucie, którym blondynka do niego pałała. Nie zdążyła się jednak dowiedzieć, co było powodem ich rozstania. A teraz nie było już czasu, żeby poznać przyczynę. Ta kwestia zostanie już dla niej wieczną tajemnicą. Mocno będzie trzymać kciuki za tą parę – wierzyła, że Sean nie bałby się drugi raz wejść do tej samej rzeki, ale on również potrzebuje czasu, żeby się otrząsnąć z obecnego miłosnego zawodu.
Najdłużej żegnała się z Susie, która zajęła szczególne miejsce w jej sercu. Nie miała wątpliwości, że dziewczyna stała się jej przyjaciółką. Wiedziała, że nigdy o niej nie zapomni i będzie za nią tęsknić. Susie obiecała, że odwiedzi ją któregoś dnia w Warszawie, a Anna wyznała, że byłaby uszczęśliwiona mogąc ją u siebie gościć.
Pożegnała się nawet z Marcem, który nie wiadomo skąd przyjechał wraz z jej przyjaciółką. Nie chciała się jednak nad tym zastanawiać. Marc był jedynym przyjacielem Matthew, którego polubiła. Nie był aż tak zepsuty, jak pozostali. Podziękowała mu za wspólną grę w koszykówkę i krótką rozmowę. Mulat wyznał, że jest mu przykro z takiego obrotu sprawy i szczerze przeprosił za swój udział w zakładzie. Przyznał, że wszyscy zachowali się okrutnie wobec niej. Anna stwierdziła, że nie ma do niego żalu i uścisnąwszy mu dłoń skierowała się do samochodu, by zająć miejsce pasażera obok kierowcy.
Zdążyła otworzyć drzwiczki i położyć torebkę, gdy zauważyła nadjeżdżający, charakterystyczny model samochodu. Zaskoczona, podobnie jak reszta przyjaciół, obserwowała, jak czarne BMW-u zatrzymuje się na podjeździe i jak wysiada z niego Matthew.
Wytrzeszczyła mocniej oczy nie wierząc w to, co widzi. Poczuła, jak nogi odmawiają jej posłuszeństwa. Musiała przytrzymać się mocniej drzwi, by się pod nią nie ugięły.
Zimmer przez krótką chwilę wpatrywał się w szatynkę stojąc przy swoim samochodzie, po czym powoli zaczął zbliżać się w jej kierunku. Postanowiła stanąć dzielnie i nie pokazać po sobie przejęcia jego nagłym pojawieniem. Było to jednak bardzo trudne. Serce biło jej jak oszalałe i z ledwością łapała oddech. Nie wiedziała, czego powinna się spodziewać. A kiedy stanął przy niej, poczuła się jak liść na wietrze, który silniejszy powiew może zerwać i porwać daleko w przestworza. Zachowała jednak na tyle zdrowego rozsądku, by spojrzeć na niego oczekująco. Nie miała zamiaru pierwsza przerywać milczenia i zapytać gościa, po co przyjechał.
Matthew nie oczekiwał tego po niej. Choć przez chwilę miał nadzieję, że wybawi go z opresji. Sam nie wiedział, co chce jej powiedzieć. A właściwie, jak zacząć.
- Chciałbym z tobą porozmawiać, Anna – powiedział w końcu nie spuszczając z oczu jej twarzy. – Bardzo mi na tym zależy – dodał pospiesznie.
- Dobrze – zdołała z siebie wydusić i czekała na dalszy jego ruch.
- Na osobności – wyjaśnił czując na sobie zaciekawione spojrzenia.
- Wejdźmy do domu – zaproponowała, więc bez słowa ruszył za nią chodnikiem.
Szwagier szatynki odsunął się im z drogi, ale nie omieszkał posłać w stronę chłopaka wymownego spojrzenia. Gdyby wzrok mógł zabić, pewnie już by nie żył.
Anna wprowadziła go do dużego pokoju, w którym całkiem niedawno odbyła oczyszczającą rozmowę z jego młodszym bratem. Podobnie jak wtedy nie wiedziała, czego ma się i tym razem spodziewać.
Stanęła przy oknie odwrócona plecami do niego i wyczekiwała dalszego rozwoju wypadków.
Matthew przyglądał się jej w milczeniu. Miała na sobie bordowy dres i czarne sportowe buty, a włosy spięte wysoko w koński ogon. Pomimo tak mało kobiecego wyglądu musiał przyznać, że podoba mu się nawet w takim wydaniu.
- Czego ode mnie jeszcze chcesz, Matthew? – spytała nie wytrzymując dłużej napięcia, które wywołało jego pojawienie się.
- Chcę cię przeprosić – odpowiedział stając za nią na tyle blisko, że nie sposób było zwiększyć dystans między nimi. Nie zważając na jej reakcję – zresztą nie pierwszy raz – odwrócił ją do siebie i zmusił tym samym, by na niego spojrzała.
Kiedy to zrobiła dostrzegła w jego twarzy coś niepokojąco nowego. Miał przekrwione oczy, które wpatrywały się w nią z ogromną intensywnością. Sam ten widok sprawił, że nie panując nad swoim ciałem wyciągnęła rękę, którą zbliżyła do jego twarzy.
- Nie rób tego – powiedział przeczuwając, jaki ma zamiar. Ręka Anny momentalnie zatrzymała się w powietrzu blisko policzka bruneta. Po raz kolejny poczuła się zażenowana. – Nie zasługuję na twoją troskę – wyjaśnił, kiedy spuściła wzrok. – Nie zasługuję na jakiekolwiek twoje względy. Zachowałem się wobec ciebie niewybaczalnie. Nic mnie nie usprawiedliwia. Mimo to przyszedłem prosić cię o wybaczenie. Nawet błagać o nie, jeśli zajdzie taka potrzeba.
Anna ponownie na niego spojrzała. Wyraźnie było widać, że czeka na jakąś jej reakcję.
- Dlaczego? – spytała w końcu. – Dlaczego tak bardzo ci zależy na moim przebaczeniu? Nie jestem raczej pierwszą dziewczyną, którą uwiodłeś i złamałeś serce.
- Ale jesteś pierwszą, na której zaczęło mi zależeć – odparł, a ona otworzyła usta zaskoczona. – I to w stopniu większym niżbym podejrzewał. Nie mogę ci jednak powiedzieć, że cię kocham, bo nie jest to prawdą. Nie będę w stanie nikogo pokochać, jeśli nie rozliczę się do końca z moją przeszłością, za nim nie zrozumiem, jakim człowiekiem naprawdę chcę być. Ale na to muszę dać sobie trochę czasu. Dlatego nie mogę prosić, żebyś została. Nie mam ku temu prawa. Bardzo żałuję, że stałem się powodem twojego wyjazdu. Wiem, że cię skrzywdziłem i nie chcę, żebyś dłużej przeze mnie cierpiała. Jesteś pierwszą osobą, która ukazała mi bolesną prawdę o mnie samym. Otworzyłaś mi oczy, Anna. Zdaje się nawet, że przez ciebie, a może dzięki tobie, zapragnąłem być lepszym człowiekiem. Wiem, że masz mnie za potwora…
- Nie, Matthew – przerwała mu widząc, że ta przemowa dużo go kosztuje.
- Wiem, że jestem złym człowiekiem.
- Nie jesteś złym człowiekiem, Matthew. Jesteś po prostu zagubiony – stwierdziła przejęta jego żalem. – I życzę ci, żebyś odnalazł swoje prawdziwe „ja”. Wierzę, że jest w tobie jednak coś wartościowego.
- Dałaś mi do zrozumienia, że mnie kochasz – zauważył. – Myślę, że to nie prawda.
Anna zaniemówiła. Spojrzała na niego gniewnie. W jednej chwili miała ochotę go uderzyć. Ale nim się na ten czyn zdobyła, on zdążył mówić dalej:
- Myślę, że to tylko silne zauroczenie, które minie równie szybko, jak się pojawiło. Pamiętasz naszą rozmowę podczas meczu? Na temat wielkiej miłości? Czy pamiętasz, co wtedy powiedziałaś?
- Pamiętam. Powiedziałam, że nie można mówić o wielkiej miłości po dwóch tygodniach znajomości – odparła przypominając sobie ich rozmowę.
- A ja przyznałem ci rację. Prędzej można mówić o zauroczeniu, fascynacji. Co prawda nasza znajomość trwa już znacznie dłużej, ale wciąż twierdzę, że to nie jest miłość. Z mojej strony na pewno. Z twojej myślę, że także – stwierdził z przekonaniem nie spuszczając z oczu jej twarzy.
- A jeśli się mylisz? Nie jestem osobą, która łatwo się odkochuje – wyznała odwzajemniając spojrzenie.
- Wtedy tutaj wrócisz. Odnajdziesz mnie i z całą satysfakcją będziesz mogła powiedzieć, że byłem w błędzie – odparł z lekkim uśmiechem. – Powiedzmy, że to nastąpi za pół roku.
- Tak długo mam o tobie zapominać? Aż pół roku? – spytała z przekąsem. – Chyba jednak wciąż się przeceniasz. – Na te słowa Matthew uśmiechnął się jeszcze szerzej. – A co będzie, jeśli faktycznie się zjawię? Co wtedy?
- Wtedy nie pozostanie mi nic innego, jak się w tobie bez pamięci zakochać – oznajmił poważnym tonem. – Chociaż jestem przekonany, że nie dasz mi tej szansy i znajdzie się ktoś, komu chętniej oddasz serce. Komuś, kto nie będzie cię krzywdził swoimi niezdrowymi nawykami i nie będzie aroganckim padalcem bez szkieletu moralnego. Zasługujesz na kogoś, kto cię doceni i zrobi wszystko, by uchylić ci nieba.
Matthew, Ty idioto! – pomyślała ze złością. – Myślisz, że tego właśnie chcę? Gdyby tak było nadal byłabym z twoim bratem, a nie jak ta ostatnia kretynka szalała za tobą! Wolę już tego ironicznego, aroganckiego padalca bez szkieletu moralnego, który już samą swoją obecnością zaraża swoim szaleństwem. Którego obecność porusza do takiego stopnia, że za jego sprawą wiem, że żyję, pragnę, pożądam. Może tylko taki diabeł jest w stanie mnie uszczęśliwić, poruszyć we mnie nieznane dotąd instynkty.
Nie ośmieliła się powiedzieć tego głośno. Wyraźnie zakomunikował, że jej nie kocha i nawet zaczął podważać jej uczucia względem niego. Nie miała zamiaru przekonywać, że jest w błędzie i, że jeszcze nigdy nie była tak pewna swoich uczuć, jak teraz. Nie chciała jego litości. Jeśli zdołała poruszyć jego sumienie, to dobrze. Przynajmniej nie przegrała aż tak bardzo, jak sądziła. Ale nic więcej nie zdoła zrobić, jeśli on sam nie będzie tego chciał.
- Masz rację – odparła po chwili nie patrząc mu w oczy. – Tego właśnie najbardziej pragnę. I chyba to prawda, że to, co czuję, to zwykłe zauroczenie. Nic więcej. Nie musisz się martwić. Przejdzie mi. Czy to wszystko, co chciałeś mi powiedzieć? Muszę się pośpieszyć. Zapewne Ewelina się niecierpliwi.
- Tak. Chyba to wszystko – powiedział z wahaniem.
Anna po usłyszeniu jego wypowiedzi szybko go wyminęła i ruszyła do wyjścia. Nie uszła jednak daleko, kiedy ją zatrzymał. Spojrzała na niego już zniecierpliwiona. Myślała, że ta rozmowa dobiegła końca, ale okazało się, że jednak nie powiedział wszystkiego.
- Chcę, żebyś to zatrzymała – wyjaśnił wyciągając z wewnętrznej kieszeni kurtki papierowy rulon. Od razu domyśliła się, co to takiego. Mianowicie jej akt. – Nie był mi do niczego potrzebny. Przegrałem ten zakład – dodał, choć niepewny jej reakcji na wzmiankę o zakładzie.
- Mam ci współczuć z tego powodu? – spytała sucho.
- Nie, Anna. Nie zasługuję na jakiekolwiek współczucie i dobrze o tym wiem. Za nim jednak wyjedziesz chcę, żebyś wiedziała, że już dawno zrezygnowałem z tego zakładu – wyznał, a ona spojrzała na niego niedowierzającym wzrokiem. – Tuż po incydencie na kuchennym blacie.
- I mam ci w to uwierzyć, Matthew? Jesteś wprawnym kłamcą – zauważyła z celową złośliwością.
- To prawda. Opanowałem tą zdolność do perfekcji. Jednak nie mam teraz powodu kłamać.
- Któż to wie. Może został teraz zawarty jakiś inny zakład. Na przykład o to, czy uda ci się mnie zatrzymać – zakpiła.
- Niestety Damien na to nie wpadł – odparł ze spokojem. – I myślę, że nawet nie wie o tym wyjeździe.
- Jaka szkoda!
- Chciałem, żebyś wiedziała. Ale czy w to uwierzysz, to już twoja decyzja.
- Więc dlaczego? – spytała z ciekawości. – Dlaczego nie dałeś mi później spokoju? Skoro zrezygnowałeś – zauważyła czujnie mu się przyglądając.
- Jest w tobie coś, co mnie przyciąga. Jesteś nie tylko piękna, ale i delikatna. Tak różna od dziewczyn, które znam. Pożądałem cię. Nadal pożądam. Dlatego nie mogłem przestać próbować się do ciebie zbliżyć na tyle, by zaspokoić swój głód. Ale nie będę mylił pożądania z miłością. Nie będę wmawiał, że cię kocham. Nigdy tego nie zrobię, jeśli nie będę pewien swoich uczuć. To byłoby znacznie większe rozczarowanie dla ciebie, gdyby okazało się nieprawdą. Wierz mi, że zabolałoby znacznie bardziej. Prawdopodobnie nie ma nic gorszego niż wiara w miłość, której nie ma – oznajmił z tak wielką pasją, że Anna nie miała wątpliwości w prawdziwość tego wyznania.
- Dziękuję ci Matthew. Dziękuję, że choć raz byłeś ze mną szczery – odparła łamiącym się głosem. – I dziękuję, że mi tego nie wmówiłeś. Gdybyś to zrobił zapewne bym cię znienawidziła.
- A teraz? Nienawidzisz mnie? – zapytał ujmując jedną z jej dłoni, ale szybko wyrwała ją z tego uścisku. Nie była wstanie znieść jego bliskiej obecności, a już szczególnie dotyku. Nie chciała znowu zamącić sobie w głowie. Nie mogła znowu zacząć się wahać.
- Nie, Matthew. Wcale cię nie nienawidzę, po prostu mam do ciebie żal – wyznała szczerze i odważnie patrząc mu prosto w oczy. Uśmiechnął się ze smutkiem słysząc jej odpowiedź.
- Wolałbym, żebyś mnie nienawidziła. Nienawiść to równie silna namiętność, jak miłość. Może nawet silniejsza. I potrafi motywować do zapominania.
- Przykro mi, że ponownie cię rozczarowałam.
- Nie nazwałbym tego rozczarowaniem. Raczej ponownym pozytywnym zaskoczeniem. To tylko potwierdza, jak wyjątkową jesteś osobą. I nigdy nie powinnaś o tym zapominać – stwierdził podając jej akt.
- Zatrzymaj go – odepchnęła papier od siebie gestem ręki. – Może kiedyś będzie tak samo cenny, jak ten z Titanica – zmusiła się do żartu.
- Na pewno. Ale nie boisz się, że wykorzystam go w złych celach?
- Gdybyś chciał to zrobić, już by to się stało. I nic nie byłoby w stanie cię powstrzymać. Na mnie już czas – dodała mocno ściskając kciuki we wnętrzu kieszeni swej bluzy, by zapanować nad emocjami. Miała już ruszyć do wyjścia, ale ponownie ją zatrzymał.
- Czy mogę po raz ostatni cię objąć? – zapytał spoglądając prosto w oczy dziewczyny. – Na pożegnanie?
Na moment zawahała się. Nigdy wcześniej nie zapytałby jej o zgodę. Po prostu by to zrobił. Teraz dał jej wybór, z którego skorzystała wedle swojego uznania. Pokręciła przecząco głową.
- Nie, Matthew. To i tak jest dla mnie wystarczająco trudne pożegnanie – wyznała przymykając na chwilę oczy, by ukryć napływające do nich łzy. – Mam nadzieję, że wygrasz bój ze wszystkim, co sprawiło, że zamknąłeś się w tak szczelnym pancerzu. Wierzę, że nie masz serca z kamienia, ale to ty musisz chcieć je otworzyć. Nikt nie zrobi tego za ciebie.
Nic więcej nie dodając nie czekała na jego odpowiedź. Pospiesznie wyszła z pokoju i równie szybkim krokiem opuściła dom.
Matthew wyszedł z niego chwilę później. Przystanął przy drzwiach i odprowadził wzrokiem powoli ruszający z podjazdu samochód. W niedługim czasie zniknął on w otchłani nocy za zakrętem.
Anna odjechała. Już nigdy więcej miał jej nie zobaczyć? Czy to był koniec ich historii? Przez wzgląd na dzieci, którymi nadal jesteśmy, bajki kończą się dobrze. Wierzę, że i ta bajka doczekała się takiego końca, bo w niebezpiecznej grze nie ma zwycięzcy.


KONIEC


P.S
Bardzo kusiło mnie, żeby zakończyć to opowiadanie happy endem, ale doszłam do wniosku, że pierwsza myśl jest zawsze najlepsza. Jeśli was rozczarowałam, to przepraszam. Trzymajcie się i może "do zobaczenia"(!)

P.S. 2
Nawiązując do jednego z komentarzy:
Nie mogłabym uśmiercić Matthew - za bardzo uwielbiam jego postać i jestem cholernie z niej dumna :D

pozdrawiam:
~Enigma
komentarze [5]

029. Koniec gry.
>> sobota, 29 maja 2010 22:59:13


Kilka słów od Autorki:
Witam ponownie po dość długiej przerwie, za którą bardzo przepraszam. Nie miałam jednak ani czasu, ani tym bardziej natchnienia na napisanie czegokolwiek. Jednak w końcu się udało, dlatego bez zbędnego przedłużania zapraszam do czytania. To już przed ostatni rozdział. Za niedługo spodziewajcie się zakończenia.


Angelika przez całą drogę, którą miały do pokonania w celu dostania się na parking, gdzie Susie zostawiła swój samochód, nie odezwała się ani słowem. Jednak widać było po wyrazie jej twarzy, że jest wściekła i prowadzi wewnętrzną walkę ze swoją złością, która okazała się być silnym i bardzo wzburzonym przeciwnikiem.
Anna również milczała, podczas, gdy Susie próbowała wciągnąć to jedną, to drugą w rozmowę, ale z marnym skutkiem. Zdołała jedynie, co jakiś czas zmusić je do wydawania z siebie dźwięków paralingwistycznych, takich jak ciche westchnienia, pomruki i przydźwięków w rodzaju „Yhy”, bowiem nie wykazywały żadnych chęci do nawiązania dłuższej i bardziej złożonej konwersacji. Tak, więc w pewnym momencie dała sobie z tym spokój i postanowiła dać im trochę czasu na przetrawienie spotkania z Matthew i jego nową „dziewczyną”.
Szatynka przez cały czas w skupieniu obserwowała drogę, którą podczas tego krótkiego spaceru pokonywały, próbując zapamiętać jak najwięcej szczegółów, chcąc w ten sposób skupić na czymś innym swoje myśli, niż na temacie Matthew Zimmera i Kornelii Richmond. Nie chciała ich już więcej do siebie przywoływać. To byłby już masochizm, bowiem to nagłe i niespodziewane spotkanie jedynie utwierdziło ją w przekonaniu, że nie była dla niego nikim ważnym i nigdy, w żadnej chwili mu na niej nie zależało. I powinna była sobie to uświadomić już jakiś czas temu, w końcu dla niego liczył się tylko zakład, który dzisiaj dobiegał końca. Co gorsza, nawet słowa, które mu wygarnęła nie wywarły na nim żadnego wrażenia, a wręcz spłynęły po nim jak po kaczce. Z drugiej strony, czego się spodziewała? Stanowiła jedynie epizod w jego życiu, zresztą dość nieudany, który szybko zostanie zapomniany. Fakt, jakże bolesny, ale prawdziwy, i zdawała sobie sprawę, że im szybciej go zaakceptuje, tym prędzej wyleczy się z „Matthewholizmu”. Ale żeby całkowicie wymazać go ze swojego serca i pamięci czekało ją sporo pracy. A dzisiaj przynajmniej on będzie miał powód do zadowolenia. W końcu umożliwiła mu wygranie zakładu i jednocześnie zachowanie tytułu „macho”, któremu żadna nie była w stanie się oprzeć. Tylko ona i on wiedzieli, że to nieprawda. Jednak nie miało to już żadnego znaczenia. Najważniejsze, że nikt poza nimi o tym nie wie, a raczej, że jego przyjaciele nie mają o tym zielonego pojęcia. I tak nastąpi koniec gry. Koniec jego gry. Koniec historii o naiwnej dziewczynie, która z szaleńczym uporem starała się wydobyć z kogoś w rodzaju „mężczyzny fatalnego” tą skrywaną pod maską wrażliwą twarz. Niestety ze skutkiem zerowym. Osiągnęła w tej kwestii druzgocącą porażkę. Zrozumiała, że w Matthew Zimmerze nie ma jednak nic wartościowego. Okazał się wyzbyty wszelkich zalet moralnych, był zepsuty do szpiku kości, i żałowała, że przez tak długi okres czasu, łudziła się, że jest inaczej. Miała nauczkę na przyszłość. I odkryła, że wiele jest prawdy w powiedzeniu, iż jeśli ma się o kimś złe wyobrażenie, nie należy mówić o tym głośno, bo ta osoba równie szybko udowodni, że nie jesteś w błędzie.
Kiedy w końcu udało im się dotrzeć do samochodu rozdzwoniła się komórka Susie. Dzwoniła Stefanie, by powiadomić je, że spotkają się pod domem siostry szatynki za jakąś godzinę. Jak podkreśliła nie mogłaby nie przyjechać pożegnać się z Anną.
Susie próbowała jeszcze wypytać dziewczynę o Seana, ale w tej kwestii była bardzo tajemnicza. Poza tym stwierdziła, że nie jest to rozmowa na telefon. Dodała jeszcze, że będzie miała dla Anny małą niespodziankę. Susie streściła im tą rozmowę, po czym wszystkie wsiadły do samochodu i ruszyły w drogę powrotną.
Pod dom małżeństwa Schultz zajechały w ciągu niespełna dwudziestu minut. Na podjeździe stał już samochód należący do szwagra szatynki i zastały samego Roberta pakującego bagaże obu sióstr.
Anna pomachała do niego, kiedy tylko wysiadły i zaprosiła koleżanki do domu. W saloniku zastały Ewelinę, która pakowała jeszcze jedną torbę. Zaoferowały jej swoją pomoc, ale siostra Anny stwierdziła, że już prawie kończy. Spytała za to, czy nie mają ochoty na tortillę, którą kupiła po drodze z pracy, bo ktoś powinien ją zjeść póki jest jeszcze ciepła. Dziewczyny zgodnie podziękowały przyznając, że jadły na mieście, dlatego nie zdołają już nic w siebie wmusić. Ewelina rozumiejąc przytaknęła głową i z ich małą pomocą zapięła zamek torby, którą zostawiła w kącie, by Robert mógł ją zabrać do samochodu. Chwilę później udała się do kuchni, by przygotować termos z kawą na drogę. Oprócz tego „czarnego diabła” zakupiła jeszcze kilka Red Bulli, które miały ją rozbudzić i dodać energii podczas jazdy, gdyż blondynka miała robić za kierowcę.
- Jesteś pewna, że chcesz jechać? – spytała Susie Anne przeciągając się na kanapie.
- Teraz to już nawet nie mam wyjścia – odparła siląc się na żartobliwy ton wskazując torbę. – Poza tym lepiej będzie jak wyjadę.
- A gdyby cię zatrzymywał? – dodała nie spuszczając z niej wzroku. – Zostałabyś?
- Nie wiem. Może – przyznała poważniejąc. – Ale wątpię, żeby do tego doszło. Sama widziałaś, że mój wyjazd wcale go nie poruszył.
- Ale… - chciała jeszcze coś powiedzieć, lecz Anna jej przerwała.
- Nie chcę o nim rozmawiać. Ten rozdział w moim życiu uważam za zamknięty i nie chcę myśleć, co by było gdyby…
Susie nic więcej nie powiedziała. Co prawda chciała, ale rozległ się dźwięk dzwonka u drzwi. Angelika spojrzała w stronę korytarza wyrwana z letargu w jaki wpadła.
- Może to on – powiedziała po chwili bez entuzjazmu, po czym zamilkła bojąc się swojej reakcji, jeżeli naprawdę okazałoby się, że to Matthew Zimmer.
Z kolei Anna nie spieszyła się z zobaczeniem, kto przyszedł. Kiedy w końcu zdecydowała się pójść otworzyć, usłyszała, że siostra ją ubiegła. Po chwili do salonu rzeczywiście wszedł Zimmer. Sean Zimmer w towarzystwie Stefanie.

W pomieszczeniu zapanowała nagle niezręczna cisza. Sean niepewnie spojrzał na Annę, która na jego widok poczuła jeszcze większe zmieszanie, niż podczas swojej „ostatniej spowiedzi”, gdzie on, jako ksiądz nie udzielił jej rozgrzeszenia. Była ponadto zaskoczona, gdyż nie spodziewała się go więcej zobaczyć. A Sean nie wyglądał w jej oczach, jak dawny Sean, którego znała. Zauważyła, że ma podkrążone, przekrwione oczy, które straciły swój dawny blask. Zdając sobie sprawę, że to ona doprowadziła go do takiego stanu, poczuła jeszcze większe wyrzuty sumienia i żal do siebie, że skrzywdziła do spółki z Matthew, osobę, która w żaden sposób sobie na coś takiego nie zasłużyła. Nie była pewna, jak ma się teraz zachować. Wolała zaczekać na jakiś ruch chłopaka, który go wykonał po kilku minutach krępującej ciszy, prosząc dziewczyny, żeby zostawiły ich samych. Chciał z nią bowiem porozmawiać. Nie musiał prosić dwa razy. Natychmiast, Angelika wraz z Susie i Stefanie, wyszły z pokoju zamykając za sobą drzwi, chcąc w ten sposób pozostawić im nieco prywatności. Zgodnie z prośbą Seana zostali sami.
Anna spojrzała więc na swojego byłego już chłopaka nie wiedząc czego ma się właściwie po nim spodziewać. On sam unikał jej wzroku, tym samym udowadniając, że nie tylko ona czuje się w tej sytuacji niezręcznie.
- Więc rzeczywiście wyjeżdżasz – stwierdził mówiąc bardziej do siebie niż do niej.
- Tak – przyznała cicho, niemalże szeptem. – Tak będzie najlepiej.
- Najlepiej dla kogo? – spytał w końcu podnosząc na nią swój wzrok.
- Dla ciebie. Dla mnie. Dla wszystkich – oznajmiła nadal nie zmieniając swojej cichej tonacji.
- Nie, Anna. Nie dla mnie – wyznał podchodząc szybko do dziewczyny i chwytając ją za ramiona, by spojrzała mu prosto w oczy.
Zaskoczył ją. Spodziewała się kolejnej porcji obelg z jego strony, złości, kpin. Tymczasem Sean był w pełni opanowany, spokojny i co było najgorsze, przybity. Mimo tego jak go skrzywdziła nadal wyczuwała w jego głosie i gestach czułość skierowaną ku jej osobie.
- Nie chcę, żebyś wyjeżdżała. Nie teraz. Nie w taki sposób.
- Ale…
- To nie może się tak skończyć. Nie chcę, żeby to się tak skończyło – oznajmił wojowniczo.
- Sean – westchnęła ze smutkiem. – To już się skończyło. Nie można cofnąć czasu. Poza tym i tak bym w końcu wyjechała. Prędzej, czy później, ale jednak. To od początku nie miało sensu.
- Co nie miało sensu?
- Ty…ja…razem…Przepraszam, ale to prawda. Bardzo cię lubiłam. Nadal lubię, ale jako kolegę, przyjaciela, a to nie wystarczy, by kogoś pokochać. Poza tym mówiłeś, że nie chcesz mnie już więcej widzieć – zauważyła – że nie możesz na mnie patrzeć, że… - przerwał jej.
- To prawda, mówiłem. Tylko, że byłem wzburzony. Nie spodziewałem się czegoś takiego. Byłem zaślepiony złością i przez to niesprawiedliwy w swojej ocenie. Dużo o tym myślałem, Anna. O tym co mi powiedziałaś ty i … - urwał, jakoś nie mogło mu przejść przez gardło imię brata. – Doszedłem do wniosku, że to nie jest twoja wina. Przynajmniej nie cała. Dlatego chciałem cię przeprosić za swoje zachowanie.
- Nie masz mnie za co przepraszać.
- Mam. Chociażby za to, że nie dostrzegłem i nie przerwałem chorych gierek mojego brata. Dlaczego mi o tym nie powiedziałaś, Anna? Dlaczego nie powiedziałaś, że cię uwodzi? Dlaczego?
Zaskoczył ją nie mało tym pytaniem. Zdała sobie sprawę, że musiał odbyć poważną rozmowę z Matthew skoro wiedział o tym, że była przez niego uwodzona. Ona nie wspomniała mu o tym ani słowem. Nie dał jej na to możliwości. Nie sądziła, że Matthew się przyzna. Naprawdę nie sądziła, że będzie zdolny wziąć odpowiedzialność za swoje czyny.
- Nie chciałam, żebyście się przeze mnie pokłócili, czy poróżnili. Jesteście braćmi, Sean. To ogromna więź, a ja nie chciałam być przyczyną nie daj Boże jej zerwania. Myślałam, że sama sobie z nim poradzę. Myślałam, że w końcu znudzą mu się te podchody i da sobie ze mną spokój. Nie znałam jednak prawdziwych pobudek, dla których nie odpuszczał. Początkowo działał mi na nerwy, irytował mnie swoim aroganckim zachowaniem. Groziłam mu nawet, że powiem ci o wszystkim, ale mimo to nie rezygnował. Aż w końcu zaczęłam patrzeć na niego inaczej, zwłaszcza wtedy, kiedy opowiedziałeś mi o Carinie. Od tego czasu chciałam wiedzieć o nim jak najwięcej. Zaczęłam doszukiwać się w nim drugiej twarzy. Jego osoba niezwykle mnie intrygowała. Nawet się nie obejrzałam, kiedy zdałam sobie sprawę, że zakochałam się w nim. A potem dowiedziałam się o jego zakładzie. Chciałem się nawet na nim odegrać, ale nie potrafiłam. Podświadomie miałam jeszcze nadzieję, że mu na mnie jednak zależy. Myliłam się. Szybko spadłam na ziemię. I jest mi przykro, że cię zraniłam, Sean. Naprawdę próbowałam walczyć z uczuciami jakie wzbudzał we mnie twój brat. Naprawdę próbowałam. Było to jednak silniejsze ode mnie. Ale przysięgam, że nie przespałam się z nim – wyznała czując napływające do oczu łzy. – Uwierz mi, Sean! Nie zrobiłam tego!
Sean przez dłuższy czas milczał, jakby analizując to, co właśnie przyszło mu usłyszeć. W pewnej chwili wypuścił ją z uścisku i podszedł do okna. A kiedy już się od niego z powrotem odwrócił gwałtownie uderzył pięścią w ścianę.
- To on powinien cię zatrzymywać, nie ja! – wychrypiał próbując zapanować nad złością. – Jeśli tego nie zrobi będzie tego kiedyś żałował. Gdybyś to mnie kochała nie pozwoliłbym ci teraz wyjechać. Nie pozwoliłbym.
Anna nie wytrzymała. Rozpłakała się słysząc te słowa. Sean nie czekając długo bardzo mocno ją przytulił i pozwolił, by wypłakała się na jego ramieniu. A kiedy się już trochę uspokoiła, szybko musnął policzek dziewczyny swoimi ustami, po czym wypuścił ją z objęcia.
- Żegnaj, Anna. Mam nadzieję, że jeszcze kiedyś się spotkamy – powiedział łamiącym się głosem i nie czekając na jej reakcję opuścił pomieszczenie zostawiając ją samą.
- Żegnaj, Sean – wyszeptała patrząc na szeroko otwarte drzwi, za którymi zniknął.

Tymczasem Matthew zatrzymał samochód na parkingu przed klubem „Grzechy”, po czym sięgnął po arkusz papieru, na którym namalował akt szatynki. Rozwinął rulon i po raz ostatni spojrzał na swoje dzieło i starannie narysowaną modelkę. Przyglądał się mu dłuższą chwilę, aż w końcu zwinął go z powrotem i wysiadł z Bmw. Zamknął samochód i zaczął kierować się w stronę wejścia do klubu, w którym zgodnie ze zwyczajem miał zakończyć zakład przypieczętowując go kolejnym zwycięstwem. Zatrzymał się jednak w połowie drogi i ponownie zerknął na trzymany w dłoni rulon. Stał tak z kilka minut prowadząc ze sobą wewnętrzną walkę, a właściwie to siedzący w nim diabeł walczył z nieoczekiwanie przybyłym aniołem, który próbował przypomnieć brunetowi, że nadal ma w sobie odrobinę moralności i wrażliwości, która do tej pory leżała uśpiona głęboko w podświadomości.
- A niech to szlag! – zawołał ściskając coraz mocniej papier, aż w końcu zawrócił do samochodu, zajął miejsce za kierownicą i schował akt dziewczyny do schowka. Doszedł do wniosku, że nie chce się nim z nikim dzielić. Nawet za cenę tej jednej przegranej. Nie chcąc, by znowu go coś podkusiło do zmiany decyzji, szybko wysiadł i równie pospiesznie wszedł do klubu.
Od razu gdy znalazł się w środku spostrzegł swoich przyjaciół zajmujących ich stały stolik. Oni również go zauważyli. Damien zlustrował przyjaciela od stóp do głowy, by po chwili na jego twarzy zagościł szeroki, triumfalny uśmieszek. Matthew bynajmniej nie przejął się zadowoleniem blondyna, do którego w końcu sam się przyczynił. Uznał, że i tak Damien bardzo rzadko miał ku temu okazję. Bez słowa zajął więc wolne miejsce.
- Więc…? – zaczął Damien nie kryjąc radości.
- A jak sądzisz? Wygrałeś – odparł beznamiętnie. – Anna nie pozwoliła mi się tknąć.
- Czułem, że to dobra inwestycja – roześmiał się prowodyr zabawy, a w ślad za nim poszedł Denis. – Święta Anna! Coś w tym jest! Stary chyba nie będzie ci teraz potrzebny terapeuta?!
- Raczej terapeutka – mruknął porozumiewawczo rudzielec.
- Zachowajcie te komentarze dla siebie – warknął Matthew ze złością. – Jakoś mnie nie bawią.
- Uhuhu! Musiało zaboleć! Mamy do czynienia z urażonym męskim ego!
- Daruj sobie. Chce to mieć, jak najszybciej z głowy – odparł wstając, po czym skierował się w stronę wybranej przez Damiena dziewczyny, która stanowiła tą część zakładu, która nie koniecznie była dla niego czymś przyjemnym.
Gdy stanął przed stolikiem posłał w stronę dziewczyny jeden ze swoich najbardziej uwodzicielskich uśmiechów i po krótkim zapytaniu o przyzwolenie, zajął miejsce obok niej.
Dzisiejszego wieczoru swoje mysie włosy miała rozpuszczone, ponadto starannie zrobiony makijaż podkreślający bure oczy i kości policzkowe, a na sobie zwiewną granatową sukienkę, która w magiczny sposób ukrywała jej nadmierne krągłości. Matthew musiał przyznać, że bardzo zmieniła się od czasu, kiedy widział ją po raz ostatni. Oczywiście ta zmiana była korzystna.
Dowiedział się, że dwudziestolatka ma na imię Meredith. I zgodnie ze swoją taktyką zaczął prawić dziewczynie komplementy, które słuchała ze spokojem i z uprzejmym uśmiechem, za każdym razem mu za nie dziękując. Zaproponował jej nawet drinka, ale grzecznie odmówiła. Wyznała za to, że bez wątpienia jest najprzystojniejszym chłopakiem jakiego w życiu widziała, ale jest już z kimś związana. Tym kimś okazał się grający tego wieczoru DJ. Jednym słowem dała mu kosza.
- Szczęściarz – przyznał uśmiechając się do dziewczyny z ulgą. – W takim razie nie będę ci zawracał dłużej głowy. Miło było cię poznać.
- Powinieneś ją przeprosić – rzuciła od niechcenia, kiedy wstawał.
- Nie rozumiem – przyznał zgodnie z prawdą.
- Powiedz tak szczerze, Matthew. Widywałeś mnie tutaj tyle razy, a dopiero teraz się mną zainteresowałeś. A dziewczyny z którymi się spotykasz nie przypominają mnie w żadnym calu. Więc dlaczego? – spytała nadal się uśmiechając. – Oboje dobrze wiemy, że ci się nie podobam. Ale nie chce nawet wnikać, dlaczego to robisz. Wolałabym jednak myśleć, że pokłóciłeś się z dziewczyną, albo ją czymś zraniłeś. I, że tego żałujesz. Dlatego szukasz pocieszenia. Tak czy owak jeśli ci na kimś zależy okaż to nim będzie za późno.
- Dzięki za radę – wyznał nieco zmieszany.
- Ależ proszę – odparła z przyjaznym uśmiechem, po czym brunet podszedł do baru i zamówił butelkę wódki. Zdążył wypić dwa kieliszki, kiedy przysiedli się do niego przyjaciele.
- Co z tobą? Nie powinieneś zabawiać swojej nagrody specjalnej? – zdziwił się Damien.
- Ona też dała mi kosza – wyznał z lekkim rozbawieniem.
- Żartujesz? Stary, zaczynasz mieć pecha skoro nawet taki wieloryb oparł się twoim wdziękom.
- Damien – zaczął Matthew szorstko. – Ta dziewczyna jest więcej warta niż my czterej razem wzięci, dlatego przymknij się.
Blondyn chciał coś odpowiedzieć, ale Marc w porę zdążył wcisnął mu w rękę kieliszek z trunkiem.
- To do dna panowie – odparł zamiast tego, ale Matthew wstał z barowego stołka.
- Wypijcie za mnie. Mam jeszcze coś do załatwienia – oznajmił i ruszył w stronę wyjścia.
Przyjaciele spojrzeli za nim zaskoczeni. Marc długo się nie zastanawiając poszedł jego śladem. Szybko udało mu się go dogonić.
- Chce być sam – odparł, kiedy mulat zdołał go wyprzedzić.
Marc nie zdołał nic odpowiedzieć na jego oświadczenie, bowiem nagle nie wiadomo skąd podbiegła do nich Susie. Złapała Matthew za kołnierz koszuli, by na nią spojrzał.
- Zrób coś! – zawołała gniewnie.
- Co masz konkretnie na myśli? – spytał i sprawnie oswobodził się z uścisku blondynki.
- Zatrzymaj ją! Nie pozwól jej wyjechać! To wszystko twoja wina, więc to napraw! – nie przestawała na niego krzyczeć. – Zatrzymaj ją, Matthew! Słyszysz?! Zatrzymaj!
- Nie – odparł tylko i nie zważając na jej dalsze reakcje wsiadł do samochodu. Odsuwając jeszcze szybę dodał – Przeproś ją ode mnie, że nie przyjadę się pożegnać.
Susie otworzyła szeroko usta zszokowana jego cynizmem i tym, jak małe wrażenie zrobił na nim fakt wyjazdu Anny. Nawet się nie obejrzała, kiedy z głośnym piskiem opon zniknął za zakrętem.
- On ją zatrzyma, prawda? – spytała Marca, który również zaskoczony patrzył w dal.
- Nie liczyłbym na to, Susie – wyznał. – Przykro mi.


pozdrawiam:

~Enigma
komentarze [9]

028. Para idealna. Amor i amoralna.

>> czwartek, 19 listopada 2009 10:58:28


Kilka słów od Autorki: Wiem, wiem, wiem. Przyznaję się bez bicia, że bardzo dawno nie zajmowałam się tym opowiadaniem,ale jakoś nie mogłam się za nie zabrać. I zapewniam was, że mam zamiar je skończyć, ale nie gwarantuje, że nastąpi to szybko. A teraz zapraszam do lektury (!) Rozdział, co prawda mało ciekawy, ale może chociaż końcówka wam się spodoba ;-) Nie przedłużając - znikam.

*
Spędziły całe popołudnie na mieście. Najpierw udały się do centrum handlowego na małe zakupy. Tam, dziewczyny uparły się, by kupić Annie pożegnalny prezent.
Dostała od koleżanek ładną, zrobioną z różnokolorowych, drobnych kryształków ramkę, do której włożyły ich wspólne zdjęcie, które wcześniej zrobiły sobie w budce z samowyzwalaczem, znajdującej się w podziemiach galerii targowej dworca autobusowego.
Anna była zachwycona tym prezentem, zwłaszcza, że od dawna marzyła o takich zdjęciach. Oczywiście strzelały na nich głupie miny, przez co fotografie nabrały niepowtarzalnego charakteru i chociaż na moment szatynka przestała myśleć o powodzie swojego nagłego wyjazdu.
Susie wraz z Angeliką podpisały się z tyłu zdjęć z prośbą, żeby o nich nie zapomniała. Dodatkowo Susie dopisała:

Teraz pójdziesz swoją drogą, ale mam nadzieję, że jeszcze się spotkamy, w końcu jest tyle skrzyżowań. Głowa do góry, skarbie. I niech Twoje życie będzie już zawsze wykrzyknikiem, a nie znakiem zapytania.

Anna uśmiechnęła się do niej po odczytaniu tej dedykacji. Ona również miała nadzieję, że słowa dziewczyny sprawdzą się i jeszcze kiedyś się spotkają. Z wdzięcznością uściskała koleżanki, po czym schowała prezent do torebki i udały się do pobliskiej herbaciarni napić się aromatycznej indyjskiej herbaty, i przy okazji wypalić fajkę wodną. Oczywiście ta druga czynność sprawiła im niemałą frajdę i przyczyniła się do częstych wybuchów niepohamowanego śmiechu.
Wnętrze lokalu było bardzo urzekające i w niesamowity sposób oddawało klimat indyjskiej kultury. Siedziało się tam na miękkich poduszkach ustawionych wokół niskiego, okrągłego stolika, a na ścianach znajdowały się indyjskie malowidła i płachty. A dodatkowo dla podkreślenia nastroju puszczano cicho egzotyczną muzykę, dzięki czemu miejsce to stawało się jednocześnie oazą zaciszności i wykwintności, a także azylem, w którym można było się zrelaksować i odprężyć po ciężkim dniu.
Anna przepadała za takimi miejscami. W Polsce była częstym gościem podobnych lokali, ponieważ stanowiły one odskocznię od innych gwarnych i pospolitych pubów czy barów, w których bardzo często można się było natknąć na różne nieciekawe typy.
Cieszyła się, że jeszcze ostatniego dnia miała okazję znaleźć się w takim urokliwym miejscu. Podobało jej się w nim podobnie jak w chińskiej restauracji o nazwie Shanghai, do której całkiem niedawno zabrała ją siostra wraz z Robertem.
Sama styczność z inną kulturą sprawiała jej niezwykłą przyjemność i poszerzała jej wiedzę o świecie. Lubiła odkrywać nieznane dotąd rzeczy, dlatego razem ze swoją najlepszą przyjaciółką – Sandrą, z którą zna się już od zerówki – bardzo często brała udział w kursach i warsztatach poświęconych zwyczajom innych krajów. Ostatnio nawet uczestniczyły w pokazie japońskiego parzenia herbaty i zakładania kimon. Było to bardzo ciekawe doświadczenie i cieszyła się, że wzięła w tym udział.
W herbaciarni „Napój bogów”, do której udały się, obsługiwał je sympatyczny hindus, który przyniósł im w małym czajniczku herbatę, która, jak sam podkreślił była specjalnością zakładu. Kłaniając się nisko swoim klientkom zostawił je same, by po chwili przynieść zamówioną fajkę. Po ich usilnych prośbach usiadł z nimi na dłuższą chwilkę i razem wypuszczali dym w powietrze krztusząc się jednocześnie ze śmiechu.
Shahid, bo tak miał na imię ich nowy towarzysz miał dwadzieścia siedem lat i był przystojny w swój egzotyczny sposób; ciemne włosy, czarne oczy i jeszcze ciemna karnacja, ponadto miły, ujmujący uśmiech.
Angelika nie potrafiła oderwać od niego wzroku, a Susie nie była w stanie się nie roześmiać, kiedy blondynka stwierdziła, że jeszcze chwila i się zakocha.
Anna musiała przyznać, że mężczyzna był warty grzechu, ale jak dla niej trochę za stary. Mimo wszystko osiem lat różnicy to dość dużo. Aczkolwiek w dzisiejszych czasach taka różnica wieku nie stanowiła niczego szokującego, czy niezwykłego. Była jak najbardziej dopuszczalna, w końcu podobno miłość nie ogląda się na wiek.
Shahid był wobec nich bardzo uprzejmy i grzeczny. Na dodatek nie mógł przestać zachwycać się ich urodą i zapraszał, by częściej tutaj wpadały. Angelika i Susie zapewniły go, że od tej pory będą w jego herbaciarni stałymi klientkami, ale niestety nie pojawią się już w tym samym składzie.
- Why not? – spytał po angielsku z nieukrywanym zainteresowaniem.
- Anna’s get back to Poland, today – wyjaśniła Angelika swoim słabym angielskim.
Mężczyzna słysząc to zerwał się z miejsca i udał się na zaplecze, po czym wrócił niosąc kolejną herbatę tym razem w przezroczystej miseczce z jakąś roślinką w środku. Postawił ją przed Anną i oświadczył, że to na koszt firmy. Szatynka podziękowała mu za ten jakże miły prezent i wszystkie zaczęły obserwować, jak roślinka pod wpływem gorąca się rozwija.
Anna uśmiechnęła się leciutko pod nosem przypominając sobie chłopaka, w którym kiedyś była zakochana i ich pierwsze spotkanie. Miał na imię Dawid, a poznali się za sprawą internetowego portalu randkowego. To właśnie on zabrał ją na randkę pierwszy raz do herbaciarni, by mogli spokojnie porozmawiać. Stwierdził, że to miejsce jest niezwykłe, tajemnicze i z którego bije niesłychanie dobra energia. To właśnie za jego sprawą zauroczył ją ten lokal, chociaż nie tylko on.
Tamtego wieczoru również na ich oczach rozwijał się kwiatek w herbacie, który ma ususzony i trzyma go w kartonowym pudełku razem z innymi wspomnieniami po nim. Gdyby wtedy tylko wiedziała, że on sam będzie skakał z kwiatka na kwiatek, z pewnością nie byłaby aż tak głupiutka, by ulokować w nim swoje uczucia. Nie docenił jej, ale mimo wszystko cieszyła się, że go poznała. W końcu nie wszystko było złe w tamtej znajomości. A przynajmniej ona wolała pamiętać jedynie te dobre chwile. Co prawda długo nie potrafiła stłumić w sobie uczucia do niego, ale w końcu się udało i wyleczyła się z tamtej nieodwzajemnionej miłości. Po prostu zrozumiała, że przez cały ten czas śniła. A pobudka była niczym wiadro lodowatej wody wylane na ciało – przeszywająca na wskroś. I właśnie tamten impuls był jej potrzebny do otrząśnięcia się z letargu, w jaki wpadła. Kubłem wody, który został na nią wylany była wiadomość o jego nowej dziewczynie. Zabolało ją, że jej się to nigdy nie udało, podczas gdy pojawiła się inna, która zdołała go w sobie rozkochać w ciągu niespełna dwóch tygodni. A może to ona była beznadziejna skoro nie potrafiła tego uczynić? Kiedy dotarła do niej ta informacja, załamała się. Przepłakała nie jedną noc. Aż postanowiła się w końcu wziąć w garść i przestać rozpamiętywać swoją przeszłość. I nagle pewnego dnia przestała czekać aż sobie znowu o niej przypomni, przestała również tęsknić, i w konsekwencji przestała czuć do niego cokolwiek. Pozostały jedynie wspomnienia, drobny sentyment, który odczuwała przypominając sobie o nim. Czy z uczuciem do Matthew będzie w stanie sobie tak samo poradzić? Czy da radę je w sobie stłamsić? Możliwe, że tak. Tylko nie wiedziała ile to potrwa zanim poczuje, że odzyskała kontrolę nad swoim życiem? Ile to potrwa zanim przestanie czuć pustkę w sercu? Możliwe, że aby usunąć pasożyta, który zżera jej życiodajny organ, będzie musiała skorzystać z niezawodnego do tej pory antidotum na beznadziejną miłość: łykać witaminę E, która ma na celu uodpornić i wzmocnić wykończony organizm, pić duże ilości wody, dużo spać, uprawiać sport, który tak cię wykończy, że nie będziesz w stanie się podrapać, a co dopiero myśleć o czymkolwiek i najtrudniejsze to przekonanie własnego serca, że najwyraźniej pisany jest ci ktoś inny. Ktoś, kto cię doceni. W końcu ludzie mówią, że najlepszym sposobem, żeby się odkochać, to znaleźć sobie nowy obiekt miłości. I ten składnik możemy uznać za ostatni. W teorii wygląda to całkiem łatwo. A w praktyce…? To już inna bajka.
Jedno jest pewne. Dzisiaj posunie się o jeden krok naprzód. Najważniejszy składnik terapii leczenia złamanych serc: odciąć się od obiektu, który się kochało. I właśnie to miała zamiar uczynić. Ponad tysiąc kilometrów oddalenia stanowiło dobry początek. A później? Później się zobaczy.
Odsunęła od siebie te myśli. Musiała w końcu przestać się nimi zadręczać. Powinna korzystać pełną piersią z ostatnich godzin, które zostały jej do wyjazdu.
Spytała Shahida, czy może zatrzymać sobie żółtego kwiatka, któremu udało się w całości rozwinąć i zabrać na pamiątkę do domu. Oczywiście nie miał nic przeciwko. Podał jej nawet malutkie pudełeczko, do którego wsadziła mokrą jeszcze herbacianą roślinkę, a hindus dodatkowo podarował im po jej jednym pączku, by samodzielnie zaparzyły ją sobie w domu.
Spędziły w „Napój bogów” prawie dwie godziny, kiedy uznały, że pora zmienić lokal na jakiś inny i dla kontrastu coś zjeść. Pożegnały się z Shahidem, a Anna go nawet uściskała. Zanim jednak wyszły Angelika wcisnęła w dłoń mężczyzny karteczkę, na której szybko napisała swój numer telefonu i poprosiła, żeby się odezwał.
Po opuszczeniu herbaciarni Susie już nie mogła opanować śmiechu.
- Po prostu nie wierzę, że to zrobiłaś! – zawołała wciąż się śmiejąc.
- No, co?! Po Matthew muszę odreagować – odparła dając koleżance kuksańca w bok. – A Shahid jest mniamniuśny!
W tym momencie Anna również się roześmiała.
- Mniamniuśny?! – Susie uniosła pytająco brew do góry.
- Och! Czepiasz się – stwierdziła wciąż z rozmarzeniem w oczach.
- Nie wiem, co to za słowo, ale powiem ci tylko jedno – zaczęła – on jest cholernie mniamniuśny, dziecino.
Na co Angelika wyszczerzyła zęby w ogromnym uśmiechu.
- Ale i tak wolę mojego włoskojęzycznego Martino! – skwitowała Suzanne otwierając przed nimi drzwi jednej z włoskich knajpek o jakże urzekającej nazwie „Bel Far Niente”, co dosłownie znaczy „piękne nieróbstwo”.

Dochodziła siedemnasta, kiedy przystojny Włoch podał do zajmowanego przez nie stolika apetycznie wyglądającą i tak samo pachnącą pizzę. Susie oczywiście skorzystała z okazji i zagadnęła po włosku ich kelnera.
Mężczyzna na oko dwudziestokilkuletni uśmiechnął się do niej promiennie ukazując przy tym swoje śnieżnobiałe uzębienie, które wyglądało iście reklamowo, niemalże biło swoją bielą po oczach. Anna stwierdziła w myślach, iż musi mieć jakiegoś niesamowicie dobrego dentystę. A może czarodzieja?
Jak niemalże każdy Włoch, Martino był skłonny do flirtu i Susie długo nie musiała zachęcać go, by chociaż na chwilę się do nich dosiadł. Tak się składało, że był synem właściciela restauracji, dlatego nie musiał martwić się, że zostanie zwolniony za obijanie się w godzinach pracy. Poza tym włosi są bardzo towarzyscy i skorzy do rozmów, zwłaszcza z kobietami. Widać było, że ojciec Martino i tak nie ma nic przeciwko obecnemu zajęciu syna, a domyśliła się tego po uśmiechu, który posyłał w ich stronę i jednoznacznych gestach, które pokazywał synowi, kiedy myślał, że nikt nie patrzy. Jakby chciał powiedzieć: Bierz się za nie, synku.
Tutaj również na wieść o tym, że dziewczyna wraca dzisiaj do Polski dostały za darmo specjalność zakładu, którą obok pizzy stanowiło spaghetti.
Kiedy zjadły już swoje porcje stwierdziły zgodnie, że jeszcze nigdy się tak nie obżarły.
- Sama nie wiem, gdzie to wszystko zmieściłam – wyjęczała Angelika trzymając się za brzuch. – Nie wiem jak wy, ale ja już niczego więcej nie zdołam przełknąć.
- Żartujesz?! A chciałam was jeszcze zabrać na kebab – powiedziała konspiracyjnym szeptem Susie, po czym się roześmiały.
Pobyt w towarzystwie Włochów przeciągnął się do godziny dziewiętnastej, kiedy oznajmiły nowym znajomym, że niestety muszą już iść.
Na pożegnanie Anna została wycałowana przez wszystkich pracowników restauracyjki i proszono, by wpadała, jeśli akurat będzie w mieście. Oczywiście obiecała, że jeżeli przyjedzie to wstąpi do nich obowiązkowo.
- Żegnaj Bella! – zaśpiewali, kiedy zbliżały się do wyjścia. – Niech twa uroda olśniewa świat, który pada przed tobą na kolana!
Wyszły.
Świat, jakby na moment się zatrzymał w miejscu, kiedy na przeciwległej ulicy dostrzegły postać Matthew Zimmera w towarzystwie kobiety o włosach w odcieniu platyny. Niestety nie zobaczyła jej twarzy, bo akurat szła odwrócona do nich tyłem. Możliwe, że była to ta sama osoba, która odebrała jego telefon. I nie byłaby tym faktem zaskoczona.
Oboje po chwili weszli do kawiarni.
Angelika momentalnie przestała się śmiać. Na miejscu uśmiechu pojawił się grymas wściekłości i obrzydzenia w jednym.
- Nie wiem jak wy, ale mnie naszła nagła ochota na kawę – oznajmiła szybko ruszając w ślad za niespodziewaną parą.
Ruszyła zanim zdążyły ją powstrzymać.

Matthew odsunął krzesło przed swoją towarzyszką dając jej tym samym do zrozumienia, by na nim usiadła. Podziękowała mu z promiennym uśmiechem i zajęła miejsce. On sam chwilę później usiadł naprzeciwko i poprosił kelnerkę o menu, które od razu otrzymał. Przejrzał je pospiesznie, po czym zamówił filiżankę mocnej, czarnej kawy. O to samo poprosiła blondynka i dodatkowo wzięła deser lodowy.
- Nie zadzwoniłbyś, prawda? – spytała Kornelia Richmond nie spuszczając z niego wzroku.
- Tutaj powinienem skłamać, że zamierzałem – odparł odwzajemniając spojrzenie – i tym samym sprawić ci przyjemność. W końcu na to liczyłaś. Ale to nie w moim stylu.
- Masz na myśli kłamanie?
- Raczej sprawianie przyjemności – oznajmił nie zważając na jej reakcję. – I nie sądzę, by znajomość ze mną komukolwiek przyniosła korzyści. Jestem toksycznym facetem, jeśli domyślasz się, co mam na myśli. Innymi słowy: dupkiem, świnią, zimnym draniem… Resztę sama możesz sobie dopowiedzieć. Istnieje wiele epitetów, by mnie określić. I to niekoniecznie pochlebczych.
Kornelia roześmiała się i poprawiła ramiączko swojej ciemnozielonej sukienki.
- Próbujesz mnie do siebie zniechęcić, prawda? – stwierdziła zalotnie przygryzając dolną wargę. – Ale twoja antyreklama jedynie pobudziła moją wyobraźnię.
- Nie miałem zamiaru się reklamować – oświadczył, kiedy kelnerka przyniosła ich zamówienie.
- Bo nie musisz.
- Nie muszę. W końcu dobry towar tego nie potrzebuje – zgodził się, po czym upił kilka łyków kawy.
- Podoba mi się twoja pewność siebie – oznajmiła rozbawiona. – Cholernie pociągają mnie mężczyźni, którzy znają swoją wartość.
- A myślałem, że nazwiesz mnie zarozumiałym palantem. Czyli nie zniechęciłem cię do siebie?
- Ani trochę – wyznała dotykając swoją ręką jego dłoni, ale Matthew szybko ją odsunął. – Nie będę owijała w bawełnę. Podobasz mi się. I to bardzo. Już od pierwszej chwili, kiedy cię poznałam.
Nic nie odpowiedział. Przez dłuższy czas w milczeniu jej się przyglądał. Od samego początku ich spotkania, kiedy wpadł na nią w biurze, w którym zaczął praktyki, uwodziła go. I na dodatek okazała się być córką jego pracodawcy. Mógłby z łatwością wykorzystać ten fakt dla swoich korzyści. Ale czy był aż tak wyrachowany?
- Czego ode mnie oczekujesz? – zapytał obserwując jak zlizywała z łyżeczki bitą śmietanę.
- Domyśl się, Matthew – szepnęła prowokacyjnie, po czym przesiadła się bliżej.

Angelika wpadła do kawiarni jak burza. W pierwszej chwili nie zauważyła poszukiwanej przez siebie pary, bowiem usiedli w najdalszym kącie sali. A kiedy już ich dostrzegła przez pewien czas obserwowała. Widziała, jak nieznajoma dwoiła się i troiła, by zainteresować bruneta swoją osobą. Sama doskonale znała przyjętą przez Matthew pozę obojętności, a może tym razem zdawkowanego zainteresowania. Tylko, że w tym wypadku sam sobie wybrał takie, a nie inne towarzystwo. Przez krótką chwilę miała darować sobie wywoływanie awantur, ale kiedy zobaczyła, że blondynka zaczęła go całować, po prostu nie wytrzymała.
Pospiesznie ruszyła do ich stolika, a kiedy tych dwoje się od siebie oderwało uderzyła chłopaka prosto w twarz. Kornelia wytrzeszczyła na nią oczy zszokowana, a Matthew dotknął dłonią policzek. Już drugi raz w ciągu krótkiego czasu doświadczył wściekłości zranionej przez niego dziewczyny.
- Odbiło ci?! – zawołała w końcu Kornelia do dziewczyny, ale Matthew szybko ją uciszył próbując uchronić lokal przed nadchodzącą burzą. I to z gradobiciem.
- W porządku. Zasłużyłem sobie – przerwał jej spoglądając na wściekłą Angelikę.
- I tylko tyle masz do powiedzenia?! Zasłużyłem sobie?! – wybuchnęła niedowierzając własnym uszom. – Jesteś łajdakiem, Matthew! Cholernym egoistą! Mam nadzieję, że kiedyś któraś cię tak potraktuje, jak ty mnie!
W tym samym momencie do kawiarni weszła Anna z Susie. Widząc Angelikę robiącą awanturę przy jednym ze stolików bez dłuższego zastanawiania się ruszyła w jej kierunku. Od razu poznała towarzyszącą brunetowi dziewczynę, ale ten widok jakoś szczególnie jej nie zdziwił. Prędzej mogła ją zaskoczyć szybkość, z jaką Matthew rozpoczął nową znajomość. Chociaż z drugiej strony już nic nie jest w stanie jej zdziwić, jeśli chodzi o jego osobę.
Zatrzymała się przy Angelice łapiąc jej rękę, chcąc tym samym powstrzymać ją przed rzuceniem się na niego z pięściami.
- Nie warto! – powiedziała do koleżanki jednocześnie patrząc mu prosto w oczy. – Proszę, chodź! On nie jest tego wart.
- Masz rację – przyznała trochę się uspokajając.
Anna pociągnęła ją w stronę wyjścia. Z początku blondynka się opierała, ale w końcu pozwoliła się wyprowadzić. Szatynka tuż przy drzwiach ostatni raz się odwróciła. Zarówno jej jak i Matthew spojrzenia na krótki moment się spotkały. Jej oczy mówiły wszystko. A mianowicie: Nie jesteś wart ani jednej chwili, którą poświęciłam na myślenie o tobie. Żegnaj, Matthew Zimmerze. Z tym przesłaniem zamknęła za sobą drzwi. I tyle je było widać.
Matthew przez dłuższy czas milczał. Czuł na sobie wścibskie spojrzenia innych gości lokalu. Zapewne, gdyby był wrażliwy uciekłby od razu w popłochu. Tylko, że on nie przejmował się opiniami na swój temat, zwłaszcza tych wypowiadanych przez całkowicie obcych mu ludzi. Goście kawiarni, co prawda chwile poszeptali znacząco spoglądając na ich stolik, ale po kilku minutach wrócili do swoich poprzednich zajęć i wszystko wróciło do normy. I tak w mgnieniu oka skandal przeszedł do historii.
- Łajdak i egoista – przerwała ciszę, która między nimi zapadła Kornelia. – Możesz dopisać do swojej listy – dodała ze śmiechem.
- To akurat nic nowego. Już dawno na niej widnieje – podsumował chcąc tym samym zakończyć ten temat, ale blondynka wcale nie miała na to ochoty. Wręcz przeciwnie. Ciągnęła go dalej, najwyraźniej bardzo dobrze się bawiąc.
- Właściwie, co jej zrobiłeś?
- Dawałem złudne nadzieje, że cokolwiek mogłoby być między nami – odparł zgodnie z prawdą. – Bawiłem się jej uczuciami, wykorzystywałem, okłamywałem, a ona wierzyła w każde moje słowo. Zresztą nie tylko ona.
Zamilkł. Zaskoczyła jego samego własna szczerość. Nie zależało mu już na uwiedzeniu kolejnej napalonej na niego dziewczyny. Tylko, że tej najwyraźniej nie przeszkadzało jego podejście do kobiet. Może dlatego, że bardzo była do niego podobna.
- A ta druga…czy to nie dziewczyna twojego brata? – spytała nie spuszczając ani na chwilę z niego wzroku.
- Tak to ona. A właściwie to już była dziewczyna – oznajmił zapalając papierosa.
- Chyba nieszczególnie za tobą przepada – stwierdziła z rozbawieniem. – Chociaż po naszym ostatnim spotkaniu dałabym sobie rękę uciąć, że była o ciebie zazdrosna. Ale najwyraźniej nie darzy cię żadnym gorącym uczuciem.
- Widocznie ma ku temu powody. Ale powiedz mi tak szczerze, czego ode mnie chcesz? Bo to, że coś chcesz nie podlega wątpliwości – przerwał dalszy potok pytań, którym mogłaby go zalać.
Kornelia słysząc to pytanie nie mogła powstrzymać się od uśmiechu. Przeciągając chwilę swojej odpowiedzi zabrała mu papierosa, którego właśnie palił i sama zaciągnęła się dymem, który wypuściła prosto w jego twarz. Matthew roześmiał się. O tak! Kornelia Richmond była bardzo do niego podobna.
- Chce iść z tobą do łóżka. Chyba nie jesteś zaskoczony? – wyznała oddając mu jego własność, ale Matthew zgasił papieros w popielniczce i spojrzał na nią uważniej.
- Nie szczególnie.
- Ale to nie wszystko – oznajmiła, a on uniósł brwi w geście pytającym. – Sprawię, że mnie pokochasz.
Matthew roześmiał się. Zaskoczyła go. Z pewnością nie spodziewał się takiego oświadczenia. Od dawna nikt go tak nie rozbawił.
Cały czas się śmiejąc sięgnął do kieszeni spodni po portfel, z którego wyjął pieniądze i położył je na stole.
- Tylko mi nie mów, że już idziesz – zaczęła obserwując jego dalsze poczynania.
- Wybacz, ale mam jeszcze kilka spraw do załatwienia – powiedział wstając, ale dziewczyna w ostatniej chwili złapała go za rękę tym samym powstrzymując przed odejściem.
- A czy te sprawy nie mogą poczekać do jutra? – zapytała prowokacyjnym tonem. – A tymczasem dokończylibyśmy to, co przerwała nam twoja znajoma. Chyba nie dasz się prosić?
- Obawiam się, że ta sprawa nie może czekać do jutra – stwierdził wyswobadzając się z jej uścisku.
- W takim razie będziesz musiał mi to jakoś wynagrodzić. Jutro. Dwudziesta. W tym samym miejscu. Będę czekać – zakomunikowała wstając, po czym podeszła do niego na tyle blisko, że zetknęli się nosami i go ponownie pocałowała. Matthew i tym razem nie odwzajemnił jej pocałunku. Uśmiechnął się za to w ten swój ironiczny sposób.
- Czyżbyś się mnie obawiał, Matthew Zimmer? – spytała patrząc mu prosto w oczy.
- Nie, nie boję się ciebie Kornelio Richmond. Ani tym bardziej możliwości, że mógłbym się w tobie zakochać – odparł znudzony.
- Skąd ta pewność?
- Za bardzo jesteś do mnie podobna. Nie mógłbym pokochać swojego sobowtóra nawet, jeśli jest on kobietą– stwierdził spoglądając na kawiarniany zegar. Dochodziło wpół do ósmej. – Trzymaj się.
- Jeszcze zobaczymy! – zawołała za nim, kiedy dotarł do wyjścia.
- W takim razie powodzenia. Chociaż na twoim miejscu nie traciłbym czasu! – powiedziawszy opuścił kawiarnię zostawiając pomoc drogową ze skwaszoną miną. Uczniowi jednak nie udało się przewyższyć mistrza. Jakże nam przykro, prawda?



pozdrawiam:
~Enigma
komentarze [9]

027. Jak zamknięta źrenica, która na próżno łudzi się blaskiem światła wśród ciemności.

>> czwartek, 23 lipica 2009 21:55:14


Kilka słów od Autorki:
I pojawiam się z kolejnym rozdziałem. Podobnie, jak z Anny raczej marna ze mnie poetka, ale może spodoba wam się moje ReQuiem dla miłości. Przynajmniej mam taką nadzieję. Nie przedłużając zapraszam do lektury. Do następnego razu!

*

REQUIEM DLA MIŁOŚCI[*]

Nie potrafię sobie wyobrazić
stoję tu, bez ciebie.
Przez cały czas obmyślam
co próbuję ignorować;
co czuję, co wiem.
Może nigdy nie powstrzymam go,
nie powstrzymam tego uczucia.

Opętałeś mnie,
wszystko teraz traci sens,
bo już Ciebie przy mnie nie ma
i nigdy już,
nigdy nie zobaczę oczu Twych zieleni,
nie doświadczę smaku Twoich ust,
ciepła Twoich rąk.
Chcę uwolnić się
i przestać snuć się niczym cień.

To jest moje requiem.
Requiem dla miłości.
Miłości żarliwej, gorącej.
Miłości, która odchodzi
łamiąc mi serce.
Teraz będę nad nią płakać,
nad moją niespełnioną utopią.
Może moje łzy ugaszą ten żar
i uwolnią mą duszę zagubioną.

Umarłeś dla mnie.
Moje serce płacze.
Grane jest donośne requiem.
Requiem dla miłości.
Mojej miłości –
nie naszej.


Oderwała długopis od kartki papieru uprzednio podkreśliwszy kilka razy słowa: „ciebie”, „nie” i „ma”, co złożyło się w krótkie stwierdzenie: Ciebie nie ma. Zastosowała najbardziej pospolitą terapię, by oczyścić swój umysł ze wszystkich emocji i jednocześnie pogodzić się z zaistniałą sytuacją. A najlepszym na to sposobem jest przelanie uczuć na papier.
W tym celu postanowiła napisać wiersz, chociaż nie była poetką i z pewnością nie stanowi on jakiegoś wybitnego dzieła. Nie to było jej celem. Wiersz miał po prostu oddać wszystkie uczucia, które rozsadzały ją od wewnątrz i tym samym utrudniały oddychanie.
Odkąd wróciła do domu, a było to około godziny dwudziestej drugiej, siedziała w swoim pokoju otulona szczelnie kołdrą. Jej siostra przychodziła do niej co jakiś czas, by upewnić się, czy wszystko w porządku i, czy przypadkiem nie potrzebuje jej wsparcia. Za trzecim razem, kiedy Ewelina pojawiła się z troską wypisaną na twarzy, szatynka oznajmiła, że Sean nie chce jej znać, a Matthew wie już, że wiedziała o zakładzie. Ewelina pokiwała głową ze współczuciem, po czym spytała, czy mogłaby coś dla niej zrobić. Zaprzeczyła skinieniem, ale w końcu poprosiła siostrę o tabletkę nasenną. Bardzo jej teraz potrzebowała, gdyż wiedziała, że tej nocy nie uda jej się zmrużyć oka. A pragnęła zasnąć twardym snem, który uniemożliwiłby jej rozmyślanie. Nie chciała już dłużej myśleć o NIM; o nim i o bólu, który przeszywał jej duszę niczym igły wbijane w mięciutką poduszkę.
Ewelina nie była przekona, czy to dobry pomysł, ale uznała, że jednorazowo jej to nie zaszkodzi, dlatego zdecydowała się spełnić prośbę siostry. Znała ją na tyle dobrze, że miała pewność, iż Anna nigdy nie targnęłaby się na swoje życie. Nie była na tyle głupia, by popełnić samobójstwo z powodu złamanego serca. W końcu nie ona jedna przechodziła ten stan. Podała, więc Annie jedną pastylkę, którą popijając wodą od razu połknęła, po czym ułożyła się wygodnie na łóżku i zgasiła światło. Ewelina wyszła życząc jej spokojnej nocy i zostawiła lekko uchylone drzwi.
Po jakimś czasie poczuła jak jej powieki stają się coraz cięższe, więc je przymknęła. Tabletka zaczynała działać. Sama nawet nie zorientowała się, kiedy została porwana prosto w objęcia Morfeusza.

Obudziła się przed dziewiątą. Otworzyła powieki i ku jej zdziwieniu ujrzała siedzącą przy niej Susie. Przyjaciółka uśmiechnęła się do niej promiennie, więc odwzajemniła się tym samym. Chociaż trudno było nazwać to uśmiechem.
Podniosła się z posłania i przeciągnęła. Czuła się nadzwyczaj wypoczęta i co najważniejsze nie miała tej nocy żadnych snów. Spała twardo, niczym niedźwiedź zimową porą. W końcu nawet nie usłyszała, kiedy przyszła Susie i nie wiedziała jak długo już tak siedziała.
- Nie odpisywałaś na moje smsy, dlatego wpadłam zobaczyć, czy wszystko z tobą w porządku – wyjaśniła, kiedy Anna zsunęła się z łóżka z zamiarem pójścia do łazienki.
- Nie jest w porządku – odparła z cichym westchnieniem. – I daleko mi do tego stanu.
- Słyszałam od twojej siostry, że wyjeżdżasz. Widząc te walizki upewniłam się, że nie żartowała. Czy to naprawdę konieczne?
- Jest to jedyna rzecz, którą mogę zrobić będąc w takiej sytuacji. Wczoraj zerwałam z Seanem. On nie chce mnie już nigdy widzieć, a ja z kolei nie mogę już więcej widywać jego brata. A to byłoby nieuniknione. Dłużej bym tego nie wytrzymała. Rozumiesz mnie? – spytała wyglądając przez okno.
Na zewnątrz panowały niemalże sielankowe warunki: świeciło słońce, na niebie nie było ani jednej chmurki, temperatura przekroczyła dwadzieścia stopni. Z pewnością po spojrzeniu w takie niebo pozostawało w oczach nieco błękitu. Ten widok mimo wszystko wpłynął na polepszenie nastroju dziewczyny. Nabrała nawet ochoty, by wyjść z domu i posiedzieć trochę na świeżym powietrzu.
- Rozumiem. Doskonale cię rozumiem, tylko będzie mi smutno jak wyjedziesz – wyznała blondynka i obie padły sobie w ramiona.
Annie również będzie jej brakowało. Zdążyła dziewczynę szczerze polubić, bo była ona doskonałym materiałem na przyjaciółkę. Nie znały się szczególnie długo, ale Susie zdobyła jej zaufanie i jako jedyna naprawdę rozumiała, przez co przechodzi. Wsparcie blondynki dużo dla niej znaczyło i była jej za nie wdzięczna, dlatego pokrótce opowiedziała dziewczynie o wydarzeniach, które miały miejsce w czasie jej podróży powrotnej do Osnabrucka i tych z wczoraj. Dokładnie streściła przebieg rozmowy z Seanem i późniejsze spotkanie z Matthew.
Susie słuchała tej opowieści z dużym zainteresowaniem, nie przerywała i czekała ze swoimi pytaniami, aż Anna skończy.
- I co na to powiedział? Jak się wytłumaczył? – spytała w końcu przyglądając się uważnie przyjaciółce.
- Nic. Był zaskoczony – stwierdziła zakładając sukienkę, którą jakiś czas temu pożyczyła od niej Angelika chcąc zrobić ważenie na brunecie. – Zresztą nie chciałam go słuchać. Nie interesują mnie jego tłumaczenia. Nie chcę słuchać dłużej jego kłamstw i uczestniczyć w jego grze. Łudziłam się, że jest innym człowiekiem, ale okazał się jeszcze gorszym niż sądziłam. Nie chcę już dłużej brnąć w relację z nim. On nie jest tego wart. Szkoda, że dopiero teraz zdałam sobie z tego sprawę.
Blondynka uśmiechnęła się do niej łagodnie i kiedy tylko Anna umyła się i ubrała zeszły razem do kuchni, gdzie szatynka zrobiła im po gorącej herbacie z cytryną. Były same w domu, bo Ewelina pojechała do pracy pozałatwiać ostatnie sprawy przed wyjazdem, a jej mąż musiał jechać na budowę.
Susie bawiła się z Teddym, kiedy usłyszały dźwięk dzwonka u drzwi. Anna nikogo się nie spodziewała, ale przyjaciółka uprzedziła ją, że to może być Stefanie z Angeliką. Uprzedziła je, że wybiera się w odwiedziny do Anny. Dziewczyna podała swojemu gościowi dzbanek herbaty, po czym sama szybko poszła zobaczyć, czy to one. Przez judasza zobaczyła swoje koleżanki, więc długo nie zwlekając wpuściła je do środka. Przywitały się z nią serdecznie i udały się do kuchni, gdzie zaprosiła je gestem ręki. Nie była pewna czy nie wiedziały już o wydarzeniach wczorajszego wieczora. Zdała jednak sobie sprawę, że to niemożliwe, chyba, że rozmawiały z Seanem, albo jego bratem. Jednakże w to wątpiła. Tylko, że ona nie miała siły ani tym bardziej ochoty tłumaczyć im, co zaszło między nimi i dlaczego wyjeżdża.
Podała koleżankom po szklance, by mogły nalać sobie herbaty, po czym z powrotem usiadła przy stole. Obie nie mogły wyjść z zachwytu nad huskym, którego przygarnęła. Długo, to jedna, to druga głaskały psa i rozczulały się jego widokiem. Anna lekko się uśmiechnęła. Mimo wszystko potrzebowała jakiejś rozrywki, a spotkanie z nimi jej ją zapewniało.
- A jak się ma twój szwagier? – spytała w końcu Stefanie dmuchając na jeszcze gorącą herbatę.
- Dobrze. Nic mu się nie stało. To była pomyłka – odpowiedziała zgodnie z prawdą.
- Pomyłka? – zdziwiła się.
- W szpitalu pomylili się. Wzięli kogoś innego za Roberta – wyjaśniła nadal się lekko uśmiechając. – A on jest cały i zdrowy. Na szczęście tamten mężczyzna ma się już znacznie lepiej i jego życie nie jest zagrożone.
- Ale jak oni mogli się tak pomylić? Przecież to niedopuszczalne! Wyobrażam sobie, co musiałyście z siostrą przeżywać – powiedziała oburzona. – Ale teraz już na pewno wszystko w porządku?
- Tak. Odetchnęłyśmy z ulgą.
Angelika przez cały ten czas milczała, co nie było u niej normalnym zjawiskiem. Zazwyczaj miała dużo do powiedzenia, czasem aż za dużo. Anna zauważyła, że uporczywie wpatrywała się w swój telefon, który położyła na blacie stołu. Tak, jakby czekała na ważny telefon. Stefanie widząc, że przygląda się ich koleżance pospieszyła z wyjaśnieniami.
- Od waszego wyjazdu próbuje dodzwonić się do Matthew, ale on nie odbiera jej telefonów – szepnęła cicho, ale i tak blondynka ją usłyszała.
- I nagrałam się już kilka razy na jego poczcie głosowej, ale nie oddzwania – westchnęła ze smutkiem. – Nie mam pojęcia, co się dzieje. A może zrobiłam coś nie tak? Coś, czym go uraziłam?
Zapadło milczenie. Anna nerwowo, może nawet aż za nerwowo podniosła kubek do ust i równie szybko go odstawiła na stół. Poczuła na sobie przeszywające spojrzenie Angeliki. To właśnie od niej oczekiwała odpowiedzi, tak, jakby Anna wiedziała coś, co mógł powiedzieć na jej temat. Wymieniła szybko spojrzenie z Susie. Ona również wyglądała na zaniepokojoną.
- Nie – zaprzeczyła twardo gotowa wyznać jej całą prawdę dotyczącą Matthew i tego, jak bawił się ich kosztem. – Ty absolutnie nie zrobiłaś niczego, czym mogłabyś go urazić. To raczej on…
- Więc dlaczego nie odbiera tego cholernego telefonu?! Dlaczego mi to robi? – przerwała jej ze łzami w oczach.
Anna nie mogła znieść dłużej tego widoku. Nie chciała być tą osobą, która uświadomi jej, że była tylko kolejną zabawką w jego rękach. Ale tylko ona mogła to zrobić.
- Jest coś, o czym nie wiesz – zaczęła starając się w odpowiedni sposób wywarzyć słowa, by jej nie zranić. Wiedziała jednak, że było to niemożliwe. Cokolwiek by jej nie powiedziała i tak złamie blondynce serce.
- O czym ty mówisz? – zadała pytanie niemalże bezgłośnie.
- Matthew cię wykorzystywał – oznajmiła szybko, by mieć to już za sobą. – On nie traktował waszej znajomości poważnie.
- Jak to wykorzystywał?! Niby skąd to wiesz?!
- Spotykał się z tobą, by wzbudzić zazdrość… - zawahała się. – By wzbudzić zazdrość we mnie. Wykorzystał cię, twoje zainteresowanie jego osobą.
- Co ty bredzisz?! Nie wierzę w ani jedno twoje słowo! Kłamiesz! – podniosła głos zrywając się z krzesła. – Nie sądziłam, że upadniesz tak nisko. Wiem doskonale, o co ci chodzi! Chcesz go dla siebie, a ja stoję ci na drodze! Od samego początku to podejrzewałam ty przebiegła suko! Grałaś takie niewiniątko, a tu proszę!
- Opanuj się do cholery! Przestań być skończoną kretynką! – wtrąciła się Susie widząc, że wszystko zmierza w złym kierunku. – Anna mówi prawdę. Matthew nie jest takim uroczym facetem, za jakiego go brałaś! Owszem uroczym to on jest, ale draniem! Wykorzystał twoją naiwność, żeby wygrać zakład!
- Jaki znowu zakład?! – spytała oburzona.
- Założył się, że mnie przeleci – odparła szatynka nie mogąc znieść kolejnych oskarżeń wobec swojej osoby. – Założył się, że mnie w sobie rozkocha i przeleci.
Angelika otworzyła szeroko usta zszokowana i równie szybko je zamknęła. Opadła z powrotem na krzesło i wybuchnęła niepohamowanym płaczem. Zapanowała pomiędzy nimi cisza, przerywana jedynie cykaniem kuchennego zegara. Stefanie podała Angelice chusteczkę, ale jej nie wzięła. Wpatrywała się w Annę przeszywającym wzrokiem, jakby upewniając się, czy nie jest to zwykły wymysł zazdrosnej intrygantki.
- Zastanów się – ciągnęła dalej Susie. – Komu wierzysz? Przyjaciółką, które znasz od lat, czy facetowi, który nawet nie odbiera twoich telefonów?
- Ale…
- Chcesz wiedzieć, co naprawdę działo się pod twoim nosem, czy dalej łudzić się, że Matthew Zimmer traktuje cię poważnie? Przecież dobrze wiesz, jak do tej pory zabawiał się z tymi wszystkimi dziewczynami.
Suzanne nie miała zamiaru być delikatna. Wiedziała, że Angeliką należy porządnie wstrząsnąć, by zaczęła logicznie myśleć. Anny subtelność w tym wypadku nie sprawdziłaby się.
- Zanim zaczniesz oskarżać Annę o taką perfidność może najpierw wysłuchaj, co ci ma do powiedzenia.
Angelika przez chwilę nic nie odpowiedziała na ten atak. Zaczęła analizować to, co do tej pory się wydarzyło.
- Dobrze. Mów – powiedziała w końcu starając się uspokoić i skoncentrować.
Susie spojrzała tym razem na Annę dając jej do zrozumienia, że to jedyny sposób, by ukazać blondynce, jaką ułudą przez ten cały czas się karmiła. Ona zresztą nie była od niej lepsza.
Wzięła głęboki oddech i zaczęła opowiadać wszystko od początku. Nie sądziła, że będzie musiała znowu to rozpamiętywać, ale Angelika powinna znać prawdę i przestać łudzić się, że Matthew Zimmer traktuje ich znajomość poważnie. Zaczęła od tego, w jaki sposób go poznała, a było to kilka godzin wcześniej, niż spotkały się z blondynką po raz pierwszy. Wyjaśniła, że nie miała wtedy pojęcia, że chłopak, który o mało jej nie potrącił był bratem Seana. Opowiedziała o wszystkim. O jego zaczepkach, insynuacjach, spotkaniu z Voltockiem, nawet o przygodzie na kuchennym blacie w domku ciotki Stefanie. A kiedy skończyła blondynka jeszcze długo nic nie powiedziała. Dostrzegła za to, że łzy obficie spływały po jej policzkach. Nie powinna czuć się winna, a mimo to zrobiło jej się żal Angeliki. Przeżywała właśnie największe rozczarowanie, jakie może spotkać zakochaną dziewczynę. Jej książę z bajki okazał się łajdakiem. To musiało boleć.
- Nie mogę w to uwierzyć – wychrypiała w końcu łamliwym głosem. – Czuję się jak skończona idiotka. Boże! Co ja sobie w ogóle wyobrażałam?! Jak mogłam sądzić, że taki facet jak on będzie traktował mnie poważnie?
- Nie ty jedna dałaś nabrać się na jego sztuczki – stwierdziła Anna cicho. – Tylko, że ja byłam dziewczyną jego brata, a mimo, to…
- Anna, przepraszam – powiedziała zaszklonym wzrokiem patrząc na szatynkę. – Przepraszam, że tak na ciebie napadłam.
- W porządku. Pewnie tak samo bym zareagowała, gdybym dowiedziała się tego od ciebie.
- Wiecie, co z Seanem? – spytała nagle Stefanie przypominając im o swojej obecności. Do tej pory ani razu nie wtrąciła się do ich rozmowy.
- Niestety nie.
- W takim razie nie obrazicie się, jak do niego pójdę? Teraz – spytała retorycznie, po czym nie czekając wcale na ich odpowiedź szybko opuściła kuchnię i tyle ją było widać.
- Mam nadzieję, że nie zrobił żadnego głupstwa – wyznała Angelika jakby nieobecna.
- Co masz na myśli? – zapytała Anna ze strachem.
- Nic konkretnego, ale musiało go to zaboleć.
Anna nic więcej nie powiedziała. Po raz kolejny poczuła się zmęczona; psychicznie zmęczona. Jeszcze po przebudzeniu czuła się rześko, ale ten stan w jej przypadku odszedł bezpowrotnie w zapomnienie.
Susie zabrała się za mycie szklanek i przez krótką chwilę siedziały w milczeniu. Angelika w końcu wydmuchała nos i otarła łzy, po czym ponownie chwyciła swój telefon i przyłożyła go do ucha.
- Co robisz?! – zawołała blondynka wracając do stołu. – Do kogo dzwonisz?
- A jak myślisz? – odparła w wyczuwalną wściekłością. – Chyba ktoś musi mi coś wyjaśnić, nie uważasz?
Dzwoniła do Matthew. Dzwoniła właśnie do niego. Musiał w końcu odebrać, bo Angelika dość długo trzymała aparat przy uchu, jednakże nie odezwała się ani słowem. W pewnym momencie rzuciła telefon ze wstrętem o ścianę i powstrzymała się od płaczu. Telefon upadł z głośnym trzaskiem na podłogę, ale o dziwo nic mu się nie stało.
- Co jest?! – przestraszyła się tego wybuchu Susie patrząc na przyjaciółkę. – Angelika, co się dzieje? Odebrał?
- Owszem, ale nie on – odparła, po czym roześmiała się sztucznie.
- A kto?
- Jakaś kobieta – stwierdziła wciąż się śmiejąc. – Ten cholerny telefon odebrała kobieta!
Susie uniosła znacząco brew do góry, a Anna nie panując nad swoim ciałem pospiesznie wstała i nim zdążyły cokolwiek powiedzieć wyszła z kuchni, by chwilę później zatrzasnąć za sobą drzwi wejściowe od domu.
Usiadła na schodach ganku. Nieobecnym wzrokiem wpatrywała się w ulicę, gdzie na podjeździe stała zaparkowana ciemnozielona toyota należąca do rodziców Susie. Nie docierały do niej żadne dźwięki. Nie płakała. Nie miała już na to siły, ale czuła, że się dusi. Myślała gorączkowo. A tematem jej rozmyślań był telefon wykonany przez Angelikę. Po jej głowie rozbijała się jedna myśl, a mianowicie ta, że jego telefon odebrała kobieta. To oznaczało tylko jedno. Matthew Zimmer tej nocy nie spędził sam, ale w towarzystwie jakiejś kobiety lub dziewczyny. Wszystko jedno. Tylko Bóg jeden raczy wiedzieć, co robili. Nie chciała tego wiedzieć. Już nie. Poza tym wcale nie byłaby zaskoczona, gdyby przespał się z jakąś kolejną panienką. To odkrycie jedynie utwierdziło ją w postanowieniu o wyjeździe. Nic jej tutaj nie trzymało. Zupełnie nic.
- Nie będę jak ta zamknięta źrenica, która na próżno łudzi się blaskiem światła wśród ciemności – postanowiła podnosząc się ze schodów.
W tym momencie z domu wyszły dziewczyny. Susie spojrzała na nią z troską, z kolei Angelika jakby ze zrozumieniem. Obie w tej chwili połączył niepisany pakt łączący je w bólu.
- Dobrze się czujesz? – spytała Susie podchodząc bliżej.
- Bywało lepiej, ale to minie – odparła zmuszając się do uśmiechu. – Nie mam najmniejszego zamiaru dłużej użalać się nad sobą. Nie wiem, jak wy, ale ja mam ochotę wyskoczyć na miasto. Nie chcę siedzieć w domu. Zwłaszcza, że dzisiaj wyjeżdżam.
- Myślę, że przyda nam się odrobina rozrywki – przyznała Angelika próbując wziąć przykład z koleżanki. Obie robiły dobrą minę do złej gry i Susie doskonale zdawała sobie z tego sprawę.
- W takim razie podbijmy to miasto – zakomunikowała wyjmując kluczyki od swojego samochodu.
Kilka minut później siedziały już w ciemnozielonej toyocie kierując się w stronę centrum.





[*] - dla P.




pozdrawiam:
~Enigma
komentarze [12]

026. Wyznanie grzechów.

>> czwartek, 9 lipica 2009 22:42:12


Kilka słów od Autorki: I tak pojawiam się z kolejnym rozdziałem. Mało brakowało, a nie nastąpiłoby to zbyt szybko, gdyż miałam takiego pecha, że komputer mi się spalił. Ale to długa historia. Na szczęście dało się go naprawić i dzięki temu pojawia się nowa notka :) Miłej lektury i do następnego razu.

*

Zatrzymał samochód przed bramą od tarasu. Był ponad kwadrans po północy, a mimo tak późnej pory dostrzegł palące się w domu światło. Domyślił się, że Sean jeszcze nie śpi. Był zupełnie sam zważywszy, że ich matka pojechała wraz z ojcem w odwiedziny do swojej siostry.
Zgasił silnik i przez pewien czas siedział w samochodzie spoglądając w oświetlone okno. Zastanawiał się przez ten moment, co powie bratu; jak wytłumaczy swoje postępowanie. Prawda jednak była taka, że nic nie jest w stanie go usprawiedliwić. I nie był nawet pewny, czy Sean w ogóle będzie chciał go wysłuchać. On sam nie chciałby, gdyby jego młodszy brat zachował się tak względem niego. Tylko, że Sean nie był taki jak on. Różnili się diametralnie; Matthew był uparty i pamiętliwy, natomiast Sean wyrozumiały i szlachetny. Tylko, że w tym wypadku nie dałby sobie nawet palca uciąć, że Sean okaże mu swoją dobroduszność.
Z łatwością mógłby odczekać kilka dni, by Sean mógł ochłonąć. Tylko, że odkładanie tej konfrontacji z bratem niczego mu nie da. I tak wcześniej czy później musiałby stanąć z nim twarzą w twarz. A on nie lubił niczego odkładać na później. Zwłaszcza, że później mogło być znacznie gorzej i trudniej. Postanowił zmierzyć się z tym tu i teraz, jak najszybciej.
Pospiesznie wysiadł z wozu pożyczonego od Denisa i skierował się w stronę rodzinnego domu. Nie musiał nawet wyciągać kluczy, bowiem drzwi były otwarte. Powitał go półmrok. Bez zbędnego ociągania wszedł do środka i skierował się prosto do saloniku, gdzie paliło się światło. W pierwszej chwili go poraziło, ale równie szybko dostrzegł brata siedzącego pod ścianą z butelką wódki w ręku. Zauważył, że była już prawie pusta.
Sean opierał głowę o ścianę i wpatrywał się nieobecnym wzrokiem w sufit. Nie od razu zorientował się, że ma towarzystwo. Dopiero, kiedy Matthew wykonał nieco gwałtowniejszy ruch oderwał wzrok z martwego punktu i przeniósł zakrwawione spojrzenie na brata. Jego oczy były bez wyrazu.
Matthew chciał już coś powiedzieć, ale Sean go w tym wyprzedził.
- Anna mnie niedawno odwiedziła – oznajmił z rozbawieniem, jakie często towarzyszy już lekko wstawionym. – Przyszła mi powiedzieć jak bardzo mnie przez cały ten czas kochała. Dasz wiarę? Cholerny szczęściarz ze mnie, nie sądzisz?
Matthew milczał. Wiedział doskonale, że pomimo zadawania tych pytań, Sean wcale nie oczekiwał odpowiedzi z jego strony. Był to rodzaj ironii, oziębłej aluzji, który brunet od razu rozpoznał. Zresztą każdy, kto zna tą historię od razu jest w stanie to wyczuć.
Bez słowa usiadł na brzegu stołu i obserwował swojego młodszego brata, który wyglądał na naprawdę załamanego i przybitego. Nie najlepiej znosił rozstanie z Anną, a w szczególności jego powód. Powód, który nie jednego zwaliłby z nóg.
- A wiesz, co jest w tym wszystkim najśmieszniejsze? – szatyn ciągnął dalej swój wypowiedziany monolog. – Przez cały ten czas wierzyłem, że jest kimś wyjątkowym, kimś szczerym, wiernym i nie zdolnym do podłości. Skoczyłbym za nią w ogień, gdyby to tylko było konieczne, ale ona nie jest wcale tego warta. Pomyliłem się, co do niej. I ta pomyłka cholernie boli. Nie sądziłem, że wykręci mi taki numer. Nie spodziewałem się, że okaże się taką dwulicową zdzirą. Jeden Zimmer najwyraźniej jej nie wystarczał. Musiała mieć dwóch na raz – roześmiał się niemalże histerycznie.
Matthew spojrzał na brata zaskoczony. Nie był pewien, czy to, co mówił było tylko i wyłącznie skutkiem alkoholu, czy rzeczywiście Anna o niczym mu nie powiedziała i Sean uznał ją za jedyną winną całej tej sytuacji. Wyglądało na to, że dziewczyna nie wspomniała nawet słowem o jego zakładzie i tym, że przez cały ten czas to on ją uwodził, a nie odwrotnie, jak uznał Sean. Jego brat był święcie przekonany, że oboje stali się ofiarami jakiejś jej intrygi. Przez krótką chwilę przemknęło mu nawet przez myśl, żeby nie wyprowadzać brata z błędu. Uznał jednak, że chociaż raz w życiu zachowa się przyzwoicie. Był to winien zarówno Annie, jak i Seanowi.
- Sean posłuchaj mnie! To nie tak jak myślisz – przerwał bratu kolejny potok oskarżycielskich słów pod adresem dziewczyny. Ten momentalnie zamilkł i utkwił w nim swoje spojrzenie. – Wiem, że jesteś wzburzony, ale doskonale wiesz, że Anna taka nie jest. Zapewniam cię, że nie zrobiła niczego złego. To uczciwa dziewczyna, która nie posunęłaby się do takiego świństwa. To wszystko moja wina, rozumiesz? To ja ją przez cały ten czas uwodziłem, a ona się przede mną broniła.
Sean otworzył usta niedowierzając temu, co właśnie usłyszał. Nie mógł w to uwierzyć. W pierwszej chwili myślał, że alkohol pomieszał mu w głowie, ale Matthew tak długo to powtarzał, że w końcu dotarł do niego sens tych słów. Nie chciał w to uwierzyć, ale na tyle dobrze znał brata, że wiedział, iż ten mówił śmiertelnie poważnie. I w żadnym wypadku nie żartował. Poczuł wściekłość, jakiej do tej pory nigdy nie czuł.
W pewnym momencie próbował podnieść się z podłogi i z pomocą pospieszył mu brat. Ten jednak odrzucił jego pomoc i zdecydowanym ruchem go od siebie odepchnął. Kiedy udało mu się wstać o własnych siłach, podszedł do niego na tyle blisko, by spojrzeć mu prosto w twarz.
- Żadnej nie przepuścisz, co?! – wybuchnął niepohamowanym gniewem. – Dlaczego?! Dlaczego właśnie ona?! Jak mogłeś mi to zrobić?! Jak mogłeś zrobić takie świństwo własnemu bratu?! Wytłumacz mi to, bo nie mogę tego pojąć!
- Założyłem się o nią – wyznał wiedząc, że Sean tego nie zrozumie. Nie zrozumie, jak można być takim łajdakiem. – Założyłem się, że zaciągnę ją do łóżka.
Sean ledwo mógł ustać na nogach i z ogromną trudnością przychodziło mu panowanie nad swoimi emocjami, nad wszechogarniającą go wściekłością. Miał wielką ochotę przywalić mu prosto w twarz. Powstrzymywała go przed tym tylko jednak rzecz. Matthew był w końcu jego bratem. Chociaż w tym momencie Matthew Zimmer przestał nim dla niego być i stał się kimś zupełnie obcym, do tej pory nieznanym. To było znacznie gorsze rozczarowanie. Mógł znieść zdradę kobiety, ale własnego brata? Nigdy nie sądził, że doczeka czegoś takiego. Nie podejrzewał nawet, że Matthew posunie się do czegoś podobnego względem niego. A teraz? Teraz czuł do brata jedynie pogardę i ogromny żal. Zacisnął mocno pięści próbując w ten sposób powstrzymać się przed wymierzeniem mu razów.
- Ona nie była jeszcze wtedy twoją dziewczyną – ciągnął Matthew. – Przynajmniej nie miałem jeszcze o tym pojęcia, więc się założyłem. Wiem, że powinienem był zrezygnować zaraz następnego dnia, ale nie potrafiłem tego zrobić. Nie jestem przyzwyczajony do porażek, a rezygnacja by nią była. Dlatego uwodziłem ją.
- Mam ci powinszować zwycięstwa?! Może jeszcze to oblejemy? Co ty na to? – zakpił bez ani grama uprzejmości.
- Przestań.
- I jak to było pieprzyć się z dziewczyną własnego brata? Zapewne ekscytujące – prychnął z odmalowanym na twarzy obrzydzeniem. – Oboje jesteście siebie warci!
- Nie spałem z nią. Ona nigdy cię nie zdradziła, pomimo moich usilnych starań. Broniła się przede mną. Prosiła, a nawet błagała, żebym dał jej spokój, bo jest dziewczyną mojego brata. Ale ja jej nie słuchałem. Nie uszanowałem tego. Za wszelką cenę chciałem wygrać ten zakład. Igrałem z jej uczuciami, stopniowo rozkochiwałem w sobie. Wiem, że mi się to udało. Zakochała się we mnie. Ale mimo wszystko nie pozwalała mi się do siebie zbliżyć, bo była twoją dziewczyną. Poza tym teraz pewnie mnie nienawidzi, zważywszy, że wie o zakładzie. Zraniłem ją i wiem, że zraniłem też ciebie. Wiem także, że żadne słowo przepraszam w tym wypadku nie wystarczy. Naprawdę nie chciałem, żeby tak wyszło. Wymknęło mi się to spod kontroli. Anna stała się moją obsesją, bo jako jedyna mnie odrzucała. Nie mogłem tego znieść – uciął, a Sean przez chwile pozostawił to wyznanie bez komentarza. Zamyślił się.
- Masz rację. Twoje przepraszam nie wystarczy. Spieprzyłeś wszystko, co nas łączyło i na dodatek zniszczyłeś mój związek z Anną. I pomyśleć, że chciałem być taki jak ty. Od zawsze cię podziwiałem. Byłeś moim idolem. Chciałem być, chociaż odrobinę podobny do ciebie. Ale mój przebojowy starszy brat okazał się egoistycznym gnojkiem bez zasad moralnych, który zniszczył wszystko, co kochałem i w co wierzyłem. Tego nie da się naprawić. Powinienem dać ci w twarz, ale tego nie zrobię. Tylko dlatego, że nadal oficjalnie jesteś moim bratem. I mam do tego szacunek, ale ciebie to się już nie tyczy. Trzeba było wcześniej pomyśleć o konsekwencjach swoich czynów – oznajmił, po czym opróżnił do dna zawartość szklanej butelki. – Dla mnie mój brat przestał istnieć.
- Skoro tego właśnie chcesz, to zniknę z twojego życia. Nie będziesz mnie musiał już oglądać. Wyprowadzę się z domu – zakomunikował kierując się w stronę schodów. Wiedział, że sprawa z Seanem jest już przegrana. Miał do niego za dużo żalu. I wcale mu się nie dziwił.
Matthew przystanął przed schodami wiodącymi na piętro i spojrzał na swojego młodszego brata. Żałował, że jego oczy doczekały się takiego widoku. Mężczyzna, który stał ledwo trzymając się na nogach nie przypominał już dawnego Seana. Był obcy, ale wiedział też doskonale, że to tylko i wyłącznie jego zasługa. Miał racje mówiąc, że zniszczył ich relacje. Relację, którą bardzo trudno będzie na nowo odbudować. O ile w ogóle będzie to kiedykolwiek możliwe, bo kiedy już raz straci się kogoś zaufanie, to nikła jest szansa na jego odbudowę.
- Ona jutro wyjeżdża – oznajmił w końcu na tyle głośno, by Sean go usłyszał. – Anna nie jest niczemu winna. Stała się tylko i wyłącznie moją ofiarą. Nie obwiniaj jej za coś, czego nie zrobiła. Ona sobie na to nie zasłużyła. Wyładuj złość na mnie, ale nie pozwól, żeby się o to obwiniała.
Po tych słowach ruszył na górę. Nie uszedł jednak daleko, kiedy dobiegł go głos brata. Przystanął i ponownie na niego spojrzał.
- Powiedz mi jedno – zaczął tamten stając u dołu schodów. – Co takiego zrobiła ci Carina? Może znając przyczynę zrozumiem, dlaczego stałeś się takim pieprzonym łajdakiem.
To nie wyglądało na prośbę. Było to zdecydowane żądanie, które brunet powinien spełnić. Doskonale wiedział, że Sean nie miał zamiaru go oszczędzić, a tym bardziej czegokolwiek ułatwić.
- Zraniła mnie tak, jak jeszcze nikt nie zdołał w całym moim życiu. Kochałem ją ponad wszystko, a ona… - zamilkł przypominając sobie swoje odkrycie. – A ona zabawiała się tylko moim kosztem. I co gorsza robiła to na polecenie Markusa Voltocka, który był jej alfonsem. Tak, dobrze słyszysz. Carina była dziwką. Odkryłem to feralnego dnia wypadku. Przyłapałem ją w jednoznacznej sytuacji z klientem. Wpadłem w furię. Siłą zaciągnąłem ją do samochodu. Ruszyłem bardzo szybko chcąc znaleźć się jak najdalej od tamtego miejsca i tego obleśnego faceta. Było mi niedobrze na samą myśl, że moja dziewczyna mogła uprawiać seks z takimi typami. Kłóciliśmy się. Żądała, żebym się zatrzymał i przestał wtrącać się do jej pracy, ale jej nie posłuchałem. Nie byłem wstanie zapanować nad wściekłością. Znacznie przyspieszyłem. I wtedy zobaczyłem ten zakręt. Nie byłem w stanie wyhamować. Z ogromnym impetem wjechałem w barierkę. Poczułem okropny ból, kiedy uderzyłem twarzą w kierownicę. Straciłem przytomność, a kiedy się ocknąłem zauważyłem, że Cariny nie było. Wyleciała przez przednią szybę. Nie miała zapiętych pasów. Nie mogłem jej już pomóc. Była martwa. Zabiłem ją. Rozumiesz? Ja ją zabiłem! – wychrypiał i pojedyncza łza popłynęła po jego policzku. Szybko jednak ją otarł. – Carina była moją jedyną miłością. Od tamtej pory obiecałem sobie, że już nigdy nie pozwolę sobie na podobną słabość. Przelotne romanse były najlepszym lekarstwem na zapomnienie. Teraz już znasz całą historię.
Sean wpatrywał się w stojącego tyłem brata. Nie przypuszczał, że usłyszy coś takiego. Historia Cariny nieco go zszokowała, aczkolwiek nie na tyle nim wstrząsnęła, by zapomnieć o tym, co Matthew zrobił jemu i Annie.
- Powiem ci coś nieprzyjemnie prawdziwego – stwierdził po chwili, kiedy Matthew się do niego odwrócił. – Niczym się teraz od niej nie różnisz. Jesteś tak samo zakłamanym i podłym człowiekiem. Jedyna różnica między wami jest taka, że ty nie bierzesz pieniędzy za seks.
Matthew nic na to nie odpowiedział. Może dlatego, że Sean miał po części rację. Historia z Cariną i jej śmierć go zmieniły i to na gorsze. I nie miał zamiaru temu zaprzeczać. Tylko, że Sean nie ma pojęcia, co dzieje się w psychice człowieka, który został w okrutny sposób oszukany, zdradzony i na dodatek przyczynił się do czyjejś śmierci. Nie ma pojęcia, jakie koszmary śnią się takiemu człowiekowi i jak trudno jest żyć z poczuciem winy.
- To nie ja powinienem ją zatrzymać – usłyszał Seana, kiedy ponownie ruszył na górę. Domyślił się, że miał na myśli Annę. – Ona cię naprawdę kocha. Nie spieprz i tego.
- Dobrze wiesz, że tego nie zrobię. Ona zasługuje na prawdziwą miłość, której ja nie potrafię jej dać. Już nie potrafię nikogo pokochać. Z Cariną umarła część mojej duszy, a Anna zasługuje na kogoś, kto zagwarantuje jej tą miłość. To mogłeś być ty, a ja to zepsułem. Jeszcze raz za to przepraszam.
Tym razem Sean nic nie powiedział, więc Matthew dłużej nie czekając udał się do swojego pokoju, gdzie zaczął się pakować. Godzinę później opuścił go z torbą przewieszoną przez ramię.
Z początku od razu zamierzał pojechać do Marca, ale przystanął przed schodami wiodącymi na strych. Długo się nie zastanawiając wspiął się po nich, by po chwili znaleźć się w mrocznym pomieszczeniu. Miał trudności ze znalezieniem włącznika światła i zanim go odnalazł niejednokrotnie wpadał na stojące na podłodze kartony. Lampa wisząca na samym środku stropu dawała co prawda nikłe światło, ale za to o ile ułatwiało mu orientację przestrzenną. Od dawna, bowiem unikał tego miejsca. Kryło ono w swym wnętrzu za dużo pamiątek z przeszłości.
Zatrzymał wzrok na czerwonej płachcie osłaniającej drugą część strychu. W odróżnieniu od Anny doskonale zdawał sobie sprawę z tego, co za sobą kryła. W pierwszej chwili zawahał się, ale w końcu zdecydował się na jej odsłonięcie. Jego oczom ukazały się wykonane przez niego akty różnych kobiet. W skupieniu zaczął im się przyglądać. Próbował przypomnieć sobie, jak każda z nich miała na imię. Ale nie wiedział. Nic go to w końcu nie obchodziło.
Ile z nich było w nim bez pamięci zakochanych? Ilu z nich złamał serce i zniszczył życie? Możliwe, że wszystkim. Możliwe, że one wszystkie przez niego cierpiały i nie mogły pogodzić się ze swoją naiwnością. Tyle pięknych słów wypowiedzianych, aczkolwiek nieszczerych i nieprawdziwych. Zdawał sobie sprawę, że z łatwością mógłby ubiegać się o posadę aktora. Przez te dwa lata cały czas grał. Przywdziewał maskę tylko po to, by nie pokazać światu swoich prawdziwych uczuć. Udawał, że nad wszystkim panuje, ale nie potrafił poradzić sobie ze śmiercią dziewczyny, którą kochał. Dziewczyny, która zakpiła sobie z niego i jego uczuć. Zniszczyła go zła kobieta, przez co on sam stał się złym facetem. Co prawda nigdy nie uchodził za grzecznego chłopca. Od zawsze był buntownikiem, ale znał granice, których nie powinno się przekraczać. Wtedy jeszcze przestrzegał zasad, które narzucała powszechnie uznawana moralność, a w chwili obecnej miał je za przeproszeniem w ogromnym poważaniu, czyli innymi słowy w dupie.
Sean miał rację. Niczym się teraz nie różnił od Cariny. Stał się takim samym bezdusznym człowiekiem, co ona. I to tylko dlatego, by uniemożliwić jeszcze jakiejś kobiecie ponowne jego zranienie. To on wolał ranić niż by miało być odwrotnie. Anna zdołała wzbudzić w nim poczucie winy, tylko, że on nie miał zamiaru się zmieniać. Odpowiadało mu to, jak jest teraz, kiedy miał nad wszystkim kontrolę. W gruncie rzeczy nie obchodziło go zdanie innych na jego temat. W końcu nie każdy musiał go kochać i szanować. Ale czy rzeczywiście stał się tak nieczuły za jakiego chciał uchodzić?
Istnieje pewne stwierdzenie bardzo popularne w dzisiejszym świecie, a głosi ona, iż zranienie zabija w człowieku naiwność. Tak, to prawda i trudno potem widząc kogoś po raz pierwszy pomyśleć „łaaał” i nie wiadomo, dlaczego później chodzić uśmiechniętym. Człowiek zraniony zakłada na siebie gruby, żelazny pancerz w obawie przed ponownym zranieniem, wykorzystaniem. Traci on zaufanie do ludzi, a w szczególności do osobników płci przeciwnej. Nie wierzy już w żadne piękne słowa, którymi tak często go karmiono, a nie były one szczere i prawdziwe. Do takich osób należał Matthew i z pewnością dołączy do nich Anna i to dzięki jego zasłudze. Wiedział o tym doskonale. Tylko, że nic nie mógł zrobić, by to odkręcić. W końcu czasu nie da się cofnąć. Za daleko zabrnął w celu zaspokojenia swoich żądz, nie zważając na konsekwencje swoich czynów, a raczej konsekwencje, które spadną na dziewczynę.
- Co ja najlepszego zrobiłem? – spytał sam siebie nadal przyglądając się rysunkom.
Jedyne czego nie można mu było zarzucić jest fakt, iż ani razu nie próbował wmówić Annie, że ją kocha. Nigdy tego nie zrobił, pomimo, że wiedział, iż ułatwiłoby mu to sprawę. Nie obiecywał jej miłości po kres życia, ani małżeństwa. Robił za to inne rzeczy, które są godne potępienia. W końcu z premedytacją ją w sobie rozkochiwał, co zresztą przyniosło oczekiwany skutek. A teraz miłość, którą go darzyła zamieni się w nienawiść. O ile już się nie zamieniła. Był o tym przekonany i wiedział, że na to zasłużył. Sam zniszczył to, co mogło być najpiękniejszym prezentem podarowanym mu przez los, ale było już za późno. I nie chciał się dłużej nad tym rozwodzić. Może to i lepiej, że tak to się właśnie skończyło. Skończyło nim posunął się jeszcze dalej w swoich działaniach.
Spojrzał na rysunek prezentujący brytyjkę. Bezwątpienia była piękna i zmysłowa, przez co nietrudno było się w niej zakochać. A teraz? Jedyne uczucie, które wzbudzał w nim „nikły obraz” dziewczyny stanowiła mieszanka pogardy z goryczą.
Przez chwilę jeszcze przyglądał się aktom Cariny, po czym długo się nie zastanawiając zerwał je ze ściany i wrzucił do stojącego w kącie żaroodpornego kosza. Wyjął jeszcze z kieszeni pudełeczko zapałek i w ślad za papierem powędrowała paląca się zapałka. Ogień bardzo szybko się rozprzestrzenił i w żaden sposób nie oszczędził zmarłej.
- Rozpamiętywać przeszłość to zaniedbywać teraźniejszość – stwierdził, kiedy w koszu pozostał jedynie popiół. – A na to nie mogę sobie pozwolić. Już nie.

~Enigma
komentarze [9]

025. Finisz?

>> piątek, 19 czerwca 2009 14:25:50


Kilka słów od Autorki:
Co prawda nie zdążyłam przed końcem roku szkolnego, ale dodaje równo z końcem - więc nie jest tak źle ;-) Rozdział nie jest zbyt długi, ale mam nadzieje, że treścią to wynagrodzi. Nie przedłużając - przyjemnej lektury i do następnego razu. I przede wszystkim miłych wakacji.

*
Szła prosto przed siebie nie dostrzegając niczego, ani nikogo wokół. Wszyscy przechodnie, drzewa, budynki przestały być dla niej zauważalne. Była tylko ona i wszechogarniająca pustka, której żadne słowa nie mogą wyrazić. Miała poczuć się lepiej, ale wcale tak się nie stało.
Nigdy nie sądziła, że byłaby w stanie kogoś skrzywdzić. Nie chciała tego, nie planowała. Nie zrobiła tego z premedytacją. Stało się. I nic już tego nie zmieni. Pozostało tylko gryzące ją poczucie winy. Wiedziała jedno. Sean sobie na to nie zasłużył. Nikt na to nie zasługuje. Zraniła jego uczucia, ale ją również zraniono, bawiono się jej kosztem. I zarówno ona, jak i Sean się na to podświadomie zgadzali. A dlaczego? Odpowiedź na to pytanie jest niesłychanie prosta: oboje byli zakochani. Szkoda tylko, że bez wzajemności.
Z zamyślenia wyrwał ją dźwięk klaksonu. Oprzytomniała i po raz pierwszy od momentu opuszczenia domu Zimmerów rozejrzała się dookoła. Zdała sobie sprawę, że od dłuższego czasu jedzie obok niej samochód o srebrnej karoserii, a ona nawet tego nie dostrzegła. Dopiero, kiedy kierowca spuścił szybę, zobaczyła Matthew. Zupełnie zapomniała, że miała się z nim spotkać. Zatrzymała się. On zrobił to samo.
- Zdaje się, że wystawiłaś mnie do wiatru – oznajmił badawczo się jej przyglądając. – Pamiętasz? Miałem po ciebie podjechać o ósmej. Jest już wpół do dziewiątej.
- Pamiętam. Przepraszam. Zasiedziałam się – powiedziała nieco skołowana. W końcu z pewnością nie spędziła z Seanem półtorej godziny. Co najwyżej pół. Wyglądało na to, że droga, której przejście zajmowało jej zazwyczaj kwadrans tym razem urosło do rangi godziny.
- Czyżbyś wracała ode mnie? Co tam u mojego brata? – spytał z lekkim uśmiechem, ale Annie nie było ani odrobinę do śmiechu.
- Naprawdę chcesz wiedzieć? – odpowiedziała pytaniem na pytanie, a on spojrzał na nią uważniej. Wyczuł, że coś się wydarzyło. I z pewnością nie było to nic przyjemnego.
- Tak. W końcu to mój brat. Więc?
Nic nie powiedziała. Obeszła tylko samochód dookoła, po czym wsiadła do środka zajmując miejsce pasażera na przednim siedzeniu. Brunet z kolei bez słowa zapalił silnik i przeparkował samochód. Kiedy to zrobił zapanowała w eterze dość niezręczna cisza. Spojrzał, więc na swoją towarzyszkę wyczekująco, ale ona uparcie milczała, nawet na niego nie patrząc. W pewnej chwili dostrzegł, że zaczęła płakać. Pojedyncze łzy spływały po jej różanych policzkach, ale ona się tym w ogóle nie przejmowała. Miała w nosie to, że jej łzy widzi Matthew Zimmer. Długo nie czekając podał jej chusteczkę, którą wyjął ze schowka. Wydmuchała głośno nos i otarła oczy wierzchem dłoni. Musiała wziąć się w garść. Nie powinna przedłużać tej chwili, pomimo, że wiedziała, iż widzi go po raz ostatni.
- Chciałam się pożegnać – oznajmiła nagle, jak gdyby nigdy nic. – Wyjeżdżam.
Wiedziała, że go tym wyznaniem zaskoczy. Nie pomyliła się. Z pewnością nie spodziewał się takiej nowiny.
- Kiedy? – spytał nieco oszołomiony tą informacją.
- Jutro wieczorem. Najprawdopodobniej koło dziesiątej.
- Dlaczego? – zadał najważniejsze pytanie, chociaż podejrzewał, jaka jest tego przyczyna. Chciał jednak usłyszeć to od niej. Ale i tym razem nie doczekał się z jej strony odpowiedzi.
Zamyśliła się. Nagle przyszedł jej do głowy pewien pomysł. Szalony, jak na nią, ale dawna Anna zniknęła. Zresztą i tak nie miała już nic do stracenia. W końcu wyjeżdżała. Poza tym chciała w jakiś sposób zakończyć grę, w którą brunet bawił się od samego początku. Chciała chociaż raz poczuć się w niej zwycięzcą. Czy dla satysfakcji? Po części tak. Pragnęła, żeby Matthew poczuł gorycz przegranej, kiedy nawet się tego nie będzie spodziewał.
- Namaluj mnie – poprosiła po raz pierwszy na niego spoglądając. Chociaż to nie była prośba, raczej żądanie.
- Co? – spytał ponownie tego wieczoru zaskoczony.
- Namaluj mnie – powtórzyła stanowczo. – No chyba, że już nie potrafisz.
Spojrzał na nią niedowierzając własnym uszom. Sposób, w jaki to powiedziała o kimś mu przypomniał.
- Jesteś pewna, że tego chcesz? – odparł po chwili nie spuszczając z niej wzroku.
- Tak. To, jak? Namalujesz mnie, czy nie?
Tym razem to on nie udzielił jej odpowiedzi tylko ponownie załączył silnik i wyjechał z parkingu. Anna uznała to za zgodę. Bez słowa zapięła pas bezpieczeństwa i obserwowała mijaną drogę. Nie odjechali jednak daleko. Matthew zatrzymał samochód przed niewielkim budynkiem, po czym wysiadł. Dziewczyna zrobiła to samo.
- Co to za miejsce? – spytała rozglądając się. Wielokrotnie już mijała ten budynek, podczas spacerów do sklepu, ale nigdy wcześniej jej to nie zainteresowało.
- Chodź – powiedział otwierając przed nią drzwi. – Tutaj wynajmuję pracownię – dodał widząc, że zaczęła się wahać. Po tych słowach weszła jednak do środka.
Na portierni siedział starszy mężczyzna, który przywitał się serdecznie z chłopakiem i podał mu klucz. Matthew zamienił z nim jeszcze kilka zdań, po czym poprowadził Annę licznymi korytarzami, aż doszli do jednej z sal. Otworzył drzwi, zapalił światło i zaprosił ją do środka.
Od razu po wejściu w oczy rzuciły się jej liczne plany budynków mieszkalnych i innych obiektów kulturalnych. Przyglądała się im jakiś czas, kiedy brunet porządkował papiery na dużym stole. Gdy już je uprzątnął wyciągnął z szafy arkusz papieru i rozłożył go na blacie, po czym zastrugał kilka ołówków różnej grubości.
- Co to ma być? – spytał po chwili odwracając się w jej stronę. – Portret? Cała sylwetka? Jakiś detal?
- Akt – przerwała mu rozpinając guziki swojego żółtego sweterka po chwili zrzucając go z siebie na podłogę. To samo zrobiła z czarną dżinsową spódniczką. – Chcę, żebyś namalował mój akt.
Matthew milczał. Po raz pierwszy w życiu nie wiedział, co powiedzieć. Był w coraz większym szoku. W pierwszej chwili pomyślał, że to wszystko mu się śni, że to tylko jego fantazja, ale to działo się naprawdę. Anna stała przed nim zupełnie naga krzyżując ręce na piersiach. Dostrzegł na jej policzkach rumieńce, które nieoczekiwanie odróżniły ją od jego zmarłej dziewczyny. Uśmiechnął się lekko kącikami ust. Tym właśnie różniła się od Cariny. Miała wpojone poczucie wstydu, którego Brytyjce brakowało. Carina była przyzwyczajona do pożądliwego wzroku mężczyzn, przez co nigdy nie czuła się onieśmielona. Anna natomiast stanowiła jej przeciwieństwo; delikatna, wrażliwa i przede wszystkim niewinna.
- Hm…może przestaniesz się tak na mnie gapić i powiesz mi, gdzie mam usiąść – powiedziała próbując ukryć przed nim swoje zawstydzenie.
Odwrócił od niej swój przeszywający wzrok i podszedł w stronę stojącej przy ścianie bordowej kanapy. Przesunął ją na środek sali i poprawił poduszki.
- Zapraszam – oznajmił wskazując łóżko.
Anna pospiesznie przeszła przez pokój i równie szybko ułożyła się na kanapie. Starała się nie myśleć o jego obecności i zachowywać tak, jakby była w tym pomieszczeniu zupełnie sama. Matthew także starał się zachowywać profesjonalnie tak, jakby Anna była zwykłym przedmiotem, który miał narysować. Zawsze tak postępował. Kobiety, które przyszło mu malować były mu całkowicie obojętne. Nie stanowiły dla niego niczego więcej niż ciała, które zapewniało mu zaspokojenie seksualnych potrzeb. Nie był z nimi związany emocjonalnie w żadnym stopniu. Pojawiały się i znikały niczym tęcza po burzy, kiedy nie były mu już do niczego potrzebne. Wyjątkiem była Carina, ale ona zniknęła bezpowrotnie. Tymczasem szatynka leżąca przed nim na kanapie stanowiła wyjątek od reguły. Z pewnością nie była mu zupełnie obojętna. Stała się jego obsesją. Za wszelką cenę pragnął ją zdobyć. I nie mógł znieść myśli, że mu się to nie udaje. Anna była pierwszą dziewczyną, która mu się opierała. Dotąd nie musiał kiwnąć nawet palcem, żeby zaciągnąć jakąś do łóżka. Ona była inna. Wyjątkowa. I chyba to mu się w niej najbardziej podobało. Miała wpojone zasady moralne, których się trzymała.
Ustawił przy niej lampę, po czym zgasił duże światło. Ten zabieg pomógł mu idealnie oświetlić jej sylwetkę i rysy. Na tym jednak nie skończył. Przyjrzał się jej zza stołu oceniając kompozycję obrazu i bez słowa podszedł do niej. Usiadł na brzegu kanapy i ostrożnie odgarnął z ramienia opadające nań kosmyki włosów odsłaniając tym samym dekolt. Anna drgnęła, kiedy poczuła dotyk jego ciepłej dłoni przy tej czynności.
- Rozluźnij się. Nie bądź taka spięta – doradził, a kiedy dotknął lewej nogi dziewczyny w okolicy uda jej serce zaczęło bić jak oszalałe.
- Wykorzystujesz sytuację – stwierdziła, kiedy ponownie poczuła jego dłoń na swoim ciele.
- Nie zaprzeczę – przyznał wstając. – Ale to był twój pomysł, więc nie miej do mnie pretensji. A teraz nie ruszaj się i nie odzywaj – polecił wracając na swoje stanowisko. Wziął do ręki najcieńszy z ołówków i zaczął coś kreślić na papierze.
Anna obserwowała go kątem oka i czuła, że coraz bardziej płoną jej policzki. Stała się na jeden moment Rose z kultowego już Titanica, a Matthew wcielił się w postać Jacka malującego swoją ukochaną z „Sercem Oceanu” na szyi. Tylko, że ona nie posiadała tego klejnotu i nie była ukochaną Matthew. Mimo to przez tą chwilę starała się o tym nie myśleć.
- Odpręż się – usłyszała jego głos. – Możesz już przymknąć oczy, jeśli ci to w tym pomoże. I pomyśl o czymś przyjemnym.
Posłuchała go. Zamknęła oczy i myślała. Wyobraziła sobie, że znajduje się w jego ramionach. Wyobrażała sobie jego pocałunki, które wciąż doskonale pamiętała. Pomogło. Poczuła, że jej ciało stało się dziwnie lekkie. Fantazjowała o nim na jego oczach, a mimo to nie przejmowała się tym, że może się tego domyślić. Wręcz przeciwnie.
- O czym myślisz? – spytał po około dwudziestu minutach intensywnego obserwowania jej postaci. Zauważył, że przestała być spięta i oddycha z niezwykłym spokojem.
- Zabroniłeś mi się odzywać – odparła cicho ledwo ruszając ustami.
- Teraz możesz. Już prawie kończę – wyznał zgodnie z prawdą.
- Szybki jesteś – przyznała otwierając z powrotem oczy.
- Lata praktyki. Więc? Powiesz mi, o czym myślałaś? – ponowił swoje pytanie.
- Powiem, jeśli ty też mi o czymś opowiesz – stwierdziła po namyśle.
- Dobrze. Więc co jeszcze byś chciała wiedzieć? – spytał zapalając papierosa i zaciągając się dymem, jednocześnie nadal nie odrywając wzroku od rysunku. – Śmiało. Pytaj, o co chcesz.
‘Opowiedz mi o Carinie’ – pomyślała, ale w ostatniej chwili powstrzymała się przed powiedzeniem tego na głos. Nie mogła go o to prosić. Nie ze względu na niego, a na nią. Podjęła już decyzję o wyjeździe, a nie chciała, żeby jego opowieść w jakiś sposób wpłynęła na zmianę jej postanowienia. Matthew Zimmer nie był chłopakiem dla niej. I musi się z tym pogodzić, pomimo, że podświadomie szukała jakiegoś powodu do zmiany zdania.
- Długo jeszcze? – spytała zamiast tego. – Zdrętwiałam.
Matthew zgasił papierosa i spojrzał na nią uważniej. Domyślił się, że rozmyśliła się od zadania mu jakiegoś pytania. Podejrzewał nawet jakiego, ale skoro tego nie zrobiła, on także nie miał zamiaru poruszać tego tematu.
- Nie – odparł wrzucając ołówek do pudełka. – Właśnie skończyłem. Możesz się ubrać.
Zgasił lampkę stojącą na stole i oparł się o jego blat. W milczeniu obserwował, jak Anna się ubiera. Zakładała już sweter, kiedy to dostrzegła. Nie dopięła guzików. Patrząc na niego przypomniała sobie o swojej niedawnej fantazji i chęci ukarania go.
- Dlaczego wyjeżdżasz? – ponowił pytanie, które zadał jej w samochodzie.
- To nie ma już większego znaczenia. Wyjeżdżam i nic tego nie zmieni – wyznała podchodząc do stołu, na którym leżał ukończony jej akt. Spojrzała najpierw na rysunek, który był doskonały, a potem na jego autora.
- Jesteś tego pewna?
- Tak – potwierdziła stając przed nim i spoglądając prosto w jego ciemnozielone oczy. – Chciałeś wiedzieć, o czym wtedy myślałam, prawda? – spytała nie spuszczając ani na moment z niego wzroku.
- I nadal chcę – zapewnił i podszedł do niej znacznie bliżej. – O czym myślałaś? Powiesz mi?
- Nie – wyszeptała kładąc dłoń na jego karku. – Wolę ci to pokazać – dodała i nim zdążył coś odpowiedzieć zaczęła delikatnie całować jego usta.
Włożyła w ten pocałunek całą siebie, całe swoje uczucie jakim go darzyła. Chciała go zapamiętać. Zapamiętać smak jego ust, zapach, dotyk, ciepły oddech. To wszystko, co powodowało drżenie jej ciała i przyjemnie rozchodzące się dreszcze. Pragnęła, by i on to zapamiętał. Aby nigdy nie mógł o tym zapomnieć.
Matthew odwzajemniał ten pocałunek z równie dużym zaangażowaniem. Był on długi i intensywny. Na zawsze przypieczętował rozdział w życiu Anny, który pragnęła zamknąć. Tym razem to ona zadecydowała o jego zakończeniu, a kiedy oderwała swoje wargi od ust chłopaka spojrzała mu głęboko w oczy. Uśmiechnął się zwyczajnie, bez ani grama kpiny, czy ironii. Od początku zdawał sobie sprawę, że to było pożegnanie z jej strony, dlatego pozwolił jej rozegrać to po swojemu.
- Zatrzymaj go – oznajmiła wskazując rysunek. – Będziesz miał doskonały dowód. W końcu nie mogę pozwolić byś przegrał swój zakład – dodała odpychając go od siebie.
Spojrzał na nią zaskoczony i ten piękny uśmiech w jego wykonaniu zszedł mu z twarzy. Z pewnością nie spodziewał się takiego obrotu sprawy.
- Jesteś łajdakiem, Matthew. Traktujesz kobiety przedmiotowo, bawisz się ich uczuciami. Zakładasz się o nie, tak, jakby nie miały uczuć. To obrzydliwe – stwierdziła mało przyjemnym tonem.
- Anna, o czym ty…
- Zaprzeczysz? Zaprzeczysz, że się o mnie założyłeś? – przerwała mu sucho.
Nic nie odpowiedział. Diametralnie zmienił wyraz twarzy. Chyba po raz pierwszy w życiu poczuł się zakłopotany. – Tak myślałam.
- Skąd o tym wiesz? Damien ci powiedział? – wydusił z siebie jednocześnie unikając jej wzroku.
- Nie. Twój kumpel cię nie zdradził. Cóż za lojalność. Godna pozazdroszczenia, czyż nie? – roześmiała się sztucznie. – Jak mogłeś?! Czy ty nie masz sumienia?!
- Anna to nie tak.
- A jak?! Zabawiałeś się moim kosztem. A ja jak ta skończona kretynka nabierałam się na te twoje tanie sztuczki! Może i zdobyłeś moje serce, ale przysięgam, że nigdy, przenigdy nie posiądziesz mojego ciała! Nie będziesz mnie miał ani teraz, ani jutro, ani nigdy! W końcu o to ci wyłącznie przez ten cały czas chodziło, prawda?! Żegnaj, Matthew! Żegnaj na zawsze. Mam nadzieje, że już nigdy więcej się nie spotkamy – oznajmiła, po czym pospiesznie skierowała się do wyjścia.
Zatrzymała się tylko na chwilę. – Na twoim miejscu nie liczyłabym na miłe przywitanie ze strony Seana.
- Anna! Poczekaj! – zawołał za nią, ale już się nie zatrzymała.
- Idź do diabła!
Dłużej nie próbował jej zatrzymywać i nie minęło dużo czasu, kiedy zatrzasnęła za sobą drzwi od pracowni. Był oszołomiony tym, co mu powiedziała. Miała rację. I to sprawiło, że poczuł się okropnie. Zdołała obudzić w nim poczucie winy. I z pewnością nie było to przyjemne uczucie.
Chwycił się za głowę obiema rękoma i wbił wzrok w wykonany przez siebie akt. Wciąż słyszał w podświadomości jej głos rozbijający się wielkim echem po głowie. Słowa, które do niego powiedziała podziałały na niego jak lodowata woda. Ale możliwe, że od lat właśnie taki prysznic był mu potrzebny.
W pewnej chwili rozdzwonił się jego telefon. Odebrał połączenie po trzecim sygnale. Dzwonił Damien. Z początku nie docierało do niego, co przyjaciel próbował mu przekazać.
- Co z tobą stary? – zirytował się blondyn.
- Nic. O co chodzi? – odparł bez zbędnych uprzejmości.
- Chciałem ci tylko przypomnieć, że jutro mija termin. Powinieneś się sprężyć.
- Więc niech mija – uciął rozłączając się.
Ponownie spojrzał na akt dziewczyny. W tym także miała rację. Miał dowód. Z łatwością mógłby wmówić przyjaciołom, że przespał się z tą ciemnowłosą pięknością. Jego reputacja zostałaby ocalona. Tylko on i Anna znaliby prawdę. Z tą myślą zwinął rysunek w rulon, po czym szybko poszedł w ślady Anny opuszczając pracownię.

pozdrawiam:
~Enigma
komentarze [11]

024. Są takie dni, w które otwarcie oczu jest niesłychanym aktem odwagi.

>> niedziela, 7 czerwca 2009 11:56:55


Kilka słów od Autorki: Witam ponownie po dość długiej przerwie. Mam dla was kolejny rozdział tej historii. Czytając go łatwo zorientować się, że zmierza ona ku końcowi. Możliwe, że was to rozczaruje albo zasmuci, ale każda historia ma swój koniec. I taka chwila przyszła tutaj. Ale nie martwcie się może was jeszcze czymś zaskoczę ;-) Tymczasem zapraszam do lektury. Do zobaczenia za jakiś czas.

*

Nastał ten dzień. Dzień, w którym miała złamać serce wspaniałemu chłopakowi. Dochodziła jedenasta przed południem, a ona wciąż leżała w łóżku z zamkniętymi oczami. Bała się je otworzyć. Nie miała na to odwagi. Cały czas obmyślała, co powie Seanowi. Wyobrażała sobie przebieg ich rozmowy, ale i tak jednego była pewna: nie zakończy się to miłym uściskiem dłoni. Nie wspominając już o uśmiechu. Wątpiła, by Sean zechciał zostać jej przyjacielem. Zapewne nie będzie chciał jej znać. To przerażało ją najbardziej, ale nie mogła już dłużej ciągnąć tego związku i dalej go oszukiwać. Sean na to nie zasługiwał.
Zadzwonił wczoraj do niej, by poinformować o ich dzisiejszym powrocie z Wernigerode. Mają przyjechać około piętnastej. Umówiła się z nim, że wpadnie do niego wieczorem. Zaznaczyła, że muszą porozmawiać. Poważnie porozmawiać. Zgodził się. Tak, więc nie miała już odwrotu. Musi się z tym zmierzyć. Naważyła sobie piwa, które teraz zmuszona będzie wypić.
Wzięła głęboki oddech i zmusiła się do otwarcia oczu. Kiedy to zrobiła promienie słoneczne niemal ją oślepiły. Powoli wstała i poszła się ogarnąć. ‘Witaj cholerna rzeczywistości!’ – mruknęła do swojego odbicia w lustrze, które z trudem rozpoznała. Miała podkrążone oczy po nieprzespanej nocy i wylaniu z siebie już chyba wszystkich możliwych łez. A może jednak nie wszystkich? Zacisnęła mocniej powieki, żeby powstrzymać kolejne napływające do oczu. Czym prędzej wyszła z pokoju ani razu nie oglądając się za siebie.
Siostra przygotowała jej na śniadanie płatki zbożowe z mlekiem, ale nie była w stanie niczego przełknąć. Coś nieprzyjemnego stało jej na gardle. Nie miała apetytu. W końcu, żeby zabić czas postanowiła zabrać psa na spacer, którego Ewelina po usilnych prośbach Anny zgodziła się zatrzymać. Nazwały go Teddy. Robert nie był zachwycony na widok nowego domownika, ale poddał się, kiedy żona przypomniała mu, że coś jest jej winien, za to, co przez niego przeszła ponad dobę temu. I tak, Teddy stał się oficjalnym członkiem rodziny Schultz.
Co do domniemanego wypadku szwagra dziewczyny, Ewelina opowiedziała siostrze o tej nieszczęsnej pomyłce, do której doszło w klinice. Wyznała, że jeszcze nigdy tak się nie bała. Te kilka godzin, które spędziła w szpitalu czekając na jakąkolwiek informacje o stanie zdrowia męża były koszmarem. Jeszcze nigdy nie była tak przerażona, dlatego rozpłakała się jak mała dziewczynka, kiedy Robert zadzwonił do niej z zapytaniem, gdzie się włóczy o tak późnej porze. Ulga, jaką wtedy odczuła była nie do opisania. Od razu wróciła do domu i już od progu rzuciła się zaskoczonemu mężowi prosto na szyję z prośbą, żeby bardzo mocno ją objął.
Tak, jak Anna przypuszczała siostra do niej bezustannie dzwoniła, ale informowano ją o chwilowej nieobecności abonenta w sieci, przez co i o nią się zamartwiała. Szatynka wyjaśniła jej, co się stało i opowiedziała w wielkim skrócie o swojej niedawnej przygodzie. Nie wdawała się w zbytnie szczegóły na temat brata Seana, ograniczyła swoją relację do minimum, jeśli chodzi o jego udział w całej tej wyprawie. Ewelina, co prawda była ciekawa, co robili przez ten czas, ale Anna umiejętnie zmieniała temat, najczęściej słowami: Nic ciekawego. Opowiedz mi lepiej o Robercie. Później jednak wróciły jeszcze do rozmowy na ten temat. I Anna podjęła wtedy jedyną słuszną decyzję, jaką mogła podjąć będąc w takiej sytuacji. Szczególnie, że Matthew Zimmer zabrał jej całą przestrzeń życiową i nie potrafiła o nim nie myśleć.
Nie mam ci czego wybaczać. Cieszę się, że nie jesteś taka jak ona. Nawet nie masz pojęcia, jak bardzo – słowa Matthew cały czas zaprzątały jej myśli, niczym zaklęte. Starała się je odrzucać, ale bezustannie do niej powracały. Była zła na niego, że to powiedział. Chociaż na siebie w równym stopniu także, w końcu, to ona wspomniała o dawnej jego miłości. Nie potrzebnie to zrobiła. Nie mogła sobie wybaczyć, że nie ugryzła się wtedy w język. Gdyby w porę powstrzymała ten potok słów, to jemu nie udałoby się po raz któryś wzbudzić w niej ciekawości.
Od dawna zdawała sobie sprawę z tego, że Matthew Zimmer jest prawdziwą, chodzącą zagadką. Potrafił znakomicie oblec swoją osobę aurą tajemniczości, przez co wzbudzał zainteresowanie, któremu nawet Anna nie potrafiła się oprzeć. Jego życie stanowiło jedną wielką zagadkę, którą za każdym razem starała się rozgryźć, a kiedy wydawało jej się, że tego dokonała, zaskakiwał ją czymś nowym. I tak w kółko, niczym w jakimś obłędnym kole. Tym razem jednak nie chciała się nad tym zastanawiać. Po prostu nie mogła. Postanowiła jak najszybciej o nim zapomnieć. Wiedziała, że musi wymazać go ze swojego życia, swoich myśli i co najtrudniejsze – serca. Nie mogła sobie pozwolić dalej w to brnąć, bowiem doskonale zdawała sobie sprawę, że to nie ma najmniejszego sensu. Dla Matthew była jedynie przelotną miłostką, kimś, z kim można spędzić miło czas, a potem, jak gdyby nigdy nic – odejść bez słowa wyjaśnienia. Możliwe, że ją nawet trochę lubił, ale z pewnością nie traktował tej znajomości poważnie. Z kolei Anna przywiązywała się emocjonalnie, oddawała się bez reszty i zgadzając się na bliższą znajomość ze starszym Zimmerem z góry skazałaby się na cierpienie. W końcu prędzej, czy później zraniłby ją. A tego najbardziej się obawiała.
Zawsze wyobrażała sobie, ze zakocha się w miłym, odpowiedzialnym, kulturalnym chłopaku, który będzie ją kochał i szanował. Takim, który będzie traktował ją, jak księżniczkę, którą oczywiście nie jest. Idealny mężczyzna? Takie miała do niedawna o nim wyobrażenie. Nigdy nie brała nawet pod uwagę, że jej serce będzie fikać koziołki przy całkowitym przeciwieństwie tegoż ideału. Do tej pory czuła wstręt do mężczyzn pokroju Matthew; aroganckich i chorobliwie pewnych siebie. Odpychali ją od siebie samym swoim zachowaniem, a teraz…wpadła po uszy.
Zadanie, którego teraz chciała się podjąć, nie było łatwe do zrealizowania. Zdawała sobie sprawę, że aby zapomnieć o Matthew Zimmerze, musiałaby go więcej nie widywać. A najlepiej już nigdy nie spotkać na swojej drodze. A jedynym na to sposobem byłby…wyjazd. Wyjazd z tego miasta, z tego kraju. Wyjazd jak najdalej od niego. I właśnie taką decyzję podjęła podczas szczerej i pełnej bólu rozmowy ze swoją starszą siostrą. Wyjeżdżała z Osnabrucka jeszcze jutrzejszego wieczoru.
- Nie będę wmawiała ci tych bzdur typu, że to nie jest chłopak dla ciebie, że zasługujesz na kogoś lepszego, bo jesteś wyjątkową dziewczyną. Oczywiście tak myślę, ale wiem też doskonale, że to w niczym nie pomoże. Nie ma takich słów, które złagodziłyby ból rozczarowania. Wszystkie tego typu słowa są zbędne, bo i tak serce bardzo często góruje nad rozumem, jako jego największy i najmocniejszy przeciwnik w grze powszechnie zwanej Miłością. Nie mogę ci też zagwarantować, że za te kilka tygodni, może nawet miesięcy się odkochasz, bo nie mam takiej pewności. Matthew jest twoją pierwszą, prawdziwą miłością i zapewniam cię, że o pierwszej miłości się nie zapomina. Nie ważne, jaka by ona nie była. Ale możliwe, że z czasem to uczucie wygaśnie i pozostanie jedynie wspomnieniem. Może spotkasz na swojej drodze mężczyznę, który wzbudzi w tobie jeszcze większe uczucie niż to, którym teraz obdarzyłaś Matthew. Ale wiem jedno. Powinnaś być szczera wobec Seana. Powinnaś mu powiedzieć o wszystkim i zakończyć ten związek, i to jak najszybciej. Nie możesz tego odkładać, a tym bardziej wyjechać bez słowa. Co do tego wyjazdu, to, jeśli naprawdę tego chcesz, postaram się załatwić sobie urlop. Wtedy razem pojedziemy. Mnie również przyda się odrobina wakacji – wyznała Ewelina wczorajszego wieczoru, kiedy razem z Anną przygotowywały kolację. Zaraz potem podała swojej siostrze chusteczkę na otarcie łez i wydmuchanie nosa. Szatynka bardzo się rozkleiła nie mogąc już dłużej ukrywać przed całym światem tego, co działo się w jej duszy. – Wiem, że masz mętlik w głowie. Ale przemyśl jeszcze wszystko. Masz jeszcze miesiąc wakacji. Szkoda byłoby go zmarnować.
- Wiem, ale chcę już wracać do Warszawy. Nie mogę tutaj zostać. Rozumiesz? Nic już nie jest takie, jak na początku – odparła podejmując ostateczną decyzję.
- Dobrze. Na mnie zawsze możesz liczyć – blondynka uśmiechnęła się i podała siostrze kanapkę. – A teraz zjedz coś, bo jeszcze się rozchorujesz.
Anna wiedziała, że Ewelina miała rację. Musiała to zakończyć i porozmawiać szczerze ze swoim chłopakiem nawet za cenę tego, że ją znienawidzi. Im szybciej tym lepiej. Tylko nie była pewna, dla kogo lepiej.

Pomyślała, że może pobyt na świeżym powietrzu dobrze jej zrobi i pozwoli się trochę uspokoić. Zawołała, więc psa i wyszła. Skierowała się do parku, w którym była z Seanem po raz pierwszy. W ciągu dnia nie był jednak już tak niezwykły. A może ona przestała to dostrzegać? Utkwiła spojrzenie w tafli oczka wodnego, do którego wrzuciła ponad miesiąc temu monetę. Od razu przypomniała sobie o życzeniu, które pomyślała pierwszego dnia po swoim przyjeździe. A mianowicie: spotkać na swojej drodze miłość. Roześmiała się cichutko. Tylko, że jej śmiech nie odzwierciedlał wcale radości, a smutek. Jej życzenie się spełniło. Spotkała miłość. Szkoda tylko, że tą niemożliwą do spełnienia.
Usiadła na dużym kamieniu i przez pewien czas przyglądała się harcom psa, który biegał wkoło i szczekaniem domagał się, by Anna rzucała mu patyki. Poddał się widząc, że dziewczyna nie reagowała na jego zaczepki. Za bardzo była pogrążona we własnych myślach.
Spędziła w parku blisko trzy godziny, kiedy uznała, że już najwyższa pora wrócić do domu. Powinna zacząć się pakować, jeżeli naprawdę chciała wyjechać. Nie chciała, ale wiedziała, że nie ma innego wyjścia i już jutro wieczorem razem z siostrą miały wyruszyć w długą podróż. Stanowiło to kolejny powód, dla którego nie mogła odłożyć rozmowy z Seanem. W końcu nie mogłaby wyjechać bez pożegnania. Sean powinien wiedzieć, dlaczego musi to zrobić.
Wracała na ulicę Berlinga dłuższą trasą niż zwykle. Chciała zapamiętać jak najwięcej szczegółów. Wydawało się jej bardzo prawdopodobnym, że może już nigdy tego nie zobaczyć. Przynajmniej na razie nie brała nawet pod uwagę możliwości ponownego przyjazdu do tego miasta. Nie sądziła, by nastąpiło to szybko.
Miała już zamiar wejść do domu, kiedy Teddy zaszczekał radośnie i zaczął merdać ogonem. Nawet się nie spostrzegła, kiedy szarpnął ją bardzo gwałtownie i pociągnął za sobą w stronę bramy. Dopiero po chwili Anna dostrzegła, co tak bardzo uradowało psa. A raczej, kto. Teddy z daleka rozpoznał postać Matthew. Jak oszalały rzucił się w jego stronę i nie minęło dużo czasu, kiedy był już głaskany przez chłopaka. Anna przyglądała się temu powitaniu z boku, bowiem już w połowie drogi wypuściła smycz z ręki. Nie sądziła, że tak szybko natknie się na starszego Zimmera. A z nim również miała do pogadania. Uznała to zrządzenie losu za znak, iż powinna to zrobić teraz. W końcu powinna uprzedzić go o swoich planach.
Wzięła kilka głębokich wdechów na rozluźnienie napięcia, które czuła od samego rana i podeszła bliżej. Przywitali się ze sobą tylko i wyłącznie zdawkowym „cześć”, zwłaszcza, że dziewczyna odsunęła się od niego, kiedy próbował pocałować ją w policzek.
- Musimy porozmawiać - oznajmiła poważnym tonem przyglądając się jak rozluźnił nieco krawat, gdyż był w eleganckim, czarnym garniturze, a przez ramię miał przewieszoną dużych rozmiarów teczkę. Anna domyśliła się, że znajdują się w niej wykonane przez niego plany architektoniczne.
- Przykro mi Anna, ale musisz z tą rozmową poczekać. Spieszę się – stwierdził podając jej smycz, którą bardzo mocno chwyciła.
- Ta rozmowa nie może czekać – dodała szybko próbując go zatrzymać.
- Ale będzie musiała. Mam za pół godziny spotkanie w sprawie praktyk. Nie mogę po raz kolejny się na nim nie pojawić. Rozumiesz? – wyjaśnił spoglądając na zegarek. Szatynka skinęła głową potwierdzając, że doskonale go rozumie. – W takim razie do zobaczenia.
- Matthew! – zawołała łapiąc go za łokieć nim zdążył zrobić krok. – Musimy porozmawiać jeszcze dzisiaj.
Spojrzał na nią uważniej. Dostrzegł w jej oczach niemalże desperację.
- Dobrze. Skoro tak bardzo ci na tym zależy. Mam czas dopiero wieczorem. Pasuje ci około ósmej? – spytał nieco zniecierpliwiony.
- Pasuje.
- Gdzie chcesz się spotkać?
- Wszystko mi jedno. Byleby to nie był twój dom – oświadczyła, a jej słowa jeszcze bardziej go zdziwiły.
- Dobrze. Coś wymyślę. Przyjadę po ciebie. O ósmej. Odpowiada ci to?
- Tak.
- To jesteśmy umówieni, a teraz już naprawdę muszę iść – powiedział szybko i nim zdążyła coś odpowiedzieć oddalił się.
Stała na środku chodnika patrząc za nim, do czasu, kiedy całkowicie nie zniknął z zasięgu jej wzroku, po czym szybko wróciła do domu.

Dochodziła piąta popołudniu, kiedy skończyła się pakować. Za dwie godziny miała spotkać się z Seanem, a godzinę później z Matthew. Wskazówki na zegarze przesuwały się w zawrotnym tempie, coraz szybciej przybliżając chwilę, której tak bardzo się obawiała. Nawet się nie obejrzała, kiedy minęło kolejne pół godziny. Podczas mijania tych minut siedziała w fotelu i patrzyła w sufit, tak jakby odpowiedź na jej niepewność i strach znajdowała się na głupich kasetonach. Zapewne trwałaby nadal w tym letargu, gdyby nie Robert, który zapukał do drzwi pokoju, który zajmowała od swojego przyjazdu. Zdała sobie sprawę, że musi z nią być naprawdę niedobrze, skoro jej szwagier zaczął się o nią martwić.
- Dobrze się czujesz? – spytał spoglądając na nią z uwagą.
- Tak. Fizycznie wszystko ze mną w porządku – odparła obejmując kolana rękami.
Słysząc to wyznanie wszedł do środka i zamknął za sobą drzwi. Podszedł do jej łóżka i zdjął z kołdry dużą walizkę, po czym usiadł uprzednio na zajmowanym przez bagaż miejscu.
- Zdaje sobie sprawę z tego, że ci ciężko, ale to minie – zaczął, więc po raz pierwszy oderwała wzrok od sufitu.
- Ewelina ci powiedziała?
Skinął głową, więc o nic więcej nie spytała. Poczuła się jeszcze gorzej.
- Nie wiem, czy w ogóle obchodzi cię moje zdanie, ale i tak to powiem. Zapewne zdajesz sobie sprawę z tego, że nawet najgorsza prawda jest lepsza od kłamstwa. Jestem przekonany, że Sean, kiedy pozna całą prawdę zrozumie twoje postępowanie i uczucia. To rozsądny chłopak. Największym winnym w całej tej historii jest jego brat, a nie ty. Nie twierdzę, że jesteś tutaj bez winy, ale nie możesz się tak zadręczać. To nie zbrodnia zakochać się. Chociaż nie zawsze obiekt naszych jest tego uczucia godzien. Czasami nasze wybory są irracjonalne, ale jak to mówią – serce nie sługa i nie można je zmusić ani do miłości, ani tym bardziej do odkochania się. Jesteś jeszcze młodziutka i troszkę naiwna. Tylko, że twoja naiwność wiąże się z tym, że wierzysz, iż każdy jest tak samo dobry i szlachetny, jak ty. Ale im wcześniej zrozumiesz, że tak nie jest, tym lepiej dla ciebie. Tym mniejsze będzie twoje rozczarowanie. Za jakiś czas, kiedy spojrzysz na to, co ci się przytrafiło z innej perspektywy, już bez udziału emocji, zrozumiesz, gdzie popełniłaś błąd i będziesz mogła wyciągnąć lekcję na przyszłość. To wszystko, co chciałem ci powiedzieć – oznajmił wstając i kierując się w stronę wyjścia.
- Robert! – zawołała nim zdążył nacisnąć klamkę. Zatrzymał się i spojrzał na nią kątem oka. – Dziękuję. Miło wiedzieć, że czasami odzywają się w tobie ludzkie uczucia – mówiąc to uśmiechnęła się do niego z wdzięcznością.
- Jak widzisz czasem zdarza mi się je okazać, nawet okropnej siostrze mojej żony.
- Potraktuję to jako komplement.
- Na twoim miejscu potraktowałbym to jako chwilowe zawieszenie broni – oznajmił żartobliwie. – W końcu nie kopie się leżącego.
- I całe szczęście – roześmiała się.
Wyglądało na to, że jej wakacyjna przygoda przyniosła, chociaż jeden pozytywny skutek i szatynka w końcu znalazła porozumienie ze swoim szwagrem.

Dokładnie o dziewiętnastej stała przed drzwiami domu Zimmerów. Stała wpatrując się w dzwonek, jakby próbując siłą woli zmusić go do wciśnięcia się, zważywszy, że sama nie była w stanie nacisnąć go palcem. Zapewne stałaby tak znacznie dłużej, gdyby nagle z domu nie wyszła matka braci. Uśmiechnęła się na widok Anny i zaprosiła ją do środka, po czym wsiadła do samochodu i gdzieś pojechała. Anna miała teraz pewność, że będą podczas tej rozmowy w domu zupełnie sami, więc nikt im w niej nie przeszkodzi.
Powoli udała się do saloniku, skąd dobiegały odgłosy telewizora. Zastała chłopaka na kanapie wpatrzonego w odbiornik. Skupiony był na meczu, który puszczono w telewizji. Na widok Anny uśmiechnął się szeroko i poklepał wolne miejsce obok siebie, dając jej znać, żeby usiadła. Nie zrobiła jednak tego. Wyłączyła za to telewizor i spojrzała na swojego chłopaka. Wciąż się uśmiechał. Zdawała sobie sprawę, że to ostatnie chwile, kiedy traktuje ją z ogromną sympatią.
- Sean…muszę z tobą porozmawiać – wyznała, kiedy próbował ją pocałować.
- Dobrze. Chociaż przerażasz mnie. Coś się stało? – spytał poważniejąc i podniósł jej podbródek do góry zmuszając ją tym samym, by spojrzała mu prosto w oczy. To nie było łatwe, zważywszy, że wzbudził w niej jeszcze większe poczucie winy. Przez moment chciała nawet się wycofać i powiedzieć mu, że musi wracać do Polski, bo ma jakieś problemy rodzinne. Ale nie chciała go już dłużej zwodzić. Zasługiwał na to, by poznać prawdę. Chociaż bolesną prawdę.
- Nie mogę być już dłużej twoją dziewczyną – wyszeptała z trudem zdając sobie sprawę, że po tych słowach nie będzie już odwrotu. Dostrzegła w jego oczach zaskoczenie. Z pewnością nie spodziewał się takiej wiadomości.
- Dlaczego? Zrobiłem coś nie tak? – odparł w końcu nieco oszołomiony.
- Nie, wręcz przeciwnie. Jesteś wspaniały – zaprzeczyła szybko czując, że cała ta sytuacja ją przerasta.
- To, dlaczego?
- Widzisz, Sean ja…ja po prostu…
- Wyduś to z siebie do cholery! – przerwał jej ostro.
- Nie kocham cię! Chyba nigdy tak naprawdę nie kochałam. I jest mi cholernie przykro, ale nie mogę już dłużej cię oszukiwać. Siebie zresztą też. Bardzo cię lubię, ale to wszystko. Nie potrafię tego zmienić. Próbowałam, ale nie potrafię. Nie masz pojęcia, jak bardzo bym chciała, bo jesteś wartościowym chłopakiem, takim, o którym zawsze marzyłam – wyznała czując, że łzy napływają jej do oczu.
- Przestań chrzanić! – odparł gniewnie odpychając ją od siebie.
Nastąpiła zupełna cisza. Słychać było tylko cykanie zegara. Sean usiadł z powrotem na kanapie i ukrył twarz w dłoniach. Natomiast Anna ledwo potrafiła ustać na nogach. Miała wrażenie, że zaraz upadnie, ale nic takiego się nie stało. Zapanowało między tym dwojgiem ogromne napięcie, a to był dopiero początek.
Sean nic więcej nie powiedział. Siedział bez ruchu kilka minut, które szatynce wydawały się wiecznością. Uznała, że to ona powinna przerwać tą niezręczną ciszę i dokończyć, to, co zaczęła.
- To nie wszystko, co mam ci do powiedzenia. Jestem ci winna prawdę – na te słowa spojrzał na nią, jakby widział ją po raz pierwszy w życiu. To nie było przyjemne spojrzenie.
- Zamieniam się w słuch – odparł i pierwszy raz jego uśmiech przybrał ironiczny charakter.
- Okłamałam cię.
- Doprawdy? Który raz? Przecież mówiąc, że mnie kochasz też kłamałaś! – zauważył z drwiną.
Nie powinna być tym zaskoczona. Spodziewała się takiej reakcji. Nie zmienia to jednak faktu, że zrobiło jej się okropnie przykro.
- Wtedy w Wernigerode do niczego między nami nie doszło. Okłamałam cię i jest mi strasznie wstyd – wyszeptała czując, ze płoną jej policzki. – I nic mnie nie usprawiedliwia, ale…
- Tak też podejrzewałem. W końcu podobno byłaś dziewicą. Chyba, że w tej kwestii też mnie oszukałaś! A z tego, co wiem, po stosunku seksualnym z dziewicą pozostają ślady krwi, nie zawsze, ale jednak. Zastanawiało mnie tylko jedno. Po co moja wspaniała dziewczyna miałaby mnie oszukiwać w takiej sprawie? Po co mi to w ogóle wmówiłaś? – oświadczył oschle uświadamiając Annie, o czym z Susie zapomniały obmyślając ten plan. Plan, który był strasznie dziecinny i podły. – No, po co?! Nie jestem idiotą, Anna! Ale najwyraźniej ty właśnie takie masz o mnie mniemanie!
- Dlaczego mi nie powiedziałeś? – wydusiła oszołomiona.
- Próbowałem, ale nie miałem na tyle odwagi. Nie chciałem cię zawstydzić, urazić. W końcu nie miałem tej pewności, ale widzę, że nie potrzebnie, tak się tobą przejmowałem – powiedział ze śmiechem.
- Sean…ja nie chciałam cię zranić…
- Ale to robiłaś. Myślisz, że niczego nie widziałem?! Że nie widziałem, jak na niego patrzysz! Na mojego własnego brata! Jak mogłaś?! W czym on jest lepszy ode mnie?! Oświeć mnie!
- W niczym Sean. W niczym.
- I nawet nie zaprzeczyłaś! – roześmiał się kpiąco.
- Nie, bo chcę być z tobą szczera – stwierdziła czując, że z każdą chwilą jest i będzie coraz gorzej.
- I na czym ta twoja szczerość będzie polegała? Będziesz mi opowiadała, ile razy przyprawiłaś mi rogi? Wiesz, co? Oszczędź mi tego. Nie chcę cię już znać! – podniósł głos zrywając się z kanapy, tak jakby chciał ją uderzyć. Nie zrobił jednak tego. Podszedł tylko do drzwi. – Wyjdź!
- Sean…
- Wyjdź! – powtórzył nawet na nią nie spojrzawszy.
Nic nie odpowiedziała. To nie miało już sensu. Jej najgorsze obawy sprawdziły się. Znienawidził ją. I co najgorsze nie pozwolił nic wyjaśnić. Stała się w jego oczach insektem, nic nieznaczącym chwastem, którego trzeba, czym prędzej wytępić.
Skierowała się do wyjścia. Zanim jednak wyszła spojrzała mu prosto w oczy. Odwrócił od niej swój wzrok i utkwił go w podłodze.
- Żegnaj Sean. Nawet nie masz pojęcia, jak żałuję, że musiało to się tak skończyć. Przepraszam i mam nadzieję, że kiedyś mi wybaczysz. Nie chciałam cię zranić. Przysięgam, że nie chciałam.
- Wyjdź!
Wyszła.

pozdrawiam:
~Enigma
komentarze [6]

023. Pomoc drogowa.

>> sobota, 18 kwietnia 2009 15:01:24


Kilka słów od Autorki:
Po dość długiej przerwie powróciłam z nowym rozdziałem. Mam nadzieje, że się Wam spodoba. To tyle z mojej przemowy. Przyjemnej lektury i do następnego razu.


*

Obudziły ją promienie wschodzącego słońca, które wdarły się do pomieszczenia przez okienne szyby. Dochodziła dopiero godzina szósta rano, ale nie potrafiła znowu zmusić się do zamknięcia oczu. Zmrużyła je za to lekko próbując zorientować się, gdzie się znajduje, bowiem rozpoznała, że to nie jest pokój domku jej siostry, a to, na czym leży wcale nie wygląda na dużą, miękką poduszkę. Dopiero po dłuższej chwili dotarło do niej, co się właściwie stało. Drgnęła, kiedy zdała sobie sprawę, że znajduje się w objęciach Matthew Zimmera. Leżała, otulona jego prawą ręką w pasie, podczas, gdy lewa spoczywała na jej brzuchu. Gdy to spostrzegła, zdała sobie sprawę, że wcześniej wzięła za poduszkę klatkę piersiową chłopaka, na której spoczywała jej głowa. Z kolei prawa noga szatynki znajdowała się na udzie bruneta. Nieco zawstydzona tym odkryciem szybko i zarazem ostrożnie zdjęła swoją nogę z kończyny chłopaka, po czym uniosła głowę i utkwiła wzrok na jego twarzy. Jeszcze spał, dlatego starała się go nie obudzić jakimś swoim gwałtowniejszym ruchem. Usiadła i odetchnęła z ulgą, ponieważ pierwszą rzeczą, o jakiej pomyślała zorientowawszy się w czyich jest ramionach, było to, czy jest ubrana. Na szczęście wszystko znajdowało się na swoim miejscu, nienaruszone. Miała pozapinane pod samą szyję wszystkie guziki koszuli.
Za nim wstała z zamiarem udania się do łazienki, jeszcze raz spojrzała na śpiącego Matthew. Nachyliła się nad jego twarzą i bardzo delikatnie musnęła jego nieruchome usta swoimi wargami. Nawet nie drgnął, więc ku szczęściu szatynki nie będzie wiedział o pokusie, której w żaden sposób nie potrafiła się oprzeć.
Po tym pocałunku szybko podniosła się z posłania i po cichu zbliżyła się do stołu, by zabrać z krzesła swoje ubrania. W niektórych miejscach były jeszcze lekko wilgotne, ale nie przejęła się tym zbytnio. Przerzuciła je sobie przez ramię i na palcach skierowała się ku drzwiom łazienki. W połowie drogi podbiegł do niej ich czworonogi towarzysz, któremu jeszcze nie nadali żadnego imienia, merdając wesoło puszystym ogonem. Przywitała się ze zwierzęciem, które uradowane jej widokiem, udało się razem z nią do łazienki. Pies wskoczył na jedną z dość dużych, niskich szafek i przyglądał się, jak szatynka brała szybki prysznic. Niedługo później owinięta w ręcznik bruneta, skorzystała z jego szczoteczki do zębów. Wolała jednak nie myśleć, że przez to jeszcze bardziej wkroczyła w jego strefę intymności. Pospiesznie przebrała się w swoje ubranie i przywołała psa, który od razu wyszedł za nią z pomieszczenia.
Gdy wróciła do pokoju zobaczyła, że Matthew już wstał. Wypalał właśnie papierosa opierając się o parapet. Uśmiechnął się lekko na jej widok, więc odwzajemniła się tym samym. Wyglądało na to, że ich relacje radykalnie się ociepliły. Ta niespodziewana przygoda w jakimś stopniu się do tego przyczyniła, dając im możliwość do zbliżenia się. Annie nadal trudno było uwierzyć, że byli w stanie traktować się po przyjacielsku. A raczej, że Matthew to potrafił.
- Ranny z ciebie ptaszek – stwierdził podwijając rękawy ciemnozielonej koszuli. – Wyspana?
- Jak na… - zaczęła podnosząc jego lewą rękę, na której miał zegarek, by zobaczyć, która godzina. – Jak na pięć godzin snu czuję się wyjątkowo dobrze. A ty, dlaczego już nie śpisz? Obudziłam cię?
- Ty nie, ale szum wody w łazience – odparł obserwując, jak palcami rozczesywała mokre włosy. – W pierwszej chwili pomyślałem, że to wszystko było tylko snem.
Anna zerknęła w jego stronę ciekawa, co jeszcze powie, ale Matthew uparcie milczał.
- To wszystko? – zapytała nie wytrzymując. – Co masz przez to na myśli?
- Tą nieszczęsną podróż, twoje towarzystwo i inne rzeczy, które miały miejsce – oznajmił gasząc papierosa i wyglądając przez okno.
- Czyli miałeś nadzieję, że ten koszmar nie był prawdziwy – mruknęła urażona na samą myśl, że mógł uważać jej towarzystwo za coś koszmarnego.
- Koszmar? – roześmiał się. – Nie, skądże znowu. Naprawdę cieszę się, że jesteś tutaj ze mną właśnie ty. Ty, a nie ktoś inny – dodał i się zarumieniła. – Nie chce sobie nawet wyobrażać możliwości utknięcia tutaj z Angeliką. To byłby dopiero koszmar.
Anna roześmiała się. Tak, ta myśl mogła wzbudzić trwogę. Chociaż z drugiej strony Angelika byłaby w siódmym niebie.
Nic więcej nie powiedziała na ten temat. W spokoju przyglądała się, jak zaczął pakować torbę rzeczami, które wczoraj z niej powyjmował. Podała mu pożyczone przez nią ubranie i nieśmiało mu za nie podziękowała. Zapewnił, że to drobiazg, po czym wrzucił je do torby.
- O której mieli po nas przyjechać? – zagaiła widząc, jak co jakiś czas spogląda na zegarek.
- Za kwadrans powinni już być – oznajmił wieszając sobie torbę na ramieniu. Chciał już podnieść plecak, ale Anna go wyprzedziła.
- Nic mi się nie stanie, jak go chwilę ponoszę – przyznała widząc odmalowane na twarzy chłopaka zdziwienie. Nic więcej nie dodając, zarzuciła plecak na plecy.
- Wyjdźmy lepiej na zewnątrz. Nasz przyjaciel zapewne chciałby załatwić swoje potrzeby – zaproponował i już po chwili stali przed domkiem obserwując biegającego po trawie psa.
Pogoda znacznie się poprawiła. Niebo było przejrzyste z kłębiącymi się na nim jasnymi, nielicznymi chmurami. Promienie słoneczne rozświetlały jeszcze mokrą od deszczu roślinność, a w oddali wisiała powoli zanikająca tęcza. Jedynie jej widok i mokra trawa przypominały o zaistniałej wczoraj straszliwej ulewie, która teraz wydawała się odległym koszmarem, z którego szybko się wybudzili.

Nie musieli długo czekać na mającą po nich przyjechać pomoc drogową. Tak, jak przewidział Matthew, po niespełna piętnastu minutach zauważyli nadjeżdżający samochód. Był bardzo podobny do jeepa, ale Anna nie znała się na markach samochodów, by móc to dokładnie stwierdzić. Zatrzymał się niedaleko i po chwili wysiadł kierowca. A okazała się nim być wysoka młoda dziewczyna, na oko dwudziestoletnia, o platynowych włosach, ubrana w brązową sukienkę przed kolana i kowbojskie buty. Podchodząc do nich odrzuciła do tyłu burzę loków i uśmiechnęła się szeroko. Była niewątpliwie urodziwą młodą kobietą. Anna musiała przyznać, że wyglądała bardzo seksownie. W tym przekonaniu utwierdził ją sam Matthew, który gwizdnął przeciągle, gdy zmierzała w ich stronę. Nieznajoma uśmiechnęła się do niego zalotnie doceniając urodę swojego przyszłego pasażera. Na Anne nie zwracała szczególnej uwagi. Potraktowała ją z pewnego rodzaju wyższością. Sprawiała wrażenie zarozumiałej i aroganckiej, a swój cudowny uśmiech z pewnością wielokrotnie ćwiczyła przed lustrem.
Dziewczyna nazywała się Kornelia Richmond i przyjechała po nich na prośbę wuja, który już zajął się samochodem bruneta. Wyjaśniła, że mają szczęście, że akurat jedzie do Osnabrucka, więc może ich bezpośrednio podrzucić pod sam dom.
Anna nie była zachwycona towarzystwem Kornelii, gdyż dziewczyna nie zrobiła na niej dobrego wrażenia. Już na samym wstępie wypytywała o relację panującą między Matthew, a nią. Chłopak od razu zaprzeczył, jakoby coś ich łączyło. Wytłumaczył, że szatynka jest dziewczyną jego młodszego brata i zaznaczył, że on jest wolnym strzelcem. Anna poczuła się dotknięta, kiedy Matthew zaczął niewinny flirt z tą jakże nieoczekiwaną pomocą drogową. Starała się nie zwracać na nich uwagi, ale z każdą chwilą coraz bardziej ją to irytowało. Matthew zdawał się zapominać o jej obecności i bez najmniejszego skrępowania podrywał kolejną dziewczynę, tylko, że ona w żadnym razie nie miała zamiaru się opierać. Czując coraz większą złość na tych dwojga zajęła miejsce na tylnym siedzeniu, gdzie towarzyszył jej psi – przyjaciel, podczas, gdy chłopak usiadł obok blondynki.
Przez całą drogę przysłuchiwała się ich konwersacji w zupełnym milczeniu, ale oni i tak nie zwracali na nią najmniejszej uwagi. Czuła się, jak przysłowiowe piąte koło u wozu. Chciało jej się nawet śmiać z własnej głupoty; na myśl, że chociaż przez chwilę wydawało jej się, iż coś dla niego znaczy. Po raz kolejny przekonała się o swojej naiwności i poczuła wściekłość. Poczuła się, jak skończona idiotka. Wyglądało na to, że znowu dała się nabrać na jego wyszukane sztuczki.
W czasie podróży, żeby trochę odreagować wyglądała przez szybę oglądając mijane widoki. Po godzinie jazdy rozpoznała zabytkowy ratusz Osnabrucka i odczuła ulgę, że ta męczarnia w końcu dobiegnie końca, i znajdzie się wśród bliskich, którzy naprawdę ją kochają. Może nawet zwierzy się siostrze ze swoich problemów i wypłacze się w jej ramię.
Matthew przypomniał sobie o jej obecności dopiero, kiedy Kornelia spytała, dokąd ma ich zawieść. Odwrócił się w jej stronę i zapytał o szpital, w którym znajdował się szwagier dziewczyny. Podała mu tę informację zimnym tonem, który od razu go zmroził. Udał, jednak, że niczego nie dostrzegł.
Jechali jeszcze pięć minut, aż w końcu Kornelia zatrzymała się przed dużym, białym budynkiem z namalowanym na nim czerwonym krzyżem i szyldem: Krankenhaus. A kiedy to się stało, Anna burknęła w stronę blondynki coś, co miało być podziękowaniem, po czym szybko otworzyła drzwiczki, zawołała psa i wysiadła. Brunet jeszcze chwilę siedział w samochodzie, ale Anna nie miała najmniejszego zamiaru czekać, aż łaskawie pożegna się ze swoją nową przyjaciółeczką i z niego wysiądzie.
Pospiesznym krokiem ruszyła w stronę wejścia do szpitala, a pies biegł truchtem za nią, jednak oglądał się, co chwile za Matthew.
Przystanęła przed obrotowymi drzwiami rozglądając się za ewentualnym miejscem, do którego mogłaby przywiązać czworonoga, w końcu do środka nie mogła go zabrać, gdyż był zakaz wprowadzania zwierząt, co akurat nie było dla niej żadnym zaskoczeniem. Niedaleko wejścia stała ławka, więc do niej przywiązała smycz i poleciła futrzakowi na siebie grzecznie zaczekać. Pies spojrzał na nią smutnym wzrokiem, jakby bojąc się, że znowu zostanie porzucony. Pogłaskała go po pyszczku i miała już iść, kiedy nadszedł Matthew. Przyjrzał się wizytówce, którą musiał dostać od Kornelii Richmond, po czym włożył ją do kieszeni. Spojrzał na Annę badawczo, ale ona zaszczyciła go jedynie pogardliwym spojrzeniem. Nie miała zamiaru już więcej nabrać się na jego gierki. Miała już dość tej jego gry.
- Dlaczego wyleciałaś jak wystrzelona z procy? – spytał nieco żartobliwym tonem, ale szatynce nie było ani odrobinę do śmiechu. Była zła. Chociaż lepszym określeniem stanu jej ducha jest przymiotnik – wściekła. Tak, Anna była wściekła. Kipiała ze złości i nawet nie starała się tego ukrywać. Niby, po co?
- Och! Jakże miło, że sobie o mnie przypomniałeś! – zakpiła. – A już myślałam, że nigdy nie przestaniesz rozbierać wzrokiem tej laluni! Ale o mnie nie musisz się martwić i mi towarzyszyć. W gruncie rzeczy już mam dość twojego towarzystwa na resztę mojego życia, dlatego możesz poprosić swoją nową przyjaciółeczkę, żeby odwiozła cię do domu. Albo najlepiej pojedź z nią prosto do hotelu, przeleć, a potem wróć. Jestem pewna, że niczego ci nie odmówi! – nie panowała już nad sobą i chciała, czym prędzej odejść za nim powie, coś, czego nie powinna. Miała w nosie, że ludzie im się dziwnie przyglądają, zwłaszcza, że nie znali ich języka. Za to nie sposób było się nie domyślić, że tych dwoje młodych ludzi się o coś sprzecza.
Matthew słuchając jej wściekłych docinków przez cały czas się uśmiechał, co jeszcze bardziej ją rozdrażniło.
- Skończyłaś już? – odparł, kiedy zamilkła.
- Tak. A teraz żegnam!
Miała już zamiar odejść, ale w ostatniej chwili złapał jej rękę i zmusił, by stanęła. Spojrzała na niego wyzywająco próbując się wyrwać z tego uścisku. Nie pozwolił jej jednak na to.
- Czyżbyś była o mnie zazdrosna? – spytał wzmacniając jeszcze bardziej swój uścisk.
- Nie pochlebiaj sobie! Nie jesteś jakimś greckim Adonisem, o którego mogłabym być zazdrosna! – prychnęła jeszcze bardziej się złoszcząc. – Wiesz za to, kim jesteś? Skończonym palantem, który ma o sobie wielkie mniemanie!
Skończyła, ale zdała sobie sprawę, że miał rację. Była o niego zazdrosna. Bardzo zazdrosna. Do tej pory tak nie reagowała, kiedy kręcił z Angeliką, bo wiedziała, że prędzej czy później, by mu się znudziła. A teraz? Pojawiła się na horyzoncie nowa dziewczyna, do tego bardzo zmysłowa. Nic dziwnego, że Anna poczuła zazdrość, nad którą nie umiała zapanować. Nie mogła znieść myśli, że mógłby dotykać, czy też całować w ten sam sposób, co ją inną kobietę. Na samą myśl dostawała spazmów. Wiedziała, że by tego nie zniosła, zwłaszcza, gdyby musiała na to patrzeć. Co ty ze mną zrobiłeś? - myślała gorączkowo. Dobrze zdawała sobie sprawę, że nigdy wcześniej nie odczuwała takich uczuć. To dzięki niemu zaznała uczucia pożądania, namiętności, a nawet zazdrości. Zazdrości, do której nie miała zamiaru się przyznać. Zwłaszcza jemu. Wiedziała, że jeśli to zrobi jego próżność jeszcze się pogłębi.
- Doprawdy?! A dałbym sobie rękę uciąć, że ta wściekłość, którą właśnie na mnie wyładowujesz jest objawem negatywnej reakcji zjawiska powszechnie zwanego zazdrością – stwierdził z ironicznym uśmieszkiem.
- Nie obchodzi mnie, co myślisz – odparła wyzywająco i z całej siły wyrwała rękę z jego bardzo mocnego uścisku.
- Skoro tak twierdzisz – odrzekł spokojnie nie spuszczając ani na chwilę wzroku z jej twarzy. – Mówiłem ci już, że ślicznie wyglądasz, kiedy się złościsz? – dodał próbując ją sprowokować, ale Anna już z powrotem odzyskała nad sobą kontrolę.
- Daruj sobie – ucięła z irytacją.
- Oczekiwałem, co prawda nieco innej odpowiedzi…Coś w rodzaju…Dziękuję bardzo za komplement, ale zostawmy to – oznajmił drapiąc się po szczęce, na której widać już było lekki zarost. – A wiesz, jak powinniśmy zakończyć tą bezsensowną kłótnię?
- Nie interesuje mnie to. Ale wiesz, co ci powiem? Myślałam, że jesteś inny. Myślałam, że w głębi ducha jesteś inny, że ta twoja postawa jest tylko maską, pod którą ukrywa się prawdziwy Matthew Zimmer. Myślałam, że poznałam go dzisiejszej nocy. Niestety, widocznie się pomyliłam – wyznała, po czym odwróciła się na pięcie i ruszyła ku obrotowym drzwiom. Pokonała je szybko pozostawiając Matthew samego.

*
Wnętrze niemieckiego szpitala w dużej mierze nie różniło się niczym specjalnym od polskich placówek służby zdrowia. Ściany pomalowane na biało, podobnie z resztą jak sufit z eleganckimi jarzeniówkami, siedzenia na korytarzach, by bliscy pacjentów mięli, gdzie poczekać w czasie operacji, recepcja i wiele pomieszczeń stanowiących pokoje i sale operacyjne. Lekarze biegali od sali do sali, a za nimi pielęgniarki w białych fartuchach niczym na ostrym dyżurze.
Anna, gdy tylko weszła do budynku zaczęła rozglądać się dookoła poszukując swojej siostry. Niestety nigdzie jej nie dostrzegła. Doszła do wniosku, iż kobieta musi siedzieć już przy boku męża w jednej z sal.
Miała już zamiar podejść do recepcjonistki i zacząć łamać sobie język próbując dogadać się z pielęgniarką, ale zobaczyła, że zrobił to Matthew, który niedawno wszedł za nią. Wdał się w rozmowę ze starszą kobietą, która zaczęła mu coś usilnie tłumaczyć. Jego mina nie sprawiała wrażenia zadowolonej. Po kilku minutach pożegnał pielęgniarkę i podszedł do szatynki, która spojrzała na niego oczekująco.
- Wygląda na to, że niepotrzebnie wróciłaś – stwierdził mało przyjacielskim tonem. – Zaszła pomyłka.
- Możesz mówić jaśniej? Jaka pomyłka?
- Pomylili się. To nie twój szwagier tutaj wylądował, tylko jego zastępca. Wzięli tego człowieka za męża twojej siostry. Wszystko się wydało, kiedy Robert do niej zadzwonił – wyjaśnił pospiesznie widząc, że się niecierpliwi. – Jak widzisz…Jest cały i zdrowy.
Anna była zaskoczona tą nowiną. Poczuła ulgę, że nic mu się nie stało, ale i złość na ludzi, którzy tak ich wystraszyli. Zapewne, gdyby nie oni, to nadal siedziałaby w Wernigerode i cieszyła się z wyjazdu. A tak przeżyła koszmarną podróż w towarzystwie dwulicowego Matthew Zimmera. Oczywiście nie do końca była taka koszmarna, ale była na tyle oburzona jego postępowaniem, że nie dopuszczała tych myśli do siebie. W żadnym razie nie patrzyła na niego przez różowe okulary. Można pokwapić się o stwierdzenie, iż wreszcie przejrzała na oczy i nie miała zamiaru żyć dłużej karmiąc się nadzieją na to, że okaże się innym człowiekiem. Lepszym.
- To pewne? – spytała w końcu, kiedy ta zdumiewająca sensacja do niej dotarła.
- Tak. Możesz jechać do domu, bo tutaj nic po tobie – odparł wyjmując komórkę.
Wybrał jakiś numer i zadzwonił. Nie minęło dużo czasu, kiedy wdał się w rozmowę w niemieckim języku, kierując się jednocześnie ku wyjściu. Dziewczyna ruszyła powoli za nim po raz ostatni przyglądając się korytarzowi, przez który przewożono właśnie pacjenta na salę operacyjną. Odwróciła szybko twarz w przeciwną stronę nie mogąc na to patrzeć. Nie była przyzwyczajona do widoku takiej ilości krwi. Przyspieszyła kroku i szybko opuściła niemiecką klinikę.
Gdy to zrobiła jej oczom ukazał się Matthew odwiązujący psa, który bardzo cieszył się na ich widok. Bez słowa podał jej smycz i spojrzał na zegarek.
- Zamówiłem taksówkę – poinformował, pomimo, że o nic nie spytała. Skinęła głową i bez słowa usiadła na ławce.
Po kilku minutach podjechał zamówiony samochód. Podeszli do niego, brunet włożył swoją torbę wraz z plecakiem do bagażnika, po czym zajęli miejsca na tylnym siedzeniu. Pomiędzy dziewczyną, a starszym Zimmerem znalazł się pies, który położył pysk na jej udzie.
Całą drogę, którą musieli pokonać, by dostać się na Berlingastrasse, panowała między nimi zupełna cisza. Nie odezwali się do siebie ani razu. Oboje uparcie milczeli. Nawet kierowca wyczuwał napięcie, które zapanowało w powietrzu, dlatego jechał dość szybko, by jak najszybciej pozbyć się swoich nowych pasażerów.
Nie minęło dużo czasu, kiedy zatrzymali się przed domem siostry szatynki. Anna wysiadła wołając psa, który od razu wyskoczył z samochodu i spojrzał oczekująco swoimi niebieskimi oczami na taksówkę. Domyśliła się, że czekał, kiedy Matthew do nich dołączy. Widząc, że mówi coś do kierowcy szybko ruszyła w stronę drzwi wejściowych do domku. Nie uszła, jednak daleko, kiedy poczuła mocne, stanowcze szarpnięcie za rękę. Zatrzymała się i spojrzała na niego wyczekująco.
- Chciałem się pożegnać – oznajmił widząc jej zniecierpliwienie.
- Więc żegnaj – odparła chłodno i bez ani grama uprzejmości w głosie.
- Poczekaj! – zawołał, kiedy ponownie ruszyła przed siebie. Nie zareagowała, więc pospiesznie ją wyprzedził i zagrodził przejście.
- Czego ty jeszcze do cholery chcesz?! – podniosła głos. – Daj mi w końcu święty spokój!
- Oboje dobrze wiemy, że tego nie chcesz – stwierdził z pewnym siebie uśmiechem.
- Och doprawdy?! Widzę, że wiesz lepiej ode mnie, czego chcę, a czego nie! – wybuchnęła z irytacji. – Ale rozczaruję cię! Nie masz pojęcia, czego…
Nie dokończyła, bo ni stąd ni zowąd ją pocałował i tym samym zamknął jej usta. Trwało to kilkanaście sekund, kiedy czuła jego wargi na swoich i wystarczyło, by poczuła się zagubiona i skołowana.
- To właśnie miałem na myśli mówiąc o sposobie zakończenia kłótni – wyjaśnił szybko z zawadiackim uśmiechem. – I wybacz, że jestem takim palantem.
Przez chwilę milczała. Nie spodziewała się usłyszeć przeprosin z jego strony. Tylko, że nie widziała w nich sensu. Spojrzała na niego smutnym wzrokiem i nim zdążyła się powstrzymać z jej ust padły słowa, których z pewnością Zimmer się nie spodziewał.
- Nie. To ty mi wybacz, że nie jestem Cariną.
Nic nie dodając wyminęła go i szybko podeszła do drzwi. Nacisnęła już klamkę i lekko je uchyliła, kiedy ją zawołał. Nie odwróciła się. Usłyszała dźwięk klaksonu, który nacisnął zniecierpliwiony taksówkarz, a potem słowa bruneta.
- Nie mam ci czego wybaczać. Cieszę się, że nie jesteś taka jak ona. Nawet nie masz pojęcia, jak bardzo.
Odwróciła się zaskoczona, ale Matthew wsiadł już do taksówki i odjechał.



pozdrawiam:
~Enigma
komentarze [10]

022. Miłe są trudy zakończone. >> piątek, 31 października 2008 10:44:45


Kilka słów od Autorki:Witam po sporej przerwie. W końcu udało mi się skończyć pisać ten rozdział, który będziecie mogli właśnie poczytać. Przy okazji mam prośbę do osób zainteresowanych nadal tym opowiadaniem. Zostawcie ponownie swoje numery gg. Muszę w końcu zrobić jakiś porządek w moim komunikatorze. Z góry dziękuję.
A tym czasem zapraszam do lektury.

*
Domek, do którego włamał się Matthew wyglądał na opuszczony. Jedyne, na co się można było natknąć, to martwa natura. Jego właściciele najwyraźniej musieli wyprowadzić się z niego jakiś czas temu, bowiem meble, które pozostały, obłożone zostały przezroczystą folią i dosłownie wszędzie leżał kilkucentymetrowy kurz.
Na wnętrze składały się trzy pomieszczenia; duża sypialnia, kuchnia i łazienka. W pokoju stało kilka szafek, mały stolik, niezbyt solidnie wyglądające trzy krzesła i mały kominek. Nie było śladu żadnego łóżka, czy kanapy. Jedynie przy ścianie leżał duży, biały materac. Kuchnia wyposażona była podobnie; kilka szafek, stolik, krzesła. Zupełny brak lodówki, czy kuchenki. Tylko łazienka wyglądała na nietkniętą. Wszystko znajdowało się w niej na swoim miejscu, począwszy od prysznica, a skończywszy na muszli klozetowej.
Anna poruszała się niepewnym krokiem po wnętrzu, kiedy brunet zdążył już się zadomowić. Pościągał wszystkie folie, które wyrzucił do kosza. Zrobiło się przez to nieco przytulniej. Przez cały czas dziewczyna obserwowała w skupieniu jego poczynania. W pewnej chwili dostrzegła, że zaczął zdejmować z siebie przemoczone ubranie. Ten widok sprawił, że poczuła się skrępowana i nie wiedziała, gdzie ma posiać wzrok.
- Co robisz? – spytała widząc, jak zdjął z siebie kremową koszulę, która podkreślała jego opaleniznę i rzucił ją niedbale na krzesło. Słysząc jej pytanie spojrzał na nią rozbawiony.
- A jak myślisz? – odparł ze swoim ironicznym uśmieszkiem odmalowanym na twarzy. – Rozbieram się.
Anna nic nie odpowiedziała. Bez słowa odwróciła się do niego plecami, a kiedy usłyszała jego śmiech zacisnęła mocniej usta, by przez przypadek nie powiedzieć czegoś, czego później będzie żałowała.
- Mnie to nie krępuje – oznajmił nadal się śmiejąc. – Możesz patrzeć.
- Oh, doprawdy?! – mruknęła już rozeźlona. – A nie przyszło ci do głowy, że mnie to może odrobinę krępować?
- A krępuje? – spytał rozbawiony.
- Wyobraź sobie, że tak – wyznała wyniośle. – Nie przywykłam do oglądania nagich mężczyzn na każdym kroku.
- Jeszcze nie jestem nagi, skarbie – odparł ze spokojem wyjmując suche ubrania ze swojej torby.
- Nie nazywaj mnie tak.
- Jak sobie życzysz – powiedział z obojętnością. – Na twoim miejscu zrobiłbym to samo – dodał, a Anna nie wytrzymała, odwróciła się do niego i utkwiła pytające spojrzenie w jego twarzy. Nie była pewna, co miał na myśli. Zobaczyła, że stał już w samych bokserkach trzymając w dłoniach ubranie do przebrania. Od razu przypomniała sobie imprezę, na której go pokonała w grze w pokera. Miała ochotę zażądać, żeby teraz wywiązał się z przegranej, ale równie szybko odrzuciła tę myśl. Nie była pewna, czy rzeczywiście chciałaby, żeby się przed nią rozebrał zupełnie do naga.
- Zapomnij – pouczyła siebie, ale te słowa niepostrzeżenie powiedziała na głos. Kiedy zdała sobie z tego sprawę spłonęła lekkim rumieńcem, ale Matthew najwyraźniej nie wyglądał na zaskoczonego. Najwyraźniej uznał to za odpowiedź na jego radę. Teraz domyśliła się w pełni, co miał na myśli. Radził jej, żeby również się rozebrała. – Zapomnij – powtórzyła już pewniejszym głosem.
- Jak sobie chcesz, ale siedząc w tych przemoczonych ubraniach możesz się rozchorować. Nie wiem, czy zauważyłaś, ale jest tutaj równie zimno, co na zewnątrz. A wątpię, żeby w tym domu było coś, czym można napalić w kominku – stwierdził kierując się w stronę łazienki. – Idę pod prysznic.
- Cudownie.
- Pamiętasz, co ci kiedyś powiedziałem? – dodał ignorując jej kpinę. – Moja garderoba jest zawsze do twojej dyspozycji. Więc śmiało możesz coś sobie wybrać. Nawet moje bokserki. Chyba nie myślałaś, że namawiam cię do paradowania na golasa? – zapytał z szerokim uśmiechem, jakby taka możliwość bardzo mu się spodobała.
- Skądże. Przecież ty zawsze masz czyste myśli, czyż nie? – odpowiedziała siląc się na uśmiech, ale nie doczekała się odzewu z jego strony, bo zniknął za drzwiami łazienki.
Odetchnęła z ulgą. Na szczęście złość jej nie zaślepiła i nie przejęła nad nią kontroli. Nie powiedziała niczego, co mogłoby zdradzić przed nim jej wiedzę na temat jego zakładu. Irytował ją swoją arogancją, ale jeszcze nie udało mu się wyprowadzić jej z równowagi.
Spojrzała niepewnie na swoje mokre ubranie, które nieprzyjemnie lepiło się do skóry, a potem na torbę bruneta, w której leżały jego rzeczy. Przez dłuższą chwilę prowadziła ze sobą wewnętrzną walkę, ale w końcu zwyciężył rozsądek, który nakazał dziewczynie schować dumę do kieszeni i skorzystać z oferty Matthew. Zbliżyła się, więc do jego torby i dostrzegła czarną, rozpinaną koszulę, zapewne tą samą, którą miała na sobie dwa tygodnie temu. Westchnęła na to wspomnienie, po czym odpięła szelki swoich krótkich ogrodniczek i zaczęła rozpinać guziki swojej żółtej koszuli. Przez cały czas nasłuchiwała szumu lejącej się wody w łazience, a kiedy miała pewność, że chłopak nie zaskoczy jej nagłym wyjściem, zrzuciła z siebie przemoczone ubranie. Zaraz potem założyła na siebie jego koszulę. Zapięła ją pod samą szyję, by mieć pewność, że nie odsłoni nawet kawałka nagiej skóry. Zwłaszcza, że zdjęła również przemoczony biustonosz. Czuła docierający do jej nozdrzy zapach perfum Matthew, który osiadł na koszuli. Bardzo jej się podobał. Przymknęła oczy rozkoszując się nim. Stała tak dłuższą chwilę wtulając się w koszulę bruneta, po czym przywołała się do porządku. Szybko otworzyła powieki i rozejrzała się niepewnie. Wzrok dziewczyny zatrzymał się na czarnych bokserkach. Ostrożnie wzięła je do reki. Poczuła, że cała się rumieni na myśl, że mogłaby włożyć na siebie coś tak intymnego. Przekonała samą siebie, że wcale nie ma powodu czuć się niezręcznie. Pospiesznie naciągnęła je na siebie i już miała usiąść na krześle, kiedy dostrzegła coś jeszcze; przerwaną fotografię, na której znajdował się Matthew wraz z przyjaciółmi. Byli znacznie młodsi i uśmiechali się szeroko. Wyglądali na bardzo szczęśliwych. Przynajmniej Matthew na takiego wyglądał. Uśmiech chłopaka ze zdjęcia bardzo różnił się od tego, którym obecnie obdarzał ludzi. Jednak teraz zastanawiało ją, co innego. A mianowicie, co znajdowało się na brakującej części fotografii? A raczej, kto? Możliwe, że była tam tragicznie zmarła dziewczyna bruneta. Tylko w takim razie, dlaczego miałby pozbywać się jej ze zdjęcia? W końcu bardzo ją kochał.
Z zamyślenia wyrwał ją sam zainteresowany. Słysząc jego głos szybko odłożyła fotografię na miejsce i gwałtownie się odwróciła. Poczuła się, jakby została przyłapana na czymś niestosownym. Matthew utkwił w niej spojrzenie lustrując ją od dołu do góry, po czym lekko się uśmiechnął. Zarumieniła się. Miał przewiązany na biodrach tylko i wyłącznie biały, puchowy ręcznik i kropelki wody spadały z jego torsu. Odwróciła od niego wzrok i utkwiła go w swoich paznokciach. Miała nadzieję, że szybko się ubierze. Widok jego nagiego ciała przyprawiał ją o zawrót głowy i co gorsza pobudzał jej zmysły i wyobraźnię. Starała się nie myśleć, co by się stało, gdyby nagle osłaniający go ręcznik upadł na wyłożoną ciemnymi panelami podłogę i starała się odsunąć myśl, by do niego podbiec i wtulić się w jego ramiona, chociaż miała na to olbrzymią ochotę.
Matthew nic nie powiedział. Nie skomentował jej dziwnego zachowania, bo wiedział, że by ją tym rozzłościł, a tego nie chciał. Bez słowa zabrał to, po co wrócił i z powrotem udał się do łazienki. Wyszedł z niej po chwili już ubrany. Zobaczył ulgę w jej oczach, co go rozbawiło. Starał się ukryć swój uśmieszek, ale mu nie wyszło. Anna zrobiła urażoną minę i odsunęła się jak najdalej nawet na niego więcej nie spoglądając.
- Rozumiem, że teraz będziesz mnie ignorowała – bardziej stwierdził, aniżeli zapytał. – W porządku. Rób, jak uważasz.
Nic więcej nie dodając zaczął przewracać szuflady mebli, a Anna w milczeniu obserwowała jego poczynania. Zobaczyła, że znalazł jakieś stare gazety, które wrzucił do kominka. To samo zrobił z jedną z szuflad, która zastąpić miała drewno na opał, po czym podpalił wszystko przy pomocy swojej zapalniczki.
Ogień bardzo szybko zaczął pochłaniać swoje ofiary tańcując przy tym radośnie. Ich psi towarzysz od razu rozłożył się bliżej kominka chcąc się ogrzać. Anna także poczuła przyjemne ciepło, które od razu poprawiło jej humor. Uśmiechnęła się nawet z wdzięcznością do Matthew, kiedy podzielił się z nią swoimi kanapkami. Dopiero, gdy to zrobił zdała sobie sprawę z tego, jak bardzo jest głodna. Ostatni posiłek jadła wczoraj wieczorem, dlatego bardzo szybko pochłonęła ten poczęstunek. Poczuła się znacznie lepiej zaspokoiwszy swój głód i wszystkie negatywne emocje, które odczuwała, odeszły. Nieco się rozluźniła i przestała odpowiadać na każde pytanie chłopaka kąśliwymi docinkami. Zrozumiała, że przez cały czas próbował się nią zaopiekować. Co prawda robił to w dziwny sposób, ale widocznie inaczej nie potrafił. Była mu wdzięczna, że pomimo jej oziębłego traktowania, nie zachowywał się wobec niej z równą obojętnością. Nie wiedziała tylko, czemu tak naprawdę należy przypisać jego troskę. A bardzo pragnęła, żeby nie robił tego tylko ze względu na ten zakład.
Przez ponad pół godziny obserwowała Matthew w milczeniu. Siedział na rozłożonym przed kominkiem materacu wpatrując się w hulające ogniki, jednocześnie drapiąc psa za uszami. Miał nieco nieobecne spojrzenie, jakby się nad czymś zastanawiał. Przyłapała się na tym, że bardzo chciałaby poznać jego myśli, pragnienia. Zapragnęła usiąść obok niego i odkryć, co tak zajęło jego myśli. Zawahała się tylko przez moment, po czym ostrożnie podniosła się z krzesła, które cichutko zaskrzypiało. To wystarczyło, by spojrzał w jej kierunku z zainteresowaniem. Nie mógł ukryć zdziwienia, kiedy zorientował się, że zmierza w jego kierunku. Do tej pory traktowała go jak powietrze, przez co sama poczuła się okropnie. Mimo wszystko nie powinna wyżywać się na nim. W końcu to nie jego wina, że musiała przeżyć koszmarny dzień włócząc się tyle kilometrów.
Przystanęła przed nim. Zmierzył ją przeszywającym spojrzeniem, które wywołało w niej całą masę uczuć. Najróżniejszych uczuć; począwszy od chęci ucieczki, czy też pragnieniu znalezienia się w jego ramionach. Brunet dostrzegł jej wahanie i dopomógł dziewczynie w podjęciu decyzji. Delikatnie ujął jej dłoń i pociągnął ku materacowi. Usiadła, więc obok niego i zaczęła wpatrywać się w ogień, jakby mógł jej podpowiedzieć, co powinna zrobić. Przez cały ten czas czuła na sobie wzrok chłopaka. Obserwował jej lewy profil i dostrzegł leciutki rumieniec, który pojawił się na policzku szatynki. Uśmiechnął się lekko kącikami ust i postanowił poczekać na jakiś jej ruch.
- Co z nim zrobimy? – spytała wskazując na psa chcąc przerwać ciszę, która między nimi panowała od ponad godziny.
- Nie wiem. Może oddamy do schroniska? – podsunął myśl, ale kategorycznie się z nim nie zgodziła. – To w takim razie go sobie zatrzymaj – odparł w końcu chcąc zakończyć jej wywód na temat schronisk i tego, co stanie się ze zwierzęciem, jeżeli nie znajdą mu właściciela.
- On cię polubił – wyznała spoglądając na czworonoga, który rozsiadł się pomiędzy nimi uszczęśliwiony, że ktoś okazuje mu trochę czułości.
Matthew na te słowa roześmiał się, ale zaraz uspokoił widząc, że poczuła się urażona.
- Anna…- wyszeptał jej imię, po czym położył swoją dłoń na dłoni dziewczyny. Odwróciła twarz w jego stronę i utkwiła w nim zaskoczone spojrzenie. Nie wiedziała, czego tym razem ma się po nim spodziewać, ale bardzo ją poruszył ton jego głosu. Powiedział to z taką czułością, że aż wstrzymała oddech. – Wolałbym stukrotnie, żeby ktoś inny, chociaż odrobinę mnie lubił – powiedział dotykając drugą ręką jej podbródka.
- Matthew…ja…
- Nic nie mów – poprosił delikatnie głaszcząc ją po policzku.
Zalała ją fala gorąca. Jego dotyk sprawiał, że cała drżała. Znowu poczuła się, jakby dusza miała z niej ulecieć; ulecieć do raju. Odgarnął z jej twarzy kosmyk włosów, założył go za ucho, po czym położył dłoń na szyi dziewczyny. Zaczął czule ugniatać jej skórę począwszy od karku. Anna przymknęła na chwilę oczy rozkoszując się tym doznaniem. Z każdą chwilą pragnęła go coraz bardziej. Rozchyliła lekko usta i powoli przybliżyła swoją twarz ku jego twarzy. Matthew zrobił to samo. Zatrzymali się kilka centymetrów od celu, którym były ich spragnione pocałunków usta. Czuli swoje ciepłe oddechy na skórze i coraz większe wzbierało w nich podniecenie. Spojrzeli sobie prosto w oczy, jakby chcąc się upewnić, czy tego właśnie chcą.
- Chyba lubię cię bardziej niż powinnam – wyznała szeptem nie mając już żadnych wątpliwości, że chce tego równie mocno, jak on. Przestała myśleć o jego zakładzie. Chciała go. Tak bardzo go pragnęła. Chociaż raz chciała poddać się wyłącznie emocją, uczuciom. Pragnęła przestać analizować wszystkie za i przeciw. Nie było na to czasu. Zresztą już podjęła decyzję.
Matthew uśmiechnął się do niej czule słysząc jej wyznanie, przybliżył się jeszcze bardziej i już musnął jej dolną wargę swoimi ustami, kiedy rozdzwonił się jego telefon. Zaskoczeni gwałtownie oderwali się od siebie, jakby ktoś przyłapał ich na gorącym uczynku. Całkowicie zapomnieli o swoich telefonach przekonani o braku zasięgu. Wyglądało na to, że znowu go złapali.
Telefon bruneta leżał na materacu, tuż za ich plecami. Oboje spojrzeli na niego niczym na jakieś diabelskie urządzenie. Anna zobaczyła na wyświetlaczu napis – Heidi. Domyśliła się, że to ta mulatka z klubu, z którą łączyła go niepodlegająca wątpliwości zażyłość. I wyglądało na to, że tamtego wieczoru nie skończył tej znajomości. Ona nadal trwała, czego niezaprzeczalnym dowodem był ten telefon. Komórka wciąż dzwoniła, ale Matthew nie spieszył się z odebraniem połączenia. Spojrzał na Annę niepewnie. Nadal trzymał ją w objęciu i nie chciał jej tak szybko stracić, gdyż wiedział, że ta chwila już się nie powtórzy.
- Odbierz – powiedziała bardzo cichutko patrząc mu prosto w oczy, po czym odsunęła się od niego.
Nic nie mówiąc wziął do ręki aparat i wcisnął guzik z czerwoną słuchawką, odrzucając tym samym połączenie. Telefon natychmiast przestał dzwonić.
Spojrzeli na siebie przelotnie. Matthew nawet nie próbował dokończyć tego, co zaczęli. Wiedział, że ta magiczna chwila, której się poddali już minęła bezpowrotnie i nic już jej nie przywróci.
Nic nie mówiąc wybrał jakiś numer i próbował się dodzwonić. Anna przyglądała mu się w milczeniu. Próbowała wyzbyć się uczucia rozczarowania i zapanować nad zazdrością, która ogarnęła jej serce. A dobrze wiedziała, że nie powinna jej czuć, bowiem Matthew nigdy do niej nie należał. Mógł spotykać się, z kim tylko chciał, bo w przeciwieństwie do niej był wolny. Nie zmieniało to jednak faktu, że ta myśl bardzo ją bolała.
Zaczęła nerwowo gładzić swoje włosy, próbując jednocześnie cokolwiek zrozumieć z rozmowy, którą właśnie prowadził po niemiecku. Nie miał zbyt zadowolonej miny, kiedy skończył. Z rezygnacją odrzucił telefon na materac, a widząc jej pytające spojrzenie, wyjaśnił, że zadzwonił do drogówki, by ktoś po nich przyjechał. Mężczyzna, z którym rozmawiał oświadczył, że mogą to uczynić najwcześniej jutro z rana, bo był jakiś poważny wypadek i muszą się nim zająć. Tak, więc tę noc muszą spędzić w tym opuszczonym domku. Anna skinęła głową na znak, że zrozumiała. Wstała, podeszła do swoich mokrych ubrań, które rozwiesiła na jednym z krzeseł i wyjęła z kieszeni spodni swój telefon. Postanowiła zadzwonić do siostry i dowiedzieć się, co z Robertem, bowiem zdała sobie sprawę, że Ewelina mogła próbować się do niej dodzwonić, kiedy nie było zasięgu. Pospiesznie wybrała właściwy numer, ale po pierwszym sygnale padła bateria. Przeklęła brzydko pod nosem i ze złością położyła aparat na stole.
- Ranisz moje uszy – oznajmił rozbawiony słysząc wulgaryzm, którego użyła.
Nie skomentowała jego wypowiedzi, ale uśmiechnęła się odczuwając pewną ulgę. Była mu nawet wdzięczna za to, że rozładował napięcie, które między nimi zapadło. Postanowiła zachowywać się, jakby nic między nimi się nie wydarzyło. A wyglądało na to, że Matthew przyjął tą samą strategię. W tej chwili ponowił swoje poszukiwania i w jednej z szuflad znalazł dwa, dość duże koce. Rzucił jeden z nich na materac, a drugi rozłożył na podłodze, po czym wyjął z kieszeni paczkę papierosów. Już wziął jeden do ust z zamiarem podpalenia, kiedy przypomniał sobie o jej istnieniu. Spojrzał na nią pytająco, więc Anna skinęła głową na znak zgody. Sama z chęcią, by teraz zapaliła. Słyszała, że to pomaga na skołatane nerwy, ale szybko wybiła sobie ten pomysł z głowy.
- I co teraz zrobisz? – spytała obserwując, jak zaciąga się dymem.
- Zrobić, z czym? – odparł przygładzając wolną ręką swoje ciemne włosy. Przeszedł przez pokój i usiadł po drugiej stronie stołu wpatrując się w dziewczynę. Wyglądała na chętną do dłuższej konwersacji.
- Z praktyką. W końcu nie pojawiłeś się na tym spotkaniu – wyjaśniła z lekkim uśmiechem.
- Ach z tym. Jeszcze nie wiem, ale zapewne spróbuję się wytłumaczyć z tej nieobecności. A jak na razie mam solidne alibi. Myślę, że zrozumieją – odpowiedział wypuszczając dym przez usta ku sufitowi.
- To dobrze.
- Nie musisz się o mnie martwić. Dam sobie radę – zapewnił, na co Anna się zarumieniła.
- Wcale się nie martwię. Po prostu jestem ciekawa – zaprotestowała szybko, a widząc jego słynny uśmiech zamilkła.
- Skoro tak twierdzisz – odparł gasząc papierosa na już zniszczonym blacie stołu. – Ale mniejsza z tym. Teraz opowiedz mi coś o sobie – poprosił po chwili, a widząc zaskoczoną minę dziewczyny uśmiechnął się. Tym razem był to normalny, bardzo pogodny i ujmujący uśmiech. Anna w żadnym razie nie spodziewała się takiej prośby. Zatkało ją z przejęcia. Matthew Zimmer chciał się dowiedzieć o niej czegoś więcej. To było niesłychane.
- Dlaczego jesteś zaskoczona? – zdziwił się. – Nie martw się. Nie mam złych zamiarów. Po prostu chciałbym się dowiedzieć nieco więcej o dziewczynie mojego brata. Chyba nie ma w tym niczego złego? – uniósł brew w geście pytającym, więc Anna zaprzeczyła skinieniem głowy. Rzeczywiście nie było w tym niczego złego. Najwyraźniej chciał ją lepiej poznać. Tylko argument, jakiego użył wcale do niej nie przemawiał, zważywszy, że on nigdy nie traktował jej tak, jak powinien traktować dziewczynę brata. Ona zresztą też nie patrzyła i nadal nie patrzy na niego, jak na starszego brata własnego chłopaka.
- W porządku. A więc, co chcesz wiedzieć? – spytała wygodniej rozsiadając się na krześle.
- Wszystko. Absolutnie wszystko – oświadczył z intrygującymi ognikami w oczach, na których widok lekko się uśmiechnęła.
- Tylko ostrzegam, że to może być bardzo nudne – przyznała z rozbawieniem.
- To nie możliwe, bo ty jesteś bardzo interesująca – stwierdził wesoło, po czym puścił do niej oczko.
Szatynka poczuła gorące rumieńce na swojej twarzy. Znowu próbował ją zawstydzić i co najbardziej ją zaskoczyło, to fakt, że zaczął z nią flirtować.
Przygryzła leciutko dolną wargę i utkwiła w nim przenikliwe spojrzenie. Przez krótką chwilę zawahała się, ale postanowiła przyłączyć się do tego jawnego podrywu.
- Naprawdę tak myślisz? – spytała zalotnie nakręcając na palec kosmyk swoich włosów. – Naprawdę uważasz, że jestem interesująca?
- Owszem.
- I nie pragniesz niczego innego poza poznaniem mnie? – drążyła dalej leciutko przechylając się w jego stronę. Matthew widząc to także się przybliżył.
- Tak. Niczego innego bardziej nie pragnę – odparł pospiesznie.
- I sądzisz, że jest to możliwe w jeden wieczór? – szepnęła dotykając jego dłoni.
- Tak, o ile się postaramy – przyznał obserwując jej ruchy.
- Znakomicie! – zaklaskała w dłonie z szerokim uśmiechem. – Zawsze uwielbiałam opowiadać ludziom o swoim dzieciństwie. Może zacznę od…Niech pomyślę…Och, tak…Moje piąte urodziny… - zaszczebiotała z udawanym entuzjazmem, a Matthew opadł na krzesło z cichym westchnieniem. Początek jej opowieści podziałał na niego niczym kubeł lodowatej wody. Anna doskonale wiedziała, że wyobraził sobie całkiem inne zakończenie, i nie wiadomo jak by się starał, to i tak nie był w stanie ukryć rozczarowania. Mimo, to z zainteresowaniem wysłuchał jej historii z dzieciństwa, po czym sam uraczył ją kilkoma własnymi. Momentami wybuchali niepohamowanym śmiechem, nie potrafiąc przez długi czas się uspokoić. Anna nie mogła uwierzyć, że ze sobą rozmawiają. Tak zwyczajnie, niczym para dobrych przyjaciół. Nie mogła ukryć zaskoczenia, kiedy spojrzał na zegarek i oznajmił, że dochodzi już pierwsza w nocy. Rozmawiali ze sobą kilka pełnych godzin i nawet tego nie zauważyła. Obydwoje postanowili, że pora już się położyć i odespać, chociaż troszkę ten jakże meczący dzień.
Matthew przeciągnął się i wstał. Położył się na kocu, który uprzednio rozłożył na podłodze, a Anna zajęła materac. Pożyczyli sobie dobrej nocy, ale żadne z nich nie mogło zasnąć.
Dziewczyna przez cały czas przyglądała się swojemu towarzyszowi, który oddychał ze spokojem mając zamknięte oczy. Jego klatka piersiowa podnosiła się i opadała w równomiernych odstępach czasowych, bardzo rytmicznie. Poczuła się źle z myślą, że pozwoliła mu spać na podłodze. Zwłaszcza, że zdawała sobie sprawę z tego, iż materac, który dla niej zostawił był wystarczająco duży dla dwóch osób.
Przybrała pozycje półleżącą i utkwiła wzrok w twarzy bruneta. Nie była pewna, czy przypadkiem już nie śpi, ale postanowiła się upewnić.
- Matthew! – zawołała cicho. – Matthew! Śpisz?
Zobaczyła, jak otworzył oczy i spojrzał na nią pytająco. Oblała się purpurą. Sama do końca nie wiedziała, co chce właściwie powiedzieć i jak odpowiednio wyważyć słowa, by nie odebrał ich jako zachęty do czegoś więcej, aniżeli sen.
- O co chodzi? – spytał siadając. – Nie możesz zasnąć?
- Tak.
- Mam ci zaśpiewać kołysankę, czy dotrzymać towarzystwa? – odparł z prowokującym uśmieszkiem, który Annie wydał się nadzwyczaj uroczy. Sama się uśmiechnęła słysząc jego pytanie.
- Ani jedno, ani drugie – odpowiedziała powoli, czym jeszcze bardziej go zaciekawiła.
- Więc czym mogę ci służyć, skarbie?
- Och, przestań. Chodzi o to…Chodzi o to, że nie mogę zasnąć wiedząc, że zmuszony jesteś przeze mnie spać na podłodze. Zapewne, gdyby zaistniały inne okoliczności, to nigdy bym ci tego nie zaproponowała, ale może położysz się ze mną? To znaczy… - pogubiła się i poczuła, że robi z siebie kompletną idiotkę.
Matthew uśmiechnął się nie potrafiąc ukryć rozbawienia. Plątanina, w jaką popadła wywołała w nim ciepłe uczucie.
- W porządku. Zrozumiałem doskonale, co masz na myśli. Mam trzymać rączki przy sobie – zakomunikował przerywając dalszy wywód szatynki. – Z chęcią skorzystam z twojej wspaniałomyślnej propozycji, bo wcale nie uśmiecha mi się spanie na twardej podłodze. A teraz zrób mi miejsce.
Anna szybko przesunęła się na drugą stronę, zobaczyła, że podniósł z ziemi swój koc, po czym położył się obok. Wciąż miał rozbawioną twarz, więc spojrzała na niego z wyrzutem, ale to zlekceważył.
- Kto by pomyślał, że w końcu się tego doczekam – oznajmił mając rozbawione ogniki w ciemnozielonych oczach.
- To znaczy?
- Że zaprosisz mnie do łóżka – wyjaśnił z szerokim uśmiechem.
Anna przewróciła teatralnie oczami, ale sama nie wytrzymała i głośno się roześmiała.
- Och. To rzeczywiście mógł być dla ciebie szok – stwierdziła ze śmiechem. – I jak się z tym czujesz?
- Cudownie – wyznał poważniejąc.
Dziewczyna widząc to, zamilkła. Na krótką chwilę ich spojrzenia spotkały się, ale Anna szybko spuściła wzrok.
- Dobranoc, Matthew – dodała szybko, po czym odwróciła się do niego plecami.
- Dobranoc, Anna – odpowiedział i sam zrobił to samo.


pozdrawiam:
~Enigma
komentarze [31]

021. Nigdy nie jest tak źle, by nie mogło być gorzej.

>> poniedziałek, 29 września 2008 22:00:21


Kilka słów od Autorki:
Tym razem mam dla was jeden rozdział, ale mam nadzieję, że jakościowo przypadnie wam do gustu. Niestety już nie będę zamieszczała tak często kolejnych rozdziałów, bo nie mogę zagwarantować, że teraz, kiedy zacznę studia znajdę czas, żeby przysiąść i coś napisać. Ale mogę wam obiecać, że dodam coś, jak tylko znajdzie się dla mnie dłuższa chwila na wytchnienie :) To tyle. Miłej lektury i do zobaczenia za jakiś czas :*

p.s
Co do mojego wyjazdu, to było naprawdę fajnie.
Ale rozczaruję, co poniektórych: nie spotkałam na swojej drodze dwóch przystojnych braci. Może to i lepiej ;)))

*
Istnieje powiedzenie, że nigdy nie jest tak źle, by nie mogło być lepiej. W tym jednak wypadku bardziej sprawdziłaby się druga jego wersja, a mianowicie, że nie jest nigdy tak źle, by nie mogło być gorzej.
Anna aż kipiała ze złości, kiedy Matthew poinformował ją, że istnieje bardzo duże, a nawet ogromne prawdopodobieństwo, że samochód nie ruszy w dalszą drogę. Stał pochylony nad maską, z której unosił się dym, gdy dziewczyna przechadzała się nerwowo w tę i z powrotem po polnej ścieżce. Oddawała się przez ten czas kontemplacji. W głowie kłębiło jej się miliony myśli, gdzie każda jedna była gorsza od drugiej. Była nawet przekonana, że to sobie zaplanował wywożąc ją na to odludzie. Chyba lepszego scenariusza nie mógłby już sobie wymyślić. Po pierwsze: są sami. Po drugie: nie mają transportu. Po trzecie: w około rozciągały się pola i lasy, a na dodatek nie było w pobliżu żadnej żywej duszy, która mogłaby ją uratować. Dokładnie o tym rozmyślała przez blisko kwadrans, kiedy brunet próbował naprawić nagłą usterkę. Po kolejnych pięciu minutach doszła do konkluzji, że jej oskarżenia są bezpodstawne. Argumentów, które oczyszczają z winy chłopaka znaleźć można kilka. Zaczynając od tego, że to on pierwszy miał zamiar jechać do Osnabrucka w swojej własnej sprawie. Ponadto nie mógł sobie tego zaplanować, bowiem Anna nigdy nie zgodziłaby się z nim jechać, gdyby jej to zaproponował, a czego nie zrobił. Dodatkowo można wziąć pod uwagę fakt, że to ona w ostatniej chwili wprosiła się na miejsce pasażerki. Po przeanalizowaniu wszystkich za i przeciw musiała przyznać, że Matthew jest tak samo zdenerwowany, jak ona. W końcu spieszył się na spotkanie z potencjalnym przyszłym szefem. Kiedy to sobie uświadomiła spojrzała na niego nieco życzliwiej. Westchnęła cicho i podeszła bliżej samochodu.
- I jak ci idzie? – spytała zauważając, że ma ręce prawie do łokcia umazane smarem.
- Nie idzie. A tym bardziej nie będzie biegło! – wybuchnął rzucając kluczem francuskim prosto przed siebie w trawę. Tym razem nie krył swojej frustracji. Był rozgoryczony i miał ochotę kogoś udusić. A pod ręką była tylko Anna. Zamiast wyładować złość na dziewczynie rozładował ją jednak na kole, które kopnął z całej siły. Spojrzał na zegarek i zaklął.
- Niech to szlag! – zawył i instynktownie ukrył twarz w dłoniach. Dopiero po chwili przypomniał sobie, że ma ręce umazane smarem. Zaklął po raz kolejny, a Anna przyglądała mu się w milczeniu. Jeszcze nigdy nie widziała go w takim stanie. Zazwyczaj chodził ironicznie uśmiechnięty, niczym pan i władca świata, za to teraz był wściekły. Momentami wydawał się groźny, ale z czasem negatywne emocje, które odczuwał opadły i stał się bezradny niczym małe dziecko, któremu podwórkowy kolega zniszczył zabawkę.
- Mogę ci jakoś pomóc? – zagaiła niepewnie, więc na nią ponownie spojrzał.
- Owszem. Wyciągnij mi z kieszeni komórkę. – w jego głosie nie było prośby. W innych okolicznościach prędzej by się dała pociąć, niż spełniła jego zachciankę, ale nie chciała jeszcze bardziej go rozwścieczyć, więc szybko do niego podeszła. Wskazał dłonią lewą kieszeń w spodniach, więc ostrożnie zbliżyła rękę.
- Tylko mi nie mów, że to cię tak bardzo krępuje. – roześmiał się, a Anna poczuła gorące rumieńce na policzkach. Chciała mieć to jak najszybciej za sobą, dlatego pospiesznie włożyła dłoń do kieszeni i wyjęła z niej telefon.
- Ani trochę. – odcięła się i spojrzała na niego pytająco.
Matthew podyktował numer, który wybrała, po czym przyłożyła komórkę do jego ucha.
- Cholera! Nie ma zasięgu. – zirytował się jeszcze bardziej, a jego irytacja udzieliła się także szatynce.
- I co teraz? – chciała znać plany chłopaka, ale ten wzruszył tylko ramionami. – No, to cudownie!
Nic nie odpowiedział. Był już zmęczony cała tą sytuacją i przestał nawet przejmować się tym, że pobrudzi ubranie. Bez zbędnych wyrzutów sumienia otarł brudne ręce w spodnie, po czym rozejrzał się niepewnie dookoła.
- Zostań w samochodzie. – polecił dziewczynie ruszając przed siebie. – Sprowadzę pomoc.
- Chyba żartujesz?! – zawołała, a kiedy się nie zatrzymał ruszyła za nim szybkim marszem. O tyle miała trudniej, że była w szpilkach, które co jakiś czas grzęzły w piasku. – Zaczekaj na mnie!
Odwrócił się i spojrzał na nią ze złością, kiedy do niego doszła. Nie znosił, gdy mu się ktoś sprzeciwiał.
- Wracaj do samochodu! – rozkazał, ale nie miała zamiaru go posłuchać.
- Jasne. A ty mnie zostawisz na środku tej tundry i nie wrócisz. – odparła gniewnie i utkwiła w nim waleczne spojrzenie.
- Masz mnie aż za takiego dupka?
- Szczerze? Tak. – przyznała, po czym ruszyła prosto przed siebie. Z łatwością mógł ją przegonić, ale tego nie zrobił. Obejrzała się za siebie i dostrzegła, że wrócił do samochodu. Zobaczyła, jak wyciągnął coś z tylnego siedzenia. Był to średniej wielkości plecak. Postawił go przy bagażniku, z którego wyjął swoją torbę i przerzucił ją przez ramię. Plecak wziął do ręki i ruszył w jej kierunku. Poczekała na niego, a kiedy doszedł uraczyła go kpiącym uśmiechem.
- Okradliby cię. – stwierdziła z sarkazmem wskazując torbę.
- To na wszelki wypadek, a to… -wskazał na plecak, który rzucił jej pod nogi. – Dla ciebie, żeby ci się za wygodnie nie szło.
- Nie będę tachać twoich rzeczy. – odparła natychmiast z nieukrywanym gniewem. – Jeszcze, czego. Nie zostanę twoim koniem pociągowym. Wybij to sobie z głowy.
- W porządku. W takim razie nie próbuj mnie informować o jakiejkolwiek swojej potrzebie. – oświadczył sucho zakładając plecak na plecy. – I pospiesz się. Nie mamy całego popołudnia na spacerki. Ja przynajmniej nie mam na to czasu. – dodał, po czym bez słowa ruszył przed siebie.
- Wyobraź sobie, że mi również się spieszy! I to może nawet bardziej niż tobie! – zawołała za nim, ale nic nie odpowiedział. Przez chwilę stała w miejscu czując, że może trochę przesadziła. Nie miała jednak zamiaru się przed nim kajać i go przepraszać. Postanowiła, że nie da mu żadnego, nawet najdrobniejszego powodu do drwin. Zacisnęła mocniej usta i poszła w jego ślady.

*
Nie minęło nawet pół godziny, kiedy Anna opadła z sił. Czuła, jak palą ją stopy. Z każdą chwilą szła coraz wolniej. Czuła stróżki potu na swoim czole, więc je przetarła ręką. Kręciło jej się w głowie i czuła suchość w gardle. Bardzo była spragniona, ale nie chciała prosić o nic Matthew, który nadał ich marszowi bardzo szybkie tempo, za którym ledwo nadążała. Oblizała spierzchnięte wargi i zmrużyła oczy. Słońce mocno grzało i dawało we znaki. Szła tak jeszcze jakiś czas, ale długo nie wytrzymała i przystanęła. Musiała odpocząć, chociaż przez minutkę. Brunet widząc to również przystanął. Spojrzał na dziewczynę ze zniecierpliwieniem, a kiedy nie zareagowała zawrócił i stanął przed nią. Bez słowa zdjął plecak, a torbę położył na ziemi, po czym polecił jej na niej usiąść. Przystała na to, a nawet poczuła wobec niego wdzięczność. Była już wycieńczona. Kiedy tylko usiadła, poczuła ulgę. Matthew tymczasem przykucnął przed nią i nic nie mówiąc dotknął jej stopy. Drgnęła i spojrzała z zaskoczeniem wymalowanym w oczach najpierw na niego, kiedy ściągnął jej but, a później na swoją obolałą stopę, która była bardzo spuchnięta. Nie minęło dużo czasu, kiedy poczuła na niej dłonie chłopaka. Bardzo delikatnie zaczął masować jej obolałą stopę. Poczuła, jak prąd przeszedł całe jej ciało. Z każdą chwilą napięcie, które czuła znikało. Przymknęła oczy, czując lekkie mrowienie na ciele. Rozluźniła się i poczuła się dziwnie lekko. Matthew ostrożnie zdjął drugiego buta i tym razem zaczął ostrożnie uciskać drugą stopę dziewczyny. Przez cały czas obserwował w skupieniu jej twarz. Miała zamknięte oczy, jakby rozkoszując się doznaniami, które odczuwała za sprawą jego dotyku. Nie mógł się powstrzymać i wolną ręką dotknął jej nagiego uda od wewnętrznej strony. Anna momentalnie otworzyła oczy i się od niego odsunęła. Spojrzał na nią z rozbawieniem widząc jak się złości.
- Wybacz, ale nie mogłem się powstrzymać. – wyznał i jakby nic się nie stało, wstał i podniósł z ziemi szpilki. Zbliżył się z nimi w stronę ogromnego głazu leżącego tuż przy szosie.
- Co ty wyprawiasz?! – zawołała za nim, kiedy uniósł do góry jeden z jej butów szykując się do uderzenia.
- Trochę je usprawnię. Chyba nie masz nic przeciwko? – spytał i zanim zdążyła zaprotestować uderzył nim o kamień wyłamując obcas.
- Ty…ty…ty…- zabrakło jej słów ze złości.
- Och…nie musisz mi dziękować. Drobiazg. – powiedział stawiając ‘nową parę’ przed właścicielką.
- Nie daruję ci tego. – wysyczała przez zaciśnięte zęby. – To były moje najlepsze buty.
- Spójrz na to z dobrej strony. Teraz będą wygodne. – zbagatelizował całą sprawę i rzucił dziewczynie butelkę wody, którą sprawnie złapała. – A teraz na zdrowie i w drogę.
Miała ochotę odpowiedzieć mu czymś kąśliwym, ale nie chciała tracić na niego resztki sił. Upiła łapczywie prawie pół butelki wody, z irytacją założyła na swoje nogi pozostałości po szpilkach i powoli ruszyła za nim. Nie raczył nawet na nią poczekać, dlatego była zmuszona do szybkiego marszu, by go dogonić. Musiała przyznać, że teraz szło jej się znacznie wygodniej, ale nie poinformowała go o tym, w końcu nadal była na niego zła.
Obszar polny i leśny nie zniknął nawet po dalszej godzinie ich wyczerpującej wędrówki. Wyglądało na to, że nie ma on końca. Powoli zaczynała nienawidzić ten krajobraz. Chciało jej się wyć i płakać ze złości, i zmęczenia. Nie była pewna, ile już przeszli. Dla niej to były niezliczone kilometry, ale biorąc pod uwagę czas i szybkość, z jaką szli, uszli, co najwyżej trzy, ewentualnie cztery. Spojrzała na niebo i przeklęła w duchu, bowiem zobaczyła nadciągającą chmurę burzową. Zdawała sobie sprawę z tego, że jeśli nie trafią w najbliższym czasie na jakieś domostwo, to zastanie ich ulewa. Nie chciała nawet o tym myśleć. Z każdą chwilą kłębiło się coraz więcej ciemnych chmur. Powiedziała Matthew o nadciągającej burzy, ale on to zlekceważył.
- A ty, co? Pogodynka jakaś jesteś? – spytał obojętnie nawet nie spoglądając w górę.
- Nie do cholery, Święty Mikołaj! – odgryzła się i od tej pory nie odezwała się do niego ani słowem. Milczała zawzięcie, a kiedy zadał jej jakieś pytanie, zlekceważyła je, nie udzielając żadnej odpowiedzi. Gdy po raz pierwszy zagrzmiało spojrzała na niego triumfalnie, a jej oczy zdawały się krzyczeć: A nie mówiłam? Kilka minut później zaczęło kropić. Lekka mżawka przekształciła się najpierw w kapuśniaczek, a potem w rzęsisty deszcz. Niebo, które zaczęły rozdzierać ogromne błyskawice, przybrało odcień ciemnego granatu. Nastąpiło oberwanie chmury, jakiego jeszcze nigdy nie widzieli. W taką pogodę nie miało się ochoty wychylać nosa z ciepłego i suchego domu, a co dopiero włóczyć się w samym centrum zawieruchy. Wiatr zaczął wiać z taką mocą, że ledwo umiała ustać na nogach. Od razu przemokli do ostatniej nitki, ale nie to było najgorsze. Anna tuż przy pobliskim drzewie zobaczyła dziwną postać, jakieś zwierzę. W pierwszej chwili miała trudności z rozeznaniem, co to takiego. Kiedy uświadomiła sobie, co przed nimi stoi, zamarła i złapała Matthew za rękę. Najwyraźniej niczego nie zauważył.
- Co znowu? – spytał już poirytowany.
- Tam jest wilk. – wydusiła nie kryjąc strachu.
- Coś ty powiedziała?
- Wilk.
- Czy ty się dobrze czujesz?
- Zlekceważyłeś moje ostrzeżenie przed burzą, więc może, choć raz mnie posłuchaj i spójrz! – powiedziała podniesionym głosem, próbując przekrzyczeć ryk wiatru i po raz kolejny wskazała kierunek, gdzie stało zwierzę. Dla świętego spokoju spojrzał we wskazaną stronę.
- Mówisz wilk? – spytał chcąc się upewnić.
- Tak.
- To ty chyba nigdy wilka nie widziałaś. – zadrwił i bez zbędnego tłumaczenia ruszył w stronę drzewa, przy którym miał stać drapieżnik.
- Matthew! Co ty wyprawiasz? On nas pożre!
- Mnie nie. Ciebie? Niewykluczone. – oświadczył z obojętnością i przystanął. – Uspokój się! To pies.
- Pies? – powtórzyła niepewnie.
- Tak, pies. – zapewnił uśmiechając się kącikami ust.
- To nie jest pies, tylko wilk. Nie idź tam. – poprosiła.
- Boisz się o mnie? – spytał zwracając w jej stronę twarz.
- Ani odrobinę. Nic mnie nie obchodzisz. Jak dla mnie, to może cię rozerwać na strzępy. Zrobiłby światu niedźwiedzią przysługę. – oświadczyła wyniośle, a on się roześmiał.
- To tylko pies.
- Wilk.
- Dobra. To może się założymy? Hmm…może…już wiem. Jeśli to będzie pies, to pójdziesz ze mną do łóżka. – jego propozycja bardzo ją oburzyła. Samo słowo zakład sprawiło, że miała ochotę tupać ze złości. A w jego ustach tym bardziej podziałało na nią niczym czerwona płachta na byka. Miała ochotę uderzyć go prosto w tę jego roześmianą gębę. Ścisnęła mocniej usta próbując się uspokoić.
- A jeśli to będzie wilk? – mruknęła siląc się na obojętny ton.
- To już nigdy mnie nie zobaczysz. Wilk zrobi światu, jak to zabawnie ujęłaś, niedźwiedzią przysługę. – roześmiał się. – Więc jak? Zakładamy się?
- I jeszcze, czego? Nie ma mowy.
- Czyli nie jesteś pewna, że to wilk. – stwierdził unosząc w znaczący sposób brew do góry.
Nic nie odpowiedziała. Nie zdążyła, bo do jej uszu dobiegł pisk. Kolejna błyskawica przecięła niebo, a ten jęk wydało zwierzę. Nie pozostawiało wątpliwości, że było przerażone. Nawet się nie obejrzała, kiedy chłopak podbiegł w stronę drzewa, przy którym stał wilk albo pies. Anna zakryła oczy rękoma. Nie chciała na to patrzeć. Spodziewała się usłyszeć warkot rozwścieczonego zwierzęcia, ale nic takiego się nie wydarzyło. Odsłoniła, więc oczy i zobaczyła, jak Matthew prowadzi na smyczy czworonoga. To był rzeczywiście pies.
- Zwracam ci honor. – odparła widząc, jak pogłaskał psa rasy husky za uszami. Ten zamerdał ogonem z radości i zaczął ją obwąchiwać. Zaczęła usprawiedliwiać swoją pomyłkę tym, iż każdy mógł uznać, że to wilk. Matthew rozłożył ręce w geście poddańczym.
- Trzymaj lepiej swojego wilka. – przerwał jej wywód podając smycz. – Ktoś go tutaj porzucił.
- Bestie. – mruknęła patrząc w niebieskie oczy nowego towarzysza. – Jak go nazwiemy?
- Nazywaj, jak chcesz. Mnie to wszystko jedno.
- Hm…A to suka, czy samiec?
- Nie wiem. Nie sprawdzałem. I nie zamierzam. – dodał widząc jej minę.
Przewróciła oczy ku niebu, po czym pochyliła się i zerknęła pod brzuch futrzaka, który polizał ją w policzek.
- Samiec. – oświadczyła nadal pochylona. – Ma wielkiego…
- Bez szczegółów, proszę.
- Och! Nie przejmuj się tym zazdrośnikiem. – zwróciła się do psa. – Wiadomo, kto ma mniejszego! – dodała zerkając na bruneta kątem oka. Dostrzegła jego nikły uśmiech, więc sama się uśmiechnęła. Pociągnęła psa za smycz, który radośnie pognał do przodu. Matthew przyspieszył kroku widząc, że ulewa rozszalała się na nowo, z jeszcze większą siłą.
Szli, a raczej wykonywali marszobieg przez kolejny kwadrans. Już stracili nadzieję na znalezienie najmniejszej oznaki cywilizacji ludzkiej, kiedy w oddali zobaczyli mały domek. Matthew złapał rękę Anny i pociągnął ją szybko w stronę budynku. Nie minęło dużo czasu, kiedy stali przed drzwiami, chowając się przed deszczem pod maleńkim daszkiem. Anna zadzwoniła, ale nikt nie otwierał. Idąc tutaj nie zauważyli żadnego światła. Dom wyglądał na pusty. Pomimo, że dochodziła dopiero siedemnasta, to na dworze było już ciemno za sprawą burzy. Chłopak podszedł do okna i próbował coś dojrzeć.
- Nic nie widać. – poinformował, a Anna westchnęła z rozpaczą. – Chyba nikogo nie ma. Spróbuję dostać się do środka.
- Czekaj! – zawołała, kiedy ruszył na tyły domku.
- Co znowu?
- Co chcesz przez to powiedzieć? Ty chyba nie chcesz się włamać? – spytała, mimo, że wiedziała, jaką uzyska odpowiedź.
- Skądże. Chcę sobie tylko obejrzeć dom z drugiej strony. Bardzo mi się spodobał i chcę go sobie kupić. – zakpił i chciał już iść, ale złapała jego ramię.
- Nie zgadzam się! To przestępstwo!
- Wcale nie prosiłem cię o pozwolenie. Powiem to tak. Jeśli chcesz, możesz tutaj stać i moknąć, ale ja nie mam takiego zamiaru. Jestem już cholernie zmęczony, ponadto cały przemoczony i zziębnięty. Marze tylko o tym, by położyć się w ciepłym łóżku, i zasnąć, dlatego nic mnie nie powstrzyma przed spełnieniem tego marzenia. – wyjaśnił ze spokojem strącając dłoń szatynki ze swojego ramienia. – A teraz przepraszam. – mruknął i zagwizdał na psa, który ruszył za nim. – Widzisz? Nawet on wie, że to głupota.
Anna nic nie powiedziała. Założyła tylko ręce na ramiona i skryła się przed deszczem pod daszkiem. Lało coraz mocniej. Ona również podzielała marzenie Matthew. Chciała znaleźć się w ciepłym pomieszczeniu, gdzie mogłaby się trochę ogrzać. Była zziębnięta. Czuła, że z każdą chwilą coraz bardziej drży z zimna. Pomyślała nawet, że może chłopak ma rację i głupio postępuje. On zniknął już jakiś czas temu i nadal się nie pokazał. Zaczynała się o niego niepokoić. Martwiła się, że mogło mu się coś stać. Chciała już pójść go poszukać, kiedy dostrzegła światło wydobywające się przez okienko. Po chwili usłyszała zgrzyt rozsuwanego zamka. Drzwi się otworzyły i w ich progu stanął Matthew. Spojrzał na nią z triumfalnym uśmieszkiem.
- Och, Anna. Jak miło, że wpadłaś! – oświadczył wciągając ją do środka nim zdążyła zareagować i drzwi zatrzasnął za nimi z głuchym łoskotem.


pozdrawiam:
~Enigma
komentarze [16]

018. Nikt nie robi tego lepiej.

019. Do tanga trzeba dwojga.

020. Wieści z Osnabrucka.

> czwartek, 21 sierpnia 2008 22:38:54


Kilka słów od Autorki: Witam. Miałam dodać kolejny rozdział już jakiś czas temu, ale uniemożliwiła mi to przerwa techniczna myloga. Nie skomentuje lepiej tego faktu. Swoje odczucia lepiej zachowam dla siebie ;D Ale już jest wszystko ok i mam nadzieje, że już tak pozostanie i serwis nie zaskoczy mnie kolejnymi przerwami technicznymi. Jest tego jednak jakiś plus. A mianowicie mam dla was w prezencie nie jeden, a trzy rozdziały, żebyście mięli co czytać, kiedy mnie nie będzie. A wyjeżdżam do pięknej miejscowości, w której rozgrywa się akcja tego opowiadania - do Osnabrucka ;) Wracam prawdopodobnie dopiero z końcem września. To tyle. Żegnam się, ale nie martwcie się, bo jeszcze tu wrócę ;D A tymczasem zapraszam do lektury i życzę udanej reszty wakacji, chociaż, co prawda nie pozostało tych dni zbyt dużo.
Auf Wiedersehen! Bis bald! ;*

*
018. Nikt nie robi tego lepiej.




Anna, gdy tylko wróciła do pokoju, który dzieliła z Susie zrzuciła z siebie koszulę Seana. Cała była przesiąknięta zapachem jego perfum. Był to bardzo przyjemny dla nosa zapach, ale ona chciała jak najszybciej pozbyć się go z własnego ciała. Tym razem wzięła dłuższą kąpiel w pianie. Przymknęła oczy i próbowała się rozluźnić. Myślała o Stefanie i jej zachowaniu. Zdała sobie sprawę, że cheerleaderka nadal coś czuła do swojego byłego chłopaka i nie potrafiła tego ukryć. Możliwe, że myliła się w tej ocenie, ale miała takie właśnie odczucia. Postanowiła porozmawiać ze Stefanie na ten temat, kiedy tylko będzie miała ku temu okazję.
Siedziała tak z pół godziny, po czym postanowiła wyjść z wody. Dokładnie się wytarła i założyła na swoje ciało białą bieliznę wraz z pończochami w tym samym kolorze. Otworzyła szafkę w mahoniowym odcieniu i wyjęła z niej sukienkę zakupioną w C&A. Ubrała ją i podeszła do dużego lustra wiszącego na ścianie. Usiadła przed nim na eleganckim stołku i zaczęła rozczesywać włosy, które znajdowały się w nieładzie. W pewnej chwili usłyszała zgrzyt otwieranych drzwi. Była przekonana, że to Susie, dlatego nie przerywała swojej czynności. Dopiero, kiedy dostrzegła w lustrze odbicie sylwetki Matthew, zamarła. Poczuła, jak jej serce przyspieszyło swoje bicie. Miała wrażenie, że zaraz zemdleje z gorąca, jakie rozeszło się po jej ciele. Zlekceważyła te objawy i postanowiła udawać, że nie wie, o jego obecności. Nie mogła ukryć, że była ciekawa, po co przyszedł.
Przyglądał się dziewczynie w całkowitym milczeniu oparty o zamknięte drzwi. Po chwili zdecydował się zamknąć je na klucz. Kiedy to zrobił nie była w stanie wytrzymać. Odwróciła się gwałtownie na krześle i spojrzała na niego gniewnie.
- Czego chcesz? – spytała ozięble.
Matthew nic nie odpowiedział. Wpatrywał się w nią z uwagą niczym malarz krytycznie próbując ocenić swoje dzieło. Musiał przyznać, że wyglądała nadzwyczaj kobieco i seksownie w tej zielonej sukience i białych pończochach. W jej oczach dostrzegł ciekawość wymieszaną ze złością. Nie wiedział, dlaczego, ale nie przypominała mu już dawnej Anny, jeszcze tej z wczoraj, którą miał w ramionach. Teraz przypominała mu kogoś innego. Kogoś, o kim usilnie próbował zapomnieć, wymazać z pamięci i swojego życia.
Doskonale pamiętał ten dzień, kiedy zobaczył ją po raz pierwszy. Razem z Marciem, Denisem i Damienem przyjęli wyzwanie rzucone im przez Markusa Voltocka. Od niepamiętnych czasów ze sobą rywalizowali, ale ten pamiętny dzień wyścigów na zawsze pogrążył ich w nienawiści. Obaj byli dobrymi zawodnikami i Matthew potrafił docenić swojego przeciwnika. Ich wrogość jeszcze bardziej wzrosła za sprawą tej kobiety, a raczej czarnowłosej nastolatki o najcudowniejszym uśmiechu, jaki Matthew kiedykolwiek widział. Towarzyszyła Voltockowi ubrana w obcisłe, czarne spodnie i skórzaną kurteczkę, która podkreślała jej dość duże piersi. Markus wyraźnie ślinił się na jej widok i robił wszystko, żeby zwracała uwagę tylko na niego. Ona wyglądała na znudzoną jego zabiegami. Kiedy zobaczyła Matthew utkwiła w nim spojrzenie swoich niebieskich jak niebo oczu. Uśmiechnęła się zalotnie i poszła w stronę pobliskiego domku. Nie wiedział, co w niego wstąpiło, ale poszedł za nią. Zobaczył uchylone drzwi. Nie zastanawiał się długo i wszedł do środka. Zobaczył dziewczynę leżącą w samej bieliźnie na dużym łóżku. Uśmiechała się do niego zachęcająco. Czekała właśnie na niego.
- Słyszałam, że jesteś artystą. – odezwała się z wyraźnym brytyjskim akcentem, który jeszcze bardziej pobudził jego zmysły. – Namaluj mnie. – poprosiła zrzucając z siebie najpierw biustonosz, a potem delikatne w dotyku, koronkowe stringi. Wiedział o tym, bo rzuciła je w jego kierunku, tak by złapał.
Już sam nie pamiętał, w którym momencie porwał ją w swoje ramiona i zaczął pieścić jej aksamitne, delikatne ciało. Nigdy nikogo tak nie pożądał, jak jej w tamtej chwili. Chciał, by czuła rozkosz i pragnęła go tak samo mocno. Seks z tamtą dziewczyną nie mógł porównać do żadnego innego stosunku z kobietami ani przed, ani po niej. Żadna jej nie dorównywała. Każda wydawała się przy niej śmieszna i żałosna. Oczarowała go. Zawładnęła całym jego umysłem. Był tylko jej. Wszystkie inne przestały dla niego istnieć. Gdyby tylko wtedy wiedział, że nie była tego warta. Poczuł narastającą w nim złość na samo wspomnienie. Anna dostrzegła te wściekłe błyski w jego oczach. Przestraszyła się, ale i wściekła, bo co on sobie wyobrażał przychodząc do niej.
- Czego chcesz?! – powtórzyła swoje pytanie podnosząc się z krzesła. Matthew jak gdyby oprzytomniał, ale gniew z niego nie uszedł. Dopiero po chwili przypomniał sobie, że stoi przed nim Anna, a nie… - Daj mi święty spokój. – oznajmiła, kiedy nie udzielił jej odpowiedzi.
Uśmiechnął się. Sam nie wiedział, dlaczego nie potrafi spełnić jej prośby. Wiedział już, że nie zdoła spełnić swojego postanowienia. Ruszył w jej kierunku, a Anna gwałtownie się cofnęła. Poczuła, że dotknęła plecami zimnej ściany. Podszedł do niej i jednym pewnym ruchem przyciągnął ją do siebie. Anna zacisnęła dłonie w pięści i próbowała uwolnić się z tego uścisku. Nie pozwolił jej na to. Rozpalała w nim takie żądze, których sam nie potrafił powstrzymać.
- Puszczaj mnie! To boli! – zawołała nadal próbując się wyrwać. – Czego ty chcesz?!
- Nie wyrywaj się tak, to nie będzie bolało. – zapewnił z ironicznym uśmieszkiem. Jak ona go nienawidziła. Tego uśmiechu. – Naprawdę się nie domyślasz, czego chcę?
Anna wpadła w jeszcze większą furię. No tak. – pomyślała ze złością. - Zakład najważniejszy.
- Nie! W końcu uważasz mnie za idiotkę! – odparła zajadle wbijając paznokcie w jego szyję. Skrzywił się z bólu, ale nie zmniejszył siły uścisku. Spojrzał na nią z uwagą. Coś w jej głosie i oczach go zaniepokoiło.
- Mnie idiotki nie interesują. – zapewnił po chwili nachylając się nad jej twarzą. Wiedziała, że gdyby wypuścił ją z objęć wydrapałaby mu oczy. Znaczyłoby to, że uważa ją za idiotkę, ale nie zrobił tego. Nadal jego ręce trzymały ją mocno w pasie. Nie odezwała się już ani słowem. To ona miała go uwieść, a prawda była taka, że to ona z trudem potrafiła mu się oprzeć. To on nad nią górował. Powinna czuć do niego tylko i wyłącznie nienawiść, ale nie odczuwała tego sprzecznego z jej naturą uczucia. Rozczarowanie, gorycz, chęć ukarania go, tak. Ale nienawiść?
- O czym myślisz? – spytał widząc jej nieobecny wzrok. Ocknęła się z zadumy.
- Nie twoja sprawa. Czego chcesz ode mnie?
Zawahał się przez chwilę, ale szybko podjął decyzję. Anna podobała mu się. Nawet bardzo. Czuł do niej pociąg fizyczny, a ona z trudem potrafiła oprzeć się jego urokowi. Chciał, żeby należała do niego. Tylko do niego.
- Chcę, żebyś miała porównanie. – odparł po chwili z niebezpiecznymi ognikami w oczach.
- Porównanie, z czym? – spytała wyniośle, ale zanim zdążyła zareagować przyciągnął jej głowę do siebie dotykając wargami jej ust. Musnął je z taką siłą, że zakręciło jej się w głowie.
Nadal jednak myślała logicznie. Pamiętała o tym zakładzie i wściekłość wróciła ze zdwojoną siłą. Jego wargi zaczęły ją parzyć. Próbowała się wyrwać, a kiedy jej się to udało, spoliczkowała go. Matthew dotknął zaczerwienioną od uderzenia twarz. Uśmiechnął się w ten swój ironiczny sposób, jakby chciał powiedzieć: I tak wiem, że tego pragniesz.Podobała mu się Anna w tym wydaniu. Była jak dzika kotka. A teraz była rozwścieczoną lwicą, która broniła się przed nim zajadle. Wymierzony przez nią policzek bynajmniej nie ostudził jego zapału. Nie zraziła go tym do siebie. Nawet się nie obejrzała, kiedy po raz wtóry ją do siebie przyciągnął. Z początku walczyła z nim zawzięcie bijąc go pięściami po ramionach, ale stopniowo zaczęła mu ulegać. Całował ją z taką pasją, że nie była wstanie nie odwzajemnić tego pocałunku. Ich pocałunek był żarliwy, długi i głęboki. Anna poczuła, że wzbiera w niej namiętność, jakiej nigdy nie zaznała. Sean jej nie całował w ten sposób. Jego pocałunki były delikatne i czułe, a Matthew Zimmer tak nie całował. Pocałunki bruneta były stanowcze i bardzo namiętne. Pieścił jej podniebienie swoim językiem, tak, iż w pewnym momencie zabrakło jej tchu. Odwzajemniała jego pocałunek z równą pasją, powoli się w nim zatracając. Objęła jego szyję rękoma i jeszcze bardziej do siebie przyciągnęła. Miała ochotę zedrzeć z niego ubranie i kochać się z nim do upadłego. On także miał na to ochotę, a kiedy jego ręka znalazła się pod jej sukienką, Anna oprzytomniała. Nie mogła z nim pójść do łóżka. Po prostu nie mogła do tego dopuścić. Szybko go od siebie odepchnęła przerywając tym samym pocałunek. Miała wrażenie, że wyrwała się z cudownego snu. Teraz starała się zachować zimną krew, chociaż czuła się, jak roztapiający się lód. Miała nabrzmiałe i wilgotne usta. Wciąż czuła dotyk jego skóry i zapach jego perfum w swoich nozdrzach. Jej ciało wciąż pulsowało. Było jej przykro, że musiało się to tak skończyć.
- I z czym mam porównać? – usłyszała własne słowa wypowiedziane schrypniętym głosem.
- Naprawdę się nie domyślasz? – spytał oblizując własne wargi. – Który z nas lepiej całuje? Ja, czy…Sean? – chciał wiedzieć, ale i tak znał na to pytanie odpowiedź. A przynajmniej tak mu się wydawało.
- Oczywiście, że Sean. – odparła bez chwili zastanowienia. Oczywiście skłamała, ale nie miała zamiaru go o tym informować. Ona sama zdawała sobie sprawę, że nikt nie robi tego lepiej. Nikt nie całuje lepiej od niego.
Niczego nie dodając do swojej wypowiedzi podniosła ze stolika szminkę i na jego oczach zaczęła malować sobie usta. Robiła to powoli obserwując rosnące w nim z minuty na minutę pożądanie. Uśmiechnęła się słodko, kiedy chciał znowu ją pocałować. Tym razem stanowczo mu nie pozwoliła.
- Nawet o tym nie myśl. Tym razem nie dam się zaskoczyć. – oświadczyła bez cienia uśmiechu i wyciągnęła w jego stronę dłoń. – I nigdy więcej nie waż się mnie całować. A teraz daj mi klucz. Muszę iść do Seana. Już się za nim stęskniłam. – dodała i zobaczyła, jak jego oczy zapłonęły ze złości.
- Więc ucałuj go ode mnie. – zakpił, ale podał klucz.
- Oczywiście. Nie ma sprawy. Nawet z języczkiem, jeśli sobie życzysz. – roześmiała się, po czym ominęła go i podeszła do drzwi. Szybko przekręciła klucz i wyszła na korytarz. Uśmiechała się. Tak. Z całą pewnością dzisiaj nad nim górowała.

*
Ogród ciotki Stefanie był piękny. Zieleń trawnika i reszty roślin, aż biła po oczach. Rzeźby zwierząt sprawiały niesamowite wrażenie. Widać było, że pani Vogel lubi być otaczana pięknymi rzeczami i z pewnością miała świetny gust. Ogromną przyjemność sprawiało przebywanie w tym ogrodzie, więc Anna postanowiła tam na trochę przysiąść w niewielkiej altance. Kiedy tylko do niej weszła zobaczyła widok, którego w żadnym razie się nie spodziewała. W altance siedziała Stefanie. Płakała. Na widok Anny zarumieniła się i szybko otarła dłonią mokre policzki. Miała nadzieję, że niczego nie zauważyła. Ale było za późno. Szatynka poczuła ukłucie w sercu. Domyśliła się, że jej przypuszczenia były słuszne, bo niby, z jakiego innego powodu Stefanie mogła znaleźć się w takim stanie?
- Stef… - zaczęła niepewnie podchodząc do niej i siadając obok. – Co się stało? Dlaczego płaczesz?
- Och…wydaje ci się. Wcale nie płaczę. – odparła pospiesznie, niewyraźnym głosem.
- Więc co robisz?
Blondynka nie odpowiedziała. Wbiła wzrok w ziemię i ponownie zarumieniła. Uparcie milczała, dlatego Anna ponownie przejęła inicjatywę.
- Chodzi o Seana, prawda? – spytała i odwróciła jej twarz w swoją stronę, tak by móc spojrzeć jej prosto w oczy. Na to pytanie wybuchnęła niepohamowanym szlochem. Nie mogła się już dłużej powstrzymywać. – Kochasz go, prawda?
Chciała zaprzeczyć, ale zabrakło jej słów. Anna westchnęła cicho i oparła głowę o oparcie ławki. Stefanie nadal kochała chłopaka, pomimo, że próbowała się wyprzeć swoich uczuć.
- Ja…Przepraszam, Anna. – wydusiła z siebie, kiedy zdołała się uspokoić. – Próbowałam z tym walczyć, ale nie potrafię. Okropnie się czuję.
- To ja okropnie się czuję. – wyznała po chwili, a Stefanie odebrała jej słowa jako złość.
- Naprawdę mi przykro i przysięgam, że nie będę próbowała ci go odbić. W końcu on i tak nic do mnie nie czuje. – oznajmiła cicho i chciała coś jeszcze dodać, ale szatynka jej na to nie pozwoliła.
- Przestań. To ja powinnam się czuć okropnie, bo… - przerwała, a dziewczyna spojrzała na nią w skupieniu, z wyraźnym zainteresowaniem. – Nie kocham, Seana. – dokończyła z wielkim trudem, ale wyznanie tego w pewnym stopniu przyniosło jej ulgę.
- Co ty mówisz? Jak to nie kochasz? Ale przecież wy…
- Nie.
- Nie?
- On tak myśli. W sumie sama się do tego przyczyniłam. Ale prawda jest taka, że do niczego między nami nie doszło. I obawiam się, że też nigdy nie dojdzie, bo go nie kocham. Bardzo go lubię i cenię, ale to wszystko. Wiem, że to wspaniały chłopak, ale serce nie sługa. Nie zdołałam go pokochać… i teraz wiem, że już nie pokocham. – oznajmiła starając się być szczera. Skoro już zaczęła, to chciała to skończyć, ale tak by nie było żadnych wątpliwości; by ona ich już nie miała.
- Ale…
- Dzisiaj wykorzystałam Seana do swojej zemsty.
- Zemsty? – spytała blondynka utkwiwszy pełne zdumienia spojrzenie w koleżance.
- Tak. Chciałam się odegrać. W gruncie rzeczy nadal chcę.
- Odegrać, ale na kim?
- Na Matthew.
- A co on ma z tym wszystkim wspólnego?
- Och, bardzo dużo. – wyznała, po czym opowiedziała Stefanie, co działo się między nią, a bratem Seana. Blondynka nie przerywała, pomimo, że była oburzona słuchając tej historii. Nie mogła pojąć, że działy się takie rzeczy, a nikt tego nie zauważył. Nawet ona. Bardzo rozczarowało ją postępowanie chłopaka, zważywszy, że miała o nim dobre zdanie. To, co zamierzał zrobić zdaniem blondynki było okropne. Nie miała zamiaru oceniać Anny. W końcu ona była tylko ofiarą i wcale nie dziwiła się jej chęci odwetu. Nie podobało jej się tylko, że zaczęła bawić się uczuciami Seana.
- Wiem, że nie powinnam. I czuję się z tym okropnie. – przyznała ze smutkiem. – Ale chciałam mieć pewność, że Sean potwierdzi, iż ze sobą spaliśmy. Mnie Matthew mógłby nie uwierzyć, ale bratu?
Stefanie zamilkła. Wyglądała na zamyśloną.
- To powiedz mu o tym. Sean na pewno zrobiłby porządek z własnym bratem. – poradziła po chwili, ale Anna nie chciała tego robić. Nie chciała ich skłócać ze sobą. – Więc, co teraz będziesz chciała zrobić?
- Pociągnę to jeszcze jakiś czas.
- W porządku. Tylko uważaj, bo to może się skończyć tragedią. – ostrzegła, ale leciutko się uśmiechnęła.
- Doradzić ci coś? – zapytała Anna odwzajemniając uśmiech. – Rozkochaj Seana w sobie na nowo. Ja nie będę wchodziła ci w paradę.
Stefanie nic nie odpowiedziała. Zamyśliła się i przez dłuższy czas siedziały w zupełnej ciszy przyglądając się zachodowi słońca, który zabarwił niebo czerwienią.
Powoli zapadał zmrok. Ostatnie promienie słoneczne wpadały jeszcze do altany oświetlając ją swoim nikłym blaskiem.

*
Wróciły do domku około ósmej, po czym wszyscy zjawili się w kuchni, zasiadając przy jednym stole, na wspólnej kolacji. W międzyczasie Stefanie zamówiła dla swoich gości typowe specjały niemieckiej kuchni. Oczywiście podstawą były Bratwursty, bardzo popularne w Niemczech kiełbaski, które znakomicie smakują z dodatkiem ostrej musztardy.
Dostawca przyjechał z zamówieniem kwadrans po dwudziestej i od razu zabrali się za konsumpcję tych pyszności.
Anna przez cały czas starała się zachowywać naturalnie. Było jej trudno, bowiem zmuszona została do zajęcia miejsca pomiędzy braćmi Zimmer. Sean znalazł się po jej prawej stronie, a Matthew po lewej. Ta sytuacja wcale nie była dla niej komfortowa, zwłaszcza, że co jakiś czas czuła kolano bruneta na swojej nodze. Zdawała sobie sprawę, że te dotknięcia nie były przypadkowe. Matthew robił to z premedytacją, próbując ją tym zawstydzić. Ona, jednak nie miała zamiaru dawać mu najdrobniejszej satysfakcji. Udawała, że nie robi to na niej żadnego wrażenia.
Rozmawiała ze swoim chłopakiem i resztą towarzystwa, jednocześnie starając się ignorować starszego Zimmera. Ten, jednak tak łatwo nie odpuszczał. Po niespełna dwudziestu minutach poczuła dłoń chłopaka na swoim kolanie. Zamarła z widelcem tuż przy ustach. Zrobiło jej się niesłychanie gorąco. Nie miało to nic wspólnego z jego dotykiem. Powodował to raczej lekki strach, że ktoś to dostrzeże. W końcu Sean siedział bardzo blisko. Zerknęła na niego kątem oka, ale zobaczyła, że zaabsorbowany był rozmową ze Stefanie. Nie miała zamiaru im przerywać, zwłaszcza, kiedy obiecała cheerleaderce odsunąć się w cień.
Milcząc przysunęła się bardziej z krzesłem pod stół. Matthew zaraz zrobił to samo. Jego dłoń nadal delikatnie uciskała nogę dziewczyny. Dostrzegła jego władczy uśmieszek i poczuła złość. Skoro miała uchodzić za Femme Fatale postanowiła dalej grać w jego grę.
Ostrożnie wsunęła swoją lewą rękę pod stół i położyła ją na dłoni chłopaka. Była przekonana, że spodziewa się, iż ze złością zrzuci jego rękę ze swojej nogi. Nie zrobiła, jednak tego. Mocniej ją tylko uścisnęła, po czym splotła swoje palce z jego palcami. Delikatnie, za pomocą kciuka głaskała jego ciepłą skórę. Starała się przy tym nie myśleć o przyjemności, którą sprawiał jego dotyk, kiedy odwzajemnił się tym samym. Nie czekała długo i zaczęła prowadzić dłoń bruneta po swoim udzie. Nie minęło dużo czasu, kiedy ich splecione dłonie znalazły się pod sukienką szatynki. Pozwoliła mu dotknąć koronki swoich pończoch, po czym wyplotła się z tego uścisku i powoli, za pomocą paznokci zaczęła lekko drapać wierzch męskiej dłoni. Zauważyła kątem oka niedowierzanie odmalowane na jego twarzy. Nie zważając na nic odwróciła jego rękę i tak samo potraktowała wewnętrzną część dłoni. Uśmiechnęła się triumfalnie widząc, jak od dłuższego czasu przestał słuchać, co mówiła do niego Angelika, a teraz blondynka powtórzyła trzeci raz to samo pytanie, ale nadal nie doczekała się jakiejkolwiek odpowiedzi z jego strony. Wydawał się być nieobecny.
- Matthew! Czy ty mnie w ogóle słuchasz?! – zawołała z irytacją wpatrując się w niego intensywnie.
- Co? – wymamrotał nie wiedząc, co się wokół niego dzieje. Spojrzał niepewnie na blondynkę, a widząc jej wściekłość od razu oprzytomniał. – Mówiłaś coś?
- Tak. Od jakichś pięciu minut zadaję ci jedno i to samo pytanie. – odparła gniewnie, oczywiście przesadzając z tym określeniem czasu.
- Przepraszam. Zamyśliłem się. O co pytałaś? – wyznał bez ani krzty skruchy.
- Pytała o to, co myślisz o pomyśle Stefanie, żeby pójść jutro wieczorem do klubu tanga argentyńskiego. – wtrąciła Anna posyłając w jego stronę kpiący uśmieszek. – Robimy właśnie głosowanie. – dodała, po czym jednym silnym ruchem zepchnęła jego rękę ze swojego uda.
- Czemu nie. Może być całkiem zabawnie. – stwierdził i niezauważenie ręką, którą trzymał pod stołem chwycił widelec, po czym włożył nim plasterek kiełbaski do ust.
Na te słowa jego przyjaciele zawyli rozczarowani, bowiem nie mieli ochoty na ten wypad, a teraz będą musieli iść, gdyż było przegłosowane.
Anna wymieniła z Susie porozumiewawcze spojrzenie i uśmiechnęły się leciutko kącikami ust nie mogąc ukryć zadowolenia.
- Kto ma ochotę na gorącą herbatkę? – spytała, Suzanne wstając.
Oczywiście wszyscy byli chętni. Szatynka postanowiła pomóc przyjaciółce w jej przygotowaniu. Wstała od stołu i podeszła do blondynki, która stanęła w najdalszym kącie kuchni. Pomieszczenie było na tyle duże, że nie musiały martwić się, że ktoś je usłyszy. Mówiły zresztą szeptem, a przy stole zachowywali się bardzo głośno.
- Nieźle. – pochwaliła Susie, kiedy tylko dziewczyna do niej podeszła. – Co właściwie zrobiłaś?
- Och, nic takiego. Zostałam tylko przewodnikiem pewnej zagubionej ręki na własnym udzie. – wyznała z lekkim uśmieszkiem wyciągając z szafki dziewięć filiżanek.
- Chyba dobrym wnioskując po reakcji turysty. – przyznała, po czym cichutko się roześmiały. – Oglądałaś kiedyś „Wielki podryw” z Jennifer Love Hewitt i Sigourney Weaver? – spytała zalewając wrzątkiem osiem filiżanek.
- Tak. Nawet kilka razy. – wyznała.
- A pamiętasz tą scenę, kiedy Page wylała na tego gościa wodę i zaczęła mu pomagać się wysuszyć?
- Pamiętam. – odparła nie wiedząc, czego się spodziewać.
- To ty teraz zrób tak samo, ale z herbatą. – oświadczyła blondynka podając Annie dwie filiżanki.
- Ale…to jest wrzątek. – zauważyła szybko.
- Och, nie martw się. Nie sprawimy mu żadnych poparzeń na genitaliach, co to, to nie. Dla Matthew będzie zalana ciepłą wodą z butelki. – wyjaśniła szybko widząc minę przyjaciółki. – A teraz zanieś to Denisowi i Marcowi. W ten sposób zostawimy sobie wiadomo, kogo na sam koniec. A…udawaj, że trzęsą ci się ręce i zrób większy dekolt.
Anna nic nie odpowiedziała. Bez słowa ruszyła do stołu i już po chwili ostrożnie postawiła herbatę przy dwójce przyjaciół Zimmera. Rola kelnerki bardzo szybko dobiegała końca. Susie zostawiła jeszcze herbatę dla Anny i Matthew. Po cieple filiżanek rozpoznała, która miała zostać przeznaczona dla niej. Wzięła ją do prawej ręki, a tą słabiej zaparzoną do lewej. Zbliżyła się do stołu z przyśpieszonym biciem serca. Bała się, że odgrywana przez nią rola nie wyjdzie, tak, jak tego oczekiwały. Obawiała się, że ten drobny wypadek nie będzie wyglądał na prawdziwy. Wcale nie musiała udawać, że drżą jej dłonie, bo cała dygotała.
Po chwili podeszła do miejsca, przy którym siedział i powoli zaczęła zbliżać filiżaneczkę do stołu.
- Czekaj! Pomogę ci z tym. – zakomunikował wyciągając w stronę dziewczyny rękę.
Wykorzystała ten moment i przechyliła nieco w bok naczynie, które zetknęła z jego ręką, tak, iż je potrącił. Filiżanka spadła z podstawka i wylądowała w okolicach krocza bruneta.
Zaklął głośno podnosząc się z krzesła, a Anna wyprzedzając Angelikę złapała papierowe ręczniki, które Susie podała.
- Tak mi przykro. Ależ ze mnie niezdara! – zawołała udając, że jest jej przykro, podczas, gdy tak naprawdę z trudem powstrzymywała śmiech.
- W porządku. To nie twoja wina. – odparł siląc się na spokój, ale miał ochotę ją zabić.
- Usiądź. Zajmę się tym. – poleciła, więc bez słowa usiadł z powrotem na krześle.
Nachyliła się nad jego twarzą i ostrożnie przyłożyła papierowy ręczniczek do mokrych spodni. Bardzo powolnymi ruchami próbowała go osuszyć. Naśladowała przy tym Page – postać, w którą wcieliła się Jennifer Love Hewitt. Czuła na swoich dłoniach wzrok reszty towarzyszy i widziała, jak Matthew wpatrywał się w jej biust. Tak, jak doradziła Susie rozpięła nieco guziki sukienki, ukazując dekolt w całej okazałości.
Cała ta sytuacja była bardzo krępująca, pomimo, że ją zaplanowała. Czuła, że zaczynają płonąć jej policzki, ale nie przerywała. Jeszcze chwilę go wycierała, po czym spojrzała prosto w ciemnozielone oczy chłopaka. Zmrużył je lekko, jakby rozkoszując się doznaniami, które sprawiły jej dłonie. Zauważyła, że rozchylił nieco usta, a kiedy poczuł, iż przestała, spojrzał głęboko w jej oczy. Cała jego twarz zdawała prosić ją, by nie przestawała. Po raz kolejny uśmiechnęła się triumfalnie, po czym wyprostowała.
- Za chwilę powinno wyschnąć. – poinformowała pozostałych ignorując ich natarczywy wzrok. – Możesz wziąć moją herbatę. Zrobię sobie nową. – dodała zwracając się tym razem do bruneta.
- Nie trzeba. Straciłem już na nią ochotę. – odparł wstając. – Pójdę się przebrać. I nie przepraszaj mnie w kółko. To po części również moja wina.
Powiedziawszy miał zamiar iść. Anna stała mu jednak na przejściu, więc delikatnie położył dłonie na jej tali, po czym posadził na krześle. Pochylił się jeszcze i ku wielkiemu niezadowoleniu Angeliki pocałował szatynkę w policzek. Za nim, jednak się wyprostował wyszeptał do jej ucha:
- Niezłe z ciebie ziółko, skarbie. – po czym dodał na głos. – Dziękuję za pomoc.
Spojrzał jeszcze na brata.
- Szczęściarz z ciebie. Na twoim miejscu pilnowałbym takiej dziewczyny, jak oka w głowie. – stwierdził.
Otworzyła usta z niedowierzaniem. Usłyszała cichy śmiech Seana i poczuła, że objął ją ramieniem.
- Prawda, że lepiej nie mogłem trafić? – zgodził się z Matthew i podobnie, jak przed chwilą poczuła na swoim policzku pocałunek. Tym razem w wykonaniu młodszego Zimmera.
Anna cały czas patrzyła na Matthew. Spojrzenie dziewczyny nie miało wyrazu. Miała ogromną ochotę wykrzyczeć mu prosto w twarz: Ty cholerny hipokryto!, ale nie było jej to dane, bo pospiesznie ich zostawił. Zwróciła, więc wzrok na swojego chłopaka i dostrzegła uśmiech na twarzy szatyna. Przyglądała mu się dłuższą chwilę w zupełnym milczeniu. Przez ten czas zadawała sobie tylko jedno pytanie: Czy on naprawdę nie widzi, co się dzieje między mną, a jego bratem?
A może po prostu nie chce widzieć.



019. Do tanga trzeba dwojga.




Zgodnie z planem następnego wieczoru szykowali się do wyjścia do klubu tanga argentyńskiego, który był bardzo popularny w Wernigerode. Klub o nazwie Santa Maria był własnością Argentyńczyka o imieniu Pedro, który jest dobrym znajomym ciotki Stefanie, dlatego bez problemu załatwiła im wejściówki i odpowiednie stroje na tą okazję.
Dziewczyny zebrały się w pokoju Anny i Susie, gdzie szykowały się do wyjścia. Anna założyła piękną suknie na ramiączkach, gdzie górna część była czerwona, a dół czarny z dużym wycięciem, które odsłaniało koronkę pończochy. Włosy spięła w solidnego koka, do którego przypięła spinkę ze srebrną różyczką i zaczesała grzywkę na bok. Mocno podkreśliła oczy czarną kredką i wytuszowała rzęsy pogrubiającą maskarą, a usta pomalowała czerwoną szminką. Spojrzała w swoje lustrzane odbicie i przygryzła lekko wargę. Czegoś jeszcze jej brakowało. Dotknęła swojej nagiej szyi, po czym się uśmiechnęła. Po chwili zawiesiła na nią srebrny naszyjnik z czerwonymi różyczkami i była gotowa. Spojrzała na swoje koleżanki i musiała przyznać, że wyglądały nieziemsko pięknie. Stefanie w czarnej sukni podkreślającej jej szczupłą talię, z blond włosami zaczesanymi w koka i mocnym makijażem bez wątpienia oczaruje swoją urodą nie tylko Seana. Susie w bordowej sukience z równie dużym rozcięciem na udzie wpięła w swoje krótkie włosy podobną spinkę, co Anna. Nawet Angelika w białej kreacji z czarnymi elementami przy biuście wyglądała zjawiskowo. Przez chwile im się przyglądała, po czym postanowiła zejść na dół i tam na nie poczekać.
Ostrożnie zeszła po schodach i skierowała się do saloniku. Nikogo w nim nie było. W całym domu panował spokój, było nawet słychać uderzanie ognia w kominku. Zapaliła malutką lampkę stojącą na komodzie i podeszła do okna. Na zewnątrz dostrzegła promienie zachodzącego słońca na tle ogromnych gór rozciągających się kilkadziesiąt kilometrów stąd. Ten widok zapierał dech w piersiach. Dziewczyna nie mogła od niego oderwać wzroku. Nie wiedziała ile czasu tak stała, ale w pewnym momencie z zadumy wyrwał ją dźwięk otwieranych drzwi i głos należący do Matthew. Powiedział coś do swojego brata i po chwili wyszedł z pokoju. Anna spojrzała na chłopaka i uśmiechnęła się kącikami ust. Wyglądał wspaniale w czarnych spodniach i kamizelce od garnituru. Poprawił kołnierzyk białej koszuli z długim rękawem i zajął się wiązaniem czarnego krawata. Jednak na jej widok przestał się tym zajmować i utkwił w niej badawcze spojrzenie.
- Wyglądasz… - zaczął przerywając ciszę i szukając odpowiednich słów. – Zjawiskowo.
Anna roześmiała się. Nie mogła uwierzyć, że te słowa padły z ust samego Matthew Zimmera. Nie sądziła, że kiedykolwiek usłyszy od niego komplement.
- Och. Dziękuję. – odparła, kiedy zdołała się uspokoić. – Ty również wyglądasz niczego sobie. Pomóc ci? – spytała zanim zdążyła ugryźć się w język.
- Niby, z czym?
- Widzę, że męczysz się z tym krawatem. – stwierdziła wskazując na rzecz w jego ręce.
- Skoro tak bardzo ci zależy, to nie mogę odmówić. – mówiąc to podszedł do niej i podał krawat. Anna zarzuciła go na szyję chłopaka i nie zwracając najmniejszej uwagi na jego pewny siebie uśmieszek zaczęła zawiązywać. Starała się zapanować nad drżeniem swoich rąk. Nie spieszyła się z tym, a kiedy skończyła podciągnęła supeł pod samą szyję i poprawiła mu kołnierzyk. Miała się już od niego odsunąć, ale poczuła jedną z jego dłoni na swojej. Przycisnął ją do swojej klatki piersiowej i trzymał w mocnym, a zarazem delikatnym uścisku. Spojrzała prosto w jego oczy i poczuła przyspieszone bicie swojego serca. Nagle przypomniała sobie o tym, że miała stać się zimną femme fatale. Nie wiedziała, co w nią wstąpiło, ale wolną ręką złapała go za krawat i przyciągnęła do siebie. Pocałowała go. Był zaskoczony, ale nie protestował. Na koniec w zmysłowy sposób przygryzła jego wargę. Chciał już odwzajemnić ten pocałunek, ale szybko go od siebie odepchnęła. Uśmiechnęła się widząc jego zaskoczoną minę. Odeszła od niego i stanęła naprzeciwko kominka, tyłem do bruneta, który przyglądał się jej plecom. Zaskoczenie, którego doznał szybko minęło i doszedł do siebie.
- Nie wiem, co to było, ale… – oznajmił poważnym tonem, dlatego ponownie na niego spojrzała. Dostrzegła w jego oczach ogniki rozbawienia.
- Ale?
- Rób to częściej. – wyznał, na co Anna się roześmiała.
- Tylko chwilowo byłam niepoczytalna. Na twoim miejscu nie liczyłabym na powtórkę. – stwierdziła uśmiechając się kpiąco.
- W porządku. Jeszcze zobaczymy, czy rzeczywiście nie będę mógł na nią liczyć. A tymczasem wystarczy mi taniec z tobą.
- A to ty potrafisz tańczyć tango? – spytała z wyczuwalną kpiną w głosie.
- Na pewno nie gorzej niż ty.
- Doprawdy?
- Więc? – zlekceważył jej zaczepkę i czekał na odpowiedź.
- Jeśli w odpowiedni sposób zaprosisz mnie do tańca, to wtedy się zgodzę. – odparła z uśmiechem, bowiem była przekonana, że Matthew nie będzie wiedział jak to zrobić. Jak zaprosić kobietę do tanga argentyńskiego. Istniała pewna tradycja nazywana cabeceo, którą ona poznała na kursie tańca.
- Nie zdradzisz mi, co masz na myśli? – zapytał nadal się uśmiechając. Najwyraźniej próbował ją podpuścić, żeby mu podpowiedziała.
- Och. Domyśl się. To znany argentyński zwyczaj. – oświadczyła obojętnie.
Matthew już chciał coś odpowiedzieć, kiedy reszta towarzyszy podróży zeszła do saloniku. Sean pocałował Anne zachwycając się przy okazji jej wyglądem, a Angelika uwiesiła się ramienia starszego z Zimmerów. Przyjaciele Matthew prezentowali się całkiem dobrze w garniturach, ale nie kipieli zbytnim entuzjazmem na wyjście do klubu. Najbardziej niezadowolony był Damien, ale musiał ustąpić i wbić się w eleganckie ubranie. Marc podał ramię Susie, a Stefanie z szerokim uśmiechem została partnerką Denisa. Po chwili dom Marie Vogel stał się oazą ciszy i spokoju, bowiem jego goście wyszli się zabawić w rytmie tanga.

*
Santa Maria Pedro Andriolli zrobiłaby wrażenie na niejednym obcokrajowcu. Anna miała wrażenie, że została przeniesiona w zupełnie inny zakątek kuli ziemskiej, gdzieś do Buenos Aires. Przed wejściem do klubu na drzwiach wisiał ogromny szyld z napisem w języku hiszpańskim, który po przetłumaczeniu głosił Do tanga trzeba dwojga. W środku uderzał surowy, industrialny styl. Zamiast muzyki klubowej czy techno rozbrzmiewało dźwięczne tango. Na podniszczonym parkiecie, jak na rondzie, wirowały pary. Ludzie, którzy tu przyszli nie byli ani młodzi, ani nadzwyczaj piękni, za to niesłychanie prawdziwi. Jednocześnie byli tak doskonali w swoim tańcu, tak ekskluzywni i nieuchwytni. I tak pięknie ze sobą w tym tańcu rozmawiali. Wszystkich łączyły precyzyjne kroki, głęboka koncentracja, kamienne twarze, muzyczne uniesienie. Kobiety tańczyły z zamkniętymi oczami, wspierając się lekko na swych partnerach, ufając im bezgranicznie. Ich taniec łączył w sobie prostotę z dużym wyrafinowaniem. Tak, ten klub z całą pewnością ma duszę, żyje! Jest trochę smutny, nasycony melancholią, a jednocześnie zmysłowy, elegancki i dumny. Tak jak tango. Tango unosi się w powietrzu, tangiem się tu oddycha.
Anna była oczarowana. Jak zahipnotyzowana przyglądała się to ludziom, to wnętrzu. Dostrzegła, że ci, którzy nie znajdowali się na parkiecie siedzieli przy eleganckich stolikach przy butelce wina wsłuchując się w tradycyjną argentyńską muzykę. Przy niewielkim barze znajdował się sam właściciel klubu, który z szerokim uśmiechem obsługiwał swoich klientów. Na ich widok pomachał do nich ręką i wskazał wolny stolik tuż przy parkiecie. Ruszyli w tamtym kierunku i po chwili zajęli miejsca. Pedro podszedł do nich. Wymienili z nim kilka ciepłych słów, a potem postawił im na koszt firmy butelkę wina sprowadzonego prosto z Argentyny. Podziękowali mu serdecznie i chwilę później rozkoszowali się smakiem trunku. Wino było idealne; nie za słodkie i nie za gorzkie. Nawet się nie obejrzeli, kiedy opróżnili całą butelkę.
- Anna nie obrazisz się, jeśli porwę twojego chłopaka do tańca? – spytała Stefanie z lekkim uśmiechem.
- Skądże. Oddaję go w twoje ręce. – oświadczyła wesoło, więc Sean skierował się razem z blondynką na parkiet, gdzie grano właśnie La Cumparsita. Spojrzała jak chłopak objął Stefanie i zaczął ją prowadzić w rytm muzyki. Cheerleaderka włożyła w to tango wiele starań, uwodziła chłopaka na parkiecie i Anna czuła, że jej się to udało. Uśmiechnęła się leciutko i spojrzała na Matthew. Siedział naprzeciwko niej i bawił się pustym kieliszkiem. Angelika wyglądała na wściekłą, że jeszcze nie zaprosił jej do tańca. Zwróciła mu nawet uwagę na ten fakt.
- Później. – odparł z obojętnością. – Już ktoś obiecał mi pierwszy taniec. – dodał utkwiwszy spojrzenie w szatynce.
Zgodnie z zasadą, cabeceo, która jest tradycyjnym sposobem zapraszania do tanga argentyńskiego za pomocą tylko kontaktu wzrokowego i ruchu głowy, Matthew dał dziewczynie do zrozumienia, że chce ją prosić do tańca. Anna nie potrafiła ukryć swojego zaskoczenia. Nie sądziła, że Matthew zna ten zwyczaj, a on po raz kolejny ją zaskoczył. Ona za to doskonale wiedziała, że cabeceo jest zapoczątkowane przez mężczyznę, który kierując wzrok na zazwyczaj siedzącą przy stoliku kobietę próbuje ją namówić do tańca. Według tego zwyczaju kobieta może odwrócić głowę, co oznacza, że nie chce tańczyć z tym mężczyzną. Jeżeli jednak podtrzyma kontakt wzrokowy to jest to oznaką jednoczesnej zgody i zaproszenia. Anna nieświadomie wybrała tą drugą możliwość. Była tak zszokowana, że nie była wstanie odwrócić od niego spojrzenia. Patrzyła prosto w jego oczy i nawet posłała zalotny uśmiech. Nie musiała długo czekać, kiedy nie spuszczając z niej wzroku wstał i obszedł stolik dookoła. Przystanął przy niej. Ostrożnie wstała i pozwoliła się eskortować na parkiet. Widziała jeszcze zaskoczoną Angelikę i uśmiech na twarzy Suzanne. Spojrzała na Matthew. Poprowadził ją na sam środek sali, gdzie stanęli na linii tańca, przeciwnie do wskazówek zegara i chłopak podał jej swoją lewą dłoń. To dotknięcie było ich pierwszym kontaktem fizycznym. Po chwili jednak prawą ręką objął Anne i przyciągnął bardzo blisko siebie. Zadrżała, pomimo, że była świadoma, że wybierze właśnie takie trzymanie, a ona jako kobieta wedle tradycji nie mogła się sprzeciwić. Nie spuszczali z siebie wzroku. Ich twarze były bardzo blisko siebie, tak, iż dziewczyna czuła jego ciepły oddech w okolicy swoich ust. Nie czekali długo, kiedy rozbrzmiała kolejna piosenka. Zagrali Santa Maria Gotan Project. Czyż to nie zbieg okoliczności, że puścili właśnie tą piosenkę? Piosenkę o tym samym tytule, co nazwa klubu.
Rozpoczęli. Zapomniała, że nie są sami i poddała się muzyce. Liczyła się tylko ta chwila, ten taniec, on i ona. Matthew doskonale prowadził. Wydawać by się mogło, że przez całe życie nic innego nie robił tylko tańczył. To było niewiarygodne. Dostrzegła, że zrobiło się pusto na parkiecie. Zostali tylko oni, a wszyscy goście śledzili każdy ich ruch. Stanęła na jednej nodze, a Matthew obrócił ją wokół jej osi. Niedługo potem zahaczyła swoją nogę wokół nogi partnera. Poczuła jego dłoń na swoim udzie, a zaraz potem pochylił ją ku podłodze, tak, iż niemal dotknęła głową parkietu. Nie trwało to długo, kiedy znowu ją do siebie przyciągnął. Jego usta znalazły się na wysokości jej nosa. Nadal trzymał dłoń na udzie dziewczyny, by po chwili wykonać taki ruch, iż wyprostował jej nogę w tył. Przykucając na jednym kolanie zbliżyła twarz do jego brzucha. Podciągnął Anne do góry i uśmiechnął się.
- Nieźle ci idzie. – wyszeptał z wyczuwalną kpiną w głosie.
- Co ty nie powiesz? – odparła obchodząc go dookoła, po czym wykonali ósemkę do przodu. – Za to tobie idzie kiepsko. Spodziewałam się czegoś więcej po tobie.
- Doprawdy? – spytał dotykając jej podbródka, kiedy wykonywali na parkiecie koło. – Tango to bardzo zmysłowy taniec. Może zabawimy się w inną jego odmianę? – spytał z niebezpiecznymi ognikami w oczach.
- Co masz na myśli?
- Rozbierane tango. – odparł, a Anna się roześmiała. – Mamy już pewną wprawę. Chyba pamiętasz, co się działo w kuchni dwa dni temu? A mam wrażenie, że ci się podobało, czyż nie?
I wszystko zepsuł. Poczuła taką wściekłość, że nie potrafiła zapanować nad sobą. Chciała go spoliczkować, ale złapał jej rękę i pociągnął do siebie. Zaczęli wykonywać koło, kiedy nadal trzymał jej rękę na odległość. Mierzyli się gniewnym wzrokiem, a Anna dostrzegła jego tryumfalny uśmieszek.
- Coś ostatnio jesteś bardzo drażliwa. – stwierdził i zmusił ją do zatrzymania się w pozycji z nogami otwartymi. Zaraz potem wykonali następną ósemkę. Tym razem w tył. Jedna z jej stóp znalazła się pomiędzy dwiema stopami Matthew. Zdawała sobie sprawę, że dla zwyczajnego widza ich tango było bardzo ogniste i pełne pasji. Nikt nie dostrzegał ich prawdziwego sporu.
- Spostrzegawczy jesteś. – odcięła się, a chłopak nie przejmując się jej reakcją podciągnął ją do góry, tak, iż zmuszona została do objęcia go w biodrach swoimi nogami. Pookręcał ją w tej pozycji kilka razy w koło, aż poczuła się pewniej. Postanowiła mu zaufać. W końcu bardzo mocno ją trzymał. Przymknęła oczy puszczając jego szyję i wygięła się do tyłu. W takiej pozycji znajdowała się przez krótką chwilę, po czym znowu objęła jego szyję. Oparła twarz o jego policzek nie otwierając oczu.
- Powiedz mi, co się stało, że stałaś się taka zimna? – wyszeptał jej do ucha.
- Nie domyślasz się?
- Gdybym wiedział, nie pytałbym. – zauważył i wykonali podwójne ósemki; raz w przód, raz w tył.
- Rozczarowałeś mnie, Matthew. Bardzo mnie rozczarowałeś. – wyznała z cichym westchnieniem.
- O czym ty mówisz? – spytał zaskoczony jej wyznaniem.
- Nie ważne.
- Dla mnie ważne. – odparł i spojrzeli sobie prosto w oczy. Byli w tak bliskiej odległości, że niemal stykali się nosami. Anna dokładnie mogła przyjrzeć się tęczówką jego oczu.
- Jesteś draniem.
- A powiesz mi coś, czego nie wiem?
Kocham cię - chciała powiedzieć, ale w ostatniej chwili się powstrzymała. Zamiast tego z jej ust wydobyło się całkiem inne wyznanie.
- Nienawidzę cię.
Matthew roześmiał się i przyciągnął ją jeszcze bliżej.
- W takim razie, co zrobisz, jeśli cię pocałuję? – zapytał z lekkim uśmiechem. – Na oczach tych wszystkich ludzi. Na oczach Seana.
- Nie zrobisz tego. – szepnęła cichutko bojąc się otworzyć szerzej usta, żeby tego nie wykorzystał. Znajdowali się tak blisko, że dosłownie milimetry dzieliły ich od pocałunku. – Nie odważysz się.
- Jesteś pewna? Sama stwierdziłaś, że jestem nieobliczalny. – stwierdził i jeszcze mocniej chwycił ją w pasie prawą ręką, jakby upewniając się, że nie będzie mogła uciec. Wykonali jeszcze kilka szybkich obrotów.
- Po prostu wiem, że się nie odważysz. – oświadczyła wyniośle.
Słowa dziewczyny zadziałały na niego drażniąco. Chciał udowodnić, że się myli. Ponownie przyciągnął ją do siebie i dostrzegł niedowierzanie w jej oczach, a także strach. Ku uldze Anny utwór się skończył i rozległy się po sali gromkie brawa i gwizdy zachwytu. Bardzo szybko wyrwała się z jego objęcia, ale i tak zdążył złapać ją za rękę, by nie uciekła.
- Pocałuj ją chłopcze! – zawołała jakaś starsza para stojąca w tłumie. – Nie bądź idiotą i ją pocałuj!
- Ani się waż! – mruknęła, kiedy ją do siebie przyciągnął.
- Nie mogę odmówić, kiedy tak proszą. – stwierdził z uśmiechem.
Nie zdążyła nic odpowiedzieć, kiedy się nad nią pochylił. Nie pocałował jej, pomimo, że się tego obawiała.
- Nie jestem idiotą, skarbie. – wyszeptał i cmoknął ją w policzek. – Niestety…to dziewczyna mojego brata. – wyznał, kiedy dało się słyszeć jęki zawodu. Goście klubu po raz kolejny zaczęli bić im brawa, więc się ukłonili. Anna nie czekała nawet na niego i szybko wróciła do stolika. Z jednej strony poczuła ulgę. Z drugiej…rozczarowanie.



020. Wieści z Osnabrucka.




Tej nocy Anna długo nie mogła zasnąć. Przewracała się z boku na bok próbując znaleźć odpowiednią pozycję do spania. Było jej niesłychanie gorąco, dlatego też otworzyła na oścież okno, ale i to nic nie dało. Przez pół nocy nie mogła zmrużyć oka. Miała dziwne przeczucia. Nie mogła wyzbyć się myśli, że wydarzy się coś złego. Zasnęła dopiero o trzeciej nad ranem, a około jedenastej ze snu wyrwała ją Susie. Dziewczyna spojrzała wciąż zaspana na przyjaciółkę i potężnie ziewnęła.
- Coś się stało? – spytała siadając na łóżku.
- Można tak powiedzieć. – stwierdziła blondynka z lekkim uśmiechem, a Anna utkwiła w niej pytające spojrzenie, dlatego zaczęła zdawać jej relację. – Nie uwierzysz, jak ci to powiem. Widziałam Matthew pakującego się.
- Jak to? – nie potrafiła ukryć zaskoczenia. To była chyba ostatnia rzecz, którą spodziewała się usłyszeć. W gruncie rzeczy, wcale się tego nie spodziewała.
- Wygląda na to, że wyjeżdża.
- Żartujesz?
- Nie. Chodź i sama się przekonaj. – odparła ciągnąc szatynkę w stronę drzwi.
- Czekaj. – wyrwała się z jej uścisku i podniosła z krzesła szlafrok. – Lepiej to na siebie narzucę.
Nie minęło dużo czasu, kiedy zeszły po schodach i udały się do saloniku. Zastały tam Stefanie wraz z Angeliką. Anna zauważyła, iż ta druga nie ma najszczęśliwszej miny. Wyglądała na zrozpaczoną. Kiedy na nią spojrzała, ta odwróciła od niej wzrok. Od wczorajszego wieczoru nie odezwała się do szatynki nawet słowem. Dziewczyna wiedziała, co było tego przyczyną. Angelika miała jej za złe taniec z Matthew. Blondynka dała to odczuć, kiedy ta wróciła do stolika. Posłała jej nienawistne spojrzenie i krzywy uśmiech. Wyglądało na to, że Anna stała się w oczach Angeliki jej największą rywalką. Tylko, że ona nie miała zamiaru przejmować się zmiennymi humorami nastolatki. Usiadła spokojnie w fotelu stojącym blisko kominka i przysłuchiwała się w milczeniu rozmowie koleżanek.
- Wiecie już coś? – zagadnęła Susie spoglądając na drzwi od pokoju braci Zimmerów, które w tej chwili były zamknięte.
- Powiedział, że musi wrócić do Osnabrucka. Podobno ma jakąś rozmowę kwalifikacyjną w jednej z firm. – odparła Angelika nie ukrywając rozdrażnienia. – Teraz wszystkie moje plany szlag trafi!
- Czy ty, aby nie przesadzasz? To jeszcze nie koniec świata. Spotkacie się przecież za trzy dni. – stwierdziła Suzanne próbując się nie roześmiać.
- Och! Łatwo ci mówić.
Anna nie słuchała argumentów blondynki, które i tak dziewczyna nie zdołała do końca wygłosić, bowiem w pewnym momencie poruszyła się klamka od drzwi pokoju Zimmerów i wyszedł z niego Matthew ze sportową torbą przewieszoną przez ramię. Obrzucił dziewczyny zaciekawionym spojrzeniem i przystanął. Za nim wyszedł Sean trzymając plecak. Anna przywitała się ze swoim chłopakiem, kiedy do niej podszedł i objął w pasie.
- Ależ z ciebie śpioch! – zawołał i delikatnie musnął jej szyję. – Już myślałem, że nigdy nie wstaniesz.
- Miałam ciężką noc. – przyznała zanim zdążyła ugryźć się w język. - Nie mogłam zasnąć. – przyznała, kiedy spojrzeli na nią z zainteresowaniem.
Angelika przewróciła tylko oczami i podeszła do Matthew. Przytuliła się do niego i zaczęła płakać. W pierwszej chwili nie wiedział, jak ma zareagować. Nie spodziewał się takiego wybuchu, więc po chwili poklepał ją delikatnie po plecach.
- Hej! Nie płacz. Nie wyjeżdżam w końcu na koniec świata. Zobaczymy się za kilka dni. – powiedział mało troskliwym tonem, ale blondynka wcale tego nie zauważyła.
- Naprawdę musisz jechać? – spytała z błagalną nutką w głosie. – Nie możesz tego przełożyć?
- Nie mogę. Wyjeżdżam za niespełna godzinę. – oznajmił utkwiwszy spojrzenie w Annie, ale dziewczyna odwróciła się do niego plecami udając, że nic jej to nie obchodzi. Prawda, jednak była inna. Przyłapała się na tym, iż ona również nie chce, żeby wyjeżdżał. Bez niego pobyt tutaj zaczął jej się wydawać bezsensowny, ale też nigdy by się do tych myśli głośno nie przyznała. Wolała udawać obojętność. Zachowywała się tak, jakby nic jej to nie obchodziło. Oświadczyła, że idzie dalej spać, bo jest gotowa zasnąć na stojąco.
- No nie! Nawet się ze mną nie pożegnasz? – zawołał brunet z udawanym oburzeniem, kiedy była tuż przy drzwiach.
Przystanęła i utkwiła w nim znudzone spojrzenie i ziewnęła.
- Nie wyjeżdżasz w końcu na koniec świata. Zobaczymy się za kilka dni. – rzuciła zmuszając się do uśmiechu. – Do zobaczenia, Matthew. Bezpiecznej podróży. – dodała jeszcze i pomachała w jego stronę, po czym szybko wyszła na korytarz.
Ruszyła schodami na piętro, a kiedy znalazła się na górze, przystanęła i oparła się plecami o balustradę. Spojrzała w dół i zobaczyła roześmianych przyjaciół Matthew, którzy przybili z nim piątki. Pożegnał się z nimi, po czym wyszedł wraz z Seanem z domku. Poczuła smutek. Oczy zaszkliły jej się łzami, ale nie płakała. Wzięła się w garść i szybkim krokiem poszła do swojego pokoju. Zdjęła z siebie szlafrok i położyła się na łóżku. Zakryła głowę poduszką i próbowała zasnąć. Nie potrafiła. Leżała przez jakiś czas w tej pozycji, ale zaczynało ją to męczyć, więc wstała. Postanowiła się jakoś ogarnąć. Powoli umyła się i przebrała. Założyła na siebie żółtą, koszulową bluzkę z krótkim rękawkiem i krótkie, jeansowe ogrodniczki, a włosy splotła we francuza. Przez cały czas starała się nie myśleć, o nagłym wyjeździe bruneta. Aby jej myśli nie krążyły wokół niego postanowiła znaleźć sobie jakieś zajęcie. Postanowiła zejść na dół i pójść ze Stefanie i Susie na spacer. Angeliki nie brała nawet pod uwagę. I tak wiedziała, że by nie chciała. Zapewne leży teraz w swoim pokoju i zapłakuje się na śmierć. Na cheerleaderkę natknęła się już w korytarzu. Wisiała na telefonie próbując załatwić tym razem przewodnika na wycieczkę w pobliskie góry. Anna ucieszyła się słysząc o tych planach. Przynajmniej mogła liczyć na wyczerpujące zajęcie, w końcu wspinaczka na sam szczyt góry może człowieka wykończyć. Stefanie poprosiła szatynkę, żeby zaparzyła jej kawę, dlatego też udała się do kuchni, gdzie wlała wody do elektrycznego czajnika i czekała aż ta się zagotuje. Przez ten czas spoglądała przez okno obserwując poczynania braci Zimmerów. Matthew kręcił się właśnie przy swoim samochodzie oglądając coś pod jego maską, a Sean wkładał torbę brata do bagażnika. Kiedy skończyli jeszcze przez chwilę rozmawiali, a Anna zalała kubek z kawą gorącą wodą. Miała zamiar zanieść go Stefanie, gdy rozdzwoniła się jej komórka. Szybko sięgnęła do kieszeni i wyciągnęła aparat. Na wyświetlaczu zobaczyła imię swojej siostry. Bardzo się ucieszyła na jej telefon. Długo nie czekając odebrała połączenie.
- Ewelina tak się cieszę, że dzwonisz! – powiedziała z nieukrywaną radością. – Co słychać? Tak bardzo się już za mną stęskniłaś?
Po drugiej stronie odpowiedziała jej zupełna cisza. Uśmiech, który wywołał na twarzy dziewczyny telefon od siostry momentalnie zniknął. – Ewelina! Jesteś tam?
- Jestem. – usłyszała cichy i niewyraźny głosik.
- Co się dzieje? – spytała słysząc szloch siostry. – Dlaczego płaczesz?
- Stało się coś strasznego. Chodzi o Roberta. – powiedziała łkając.
- Co z nim? Tylko mi nie mów, że ten padalec cię zdradził. – odparła zimno zważywszy, że nie przepadała za swoim szwagrem.
- W tym wypadku chyba bardziej wolałabym, żeby mnie zdradził niż… - przerwała swoją wypowiedź wybuchając po raz kolejny niepohamowanym płaczem. – Robert miał wypadek. Właśnie jadę do szpitala.
Anna zaniemówiła. Nie spodziewała się usłyszeć czegoś takiego. Poczuła się podle i nie wiedziała, jak ma pocieszyć siostrę, jak dodać jej otuchy. To prawda, że relacje, jakie panowały między nią, a szwagrem nie były dobre, ale też nigdy nie życzyła, żeby cokolwiek mu się stało.
- Ale…jak do tego doszło? – wydusiła z trudem opadając na krzesło. – Co z nim?
- Nie wiem. Nie chcieli mi nic powiedzieć przez telefon. Wiem tylko, że miał jakiś wypadek przy pracy i jest w ciężkim stanie.
Anna nie wiedziała dokładnie, czym zajmował się Robert. Orientowała się tylko, że pracuje w branży budowlanej. Jest podobno kierownikiem nadzorującym budowę. Do jego głównych zadań należało sprawdzanie stabilności konstrukcji i wydawanie odpowiednich oświadczeń, czy coś w tym stylu. Nigdy nie przypuszczała, że jego praca jest niebezpieczna, w końcu zawsze wychodził ubrany w elegancki garnitur z teczką w ręce.
- W którym jest szpitalu? – spytała, kiedy Ewelina przestała płakać.
- Tym przy WerterStrasse.
- Przyjadę. – powzięła decyzję.
- Ale…
- Nie martw się. Przyjadę najszybciej, jak to jest możliwe. Dzwoń, jak tylko się czegoś dowiesz. – przerwała wyglądając przez okno. Zobaczyła, że Matthew żegna się z Seanem. – Chyba nie myślałaś, że zostawię cię samą w takiej chwili?
- Och, Anna.
- Musisz być silna. Nic mu nie będzie. Jest silny, jak bawół, więc się wykaraska. – zapewniła próbując dodać siostrze otuchy, w tej trudnej dla niej chwili. – Teraz muszę kończyć, skoro chcę sobie załatwić transport. Pamiętaj, żeby do mnie zadzwonić, jak tylko coś będziesz wiedziała.
- Dobrze. Obiecuję. Mówiłam ci już, że jesteś moją najukochańszą siostrzyczką? – dodała, a Anna poczuła pieczenie w oczach. Wzruszyły ją słowa siostry.
- Wiem, bo jedyną. – zażartowała, co wywołało leciutki chichot rozmówczyni. – Ale…ja też cię kocham. I to bardzo.
Zamieniły ze sobą jeszcze kilka zdań, po czym Anna się rozłączyła. Zapomniała o kawie dla Stefanie. Nie miała teraz głowy dla tak błahych spraw. Pobiegła, ile sił w nogach do drzwi wejściowych. Otworzyła je z bardzo silną gwałtownością i wybiegła do ogrodu. Na podjeździe nadal znajdowało się czarne BMW Matthew, ale chłopak już wyjeżdżał. Ruszyła biegiem w jego stronę. Chyba ją zauważył, bo zatrzymał samochód i wysiadł, a Sean spojrzał na swoją dziewczynę zaskoczony.
- Matthew! – zawołała z trudem przystając. Dostała kolki. Na szczęście, tym razem mogła już sobie pozwolić na marsz. Brunet uniósł pytająco brew w górę, kiedy do niego podeszła.
- Mogę się z tobą zabrać? – spytała czując, że na twarzy jest czerwona jak burak. Ten fakt mógł jednak odebrać, jako zmęczenie po intensywnym biegu, niż wyraz zakłopotania. Prośba dziewczyny zaskoczyła obu braci, bo wymienili ze sobą porozumiewawcze spojrzenia. – Muszę jak najszybciej dostać się do Osnabrucka. Mój szwagier miał wypadek. – wyjaśniła szybko nie zdając sobie nawet sprawy z tego, że płacze, dopóki Sean jej nie objął. Wtedy rozkleiła się jeszcze bardziej.
- Nie płacz maleńka. Wszystko będzie dobrze. Zobaczysz. – pocieszał ją, a Matthew stał z boku przyglądając się tej scenie. Anna nie miała pojęcia, że jeszcze z minutę temu sam chciał ją objąć i pozwolić, by wypłakała się na jego ramieniu, ale brat go wyprzedził. W tej chwili nie pozostało mu nic innego, jak pozostanie biernym obserwatorem.
- Jeśli mamy jechać, to najwyższy czas. – oznajmił po dłuższej chwili, kiedy dostrzegł, że się uspokoiła. Nic nie dodając zajął miejsce za kierownicą, a Anna słysząc słowa chłopaka odsunęła się od Seana, ale z wdzięcznością cmoknęła go w policzek. Zapewniła jeszcze, że zadzwoni, gdy tylko dojadą i przekaże mu wieści dotyczące stanu zdrowia Roberta. Zanim wsiadła do samochodu poprosiła go jeszcze, żeby poprosił w jej imieniu Susie, by spakowała jej rzeczy, zważywszy, że nie ma do tego głowy, a tym bardziej czasu. Sean zapewnił, że wszystkim się zajmie. Uśmiechnęła się do swojego chłopaka z wdzięcznością, po czym zajęła miejsce obok Matthew, który od razu odpalił silnik. Spojrzał jeszcze na nią kątem oka i dostrzegł, że ociera łzy. Nic nie mówiąc otworzył schowek i wyjął z niego paczkę chusteczek higienicznych, po czym podał jedną Annie. Wzięła ją i głośno wysmarkała nos. Nie miała zamiaru przejmować się przy nim zasadami dobrego wychowania. Jeśli miałoby go, to do niej zrazić, tym lepiej.
Kilka minut później wyjechali na pustą ulicę i ruszyli w drogę.

*
Ponad godzinę spędzili w zupełnym milczeniu. Matthew jechał nadzwyczaj ostrożnie i w żaden sposób nie próbował jej zdenerwować. Obserwował, co jakiś czas kątem oka, czy nie płacze. Nie zauważył, żeby płakała od momentu, kiedy ruszyli. Z kolei Anna nie uraczyła swojego towarzysza ani jednym, nawet krótkim spojrzeniem. Skupiła się na oglądaniu mijanych widoków. Pozwoliła sobie nawet na otwarcie okna, bowiem było jej duszno, i rozpięcie jednego z górnych guzików koszuli.
- Nie jesteś głodna? – zagaił, kiedy w końcu oderwała wzrok od na wpół otwartej szyby.
- Nie. I tak nie zdołałabym niczego przełknąć. – odpowiedziała nieco schrypniętym głosem spoglądając na niego po raz pierwszy odkąd z nim jechała.
- Rozumiem. A nie chce ci się…
- Nie. Pić mi się też nie chce. – przerwała mu szybko i zauważyła, że się lekko uśmiechnął. Ten uśmiech był zwyczajny, bez żadnej ironii, czy kpiny.
- W porządku. Chociaż miałem na myśli coś innego. – wyznał wymijając jeden z jadących przed nimi samochodów.
- To znaczy, co? – spytała zbita z tropu.
- Toaletę. – oznajmił rzucając pospiesznie okiem na rozłożoną na kolanach mapę.
- Na razie nie potrzebuję, ale zapewniam, że jak będę odczuwała silną potrzebę czegokolwiek, – na ostatnie słowo rzuciła bardzo silny akcent. – to nie omieszkam ci o tym powiedzieć. – dokończyła poprawiając pozycję siedzenia. – No chyba, że ty chcesz bardzo skorzystać. – dodała z wyczuwalną ironią w głosie.
- Myślę, że spokojnie wytrzymam całą drogę.
- Och, co za ulga. – zadrwiła znowu wyglądając przez uchyloną szybę. Przymknęła oczy rozkoszując się muśnięciami orzeźwiającego wiatru.
- Też tak myślę. – odparł i wjechał na polną drogę, przy której stał znak z namalowaną liczbą sto. Anna zauważyła, że mijają same łąki i lasy, i nie widać było żadnego domostwa, a tym samym żadnego żywego człowieka. Tylko przyroda. Zerknęła podejrzliwie na Matthew. Mógł wykorzystać sposobność, że nawet nie wiedziała, gdzie są. Przez chwilę mu się przyglądała, ale nie dostrzegła niczego niepokojącego. Był skupiony na drodze i co jakiś czas zerkał na zegarek. Najwyraźniej spieszyło mu się w równym stopniu, co jej. Dziewczyna przypomniała sobie, co mówiła o powodzie nagłego wyjazdu chłopaka do Osnabrucka, Angelika.
- Szukasz pracy? – spytała bawiąc się pierścionkiem na palcu; to go zdejmowała, to znów wkładała na palec.
- Można tak powiedzieć. – stwierdził, a widząc zaskoczenie w oczach Anny, znowu się uśmiechnął. – Załatwiam sobie praktykę studencką. – wyjaśnił nim zapytała. – Mam umówione spotkanie na siedemnastą. Nie mogę się na nie spóźnić. Już raz je przełożyłem ze względu na ten wyjazd, by móc pojechać, chociaż na te kilka dni.
- Miałeś z nami nie jechać. Co sprawiło, że tak nagle zmieniłeś zdanie? – zadała to pytanie i bardzo była ciekawa odpowiedzi.
- Sean nie dawał mi żyć. Nawet mnie błagał, żebym z wami pojechał. – odparł, a widząc jej minę głośno się roześmiał. – Z kolei jemu żyć nie dawała Angelika, więc to wszystko wyjaśnia.
- Rzeczywiście, to dużo wyjaśnia. – powiedziała cicho kładąc głowę na oparciu. I tak wiedziała, że nie powiedział prawdy. A przynajmniej całej prawdy. Zdawała sobie sprawę, że całkiem inny cel mu przyświecał, ale nie dała niczego po sobie poznać. – Od zawsze chciałeś zostać architektem? – zadała kolejne pytanie, które tym razem sprawiło, że spojrzał na nią z uwagą.
- Widzę, że wiesz o mnie więcej niż sądziłem. – zauważył dobitnie, a Anna leciutko się zarumieniła.
- Sean mi o tym wspominał przy okazji, kiedy pokazywał mi twoje prace. – wyjaśniła szybko.
- Jakie prace? – spytał zaskoczony.
- Te ze strychu.
- Masz na myśli akty? – mówiąc to po raz kolejny się roześmiał, a ona poczuła, że cała twarz jej płonie. – I jak ci się podobały?
- Musze przyznać, że masz talent. – odparła nie wiedząc, gdzie posiać wzrok. Utkwiła spojrzenie w radiu samochodowym i milczała.
- I całkiem niezłe oko. – oznajmił z rozbawieniem, pomimo, że był zaskoczony tym wyznaniem. Bardzo mile połechtała jego próżność. – Ale dzięki za uznanie.
- Więc?
- Więc…co? – spytał zmieniając bieg i koncentrując się na jeździe.
- Co z tą architekturą?
- Jako dziecko chciałem być znanym malarzem. W prezencie dawałem każdemu, kto się napatoczył jakiś swój obrazek i byłem z tego cholernie dumny. – zaczął zwalniając prędkość, a Anna leciutko się uśmiechnęła wyobrażając sobie małego Matthew rozdającego naokoło swoje rysunki. – Z biegiem lat rozwijałem swoją technikę. Zaprzestałem malować domki, kwiatki i zwierzaczki, a zająłem się ludźmi. Uznałem, że to jest właśnie to, co chcę robić. Malować niezwykłe piękno człowieka, odzwierciedlić na papierze jego emocje i pragnienia. Zaczynałem od portretów swoich krewnych, rodziców, znajomych…Szło mi całkiem nieźle. Dużo ludzi mówiło mi, że mam talent i zapewniało, że z całą pewnością dużo osiągnę w życiu. To było miłe. Bardzo miłe. Z każdym dniem chciałem udowodnić sobie i innym, że nie mylą się w tej ocenie. Kiedy mój rysunek doszedł do perfekcji, uznałem, że malowanie kobiecych aktów, to byłoby dopiero coś. Odnalazłem się w tym. Sprawiało mi to dużą przyjemność, ale później doszedłem do wniosku, że z malarstwa się nie wyżyje, dlatego zdecydowałem się zostać architektem. To polega również na rysowaniu, a dobry projekt może przynieść duże zyski. – wyznał spoglądając w lusterko, gdzie dostrzegł jej twarz. Anna słuchała w skupieniu i przez chwilę miała wielką ochotę spytać go, o coś jeszcze. Nie wiedziała tylko, czy powinna i jak na to pytanie zareaguje.
- Naprawdę uważam, że masz talent. Szkoda byłoby go zmarnować. Te akty, które widziałam u was na strychu są przepiękne. – powiedziała wciąż czując rumieńce na twarzy. Zawahała się. Ale postanowiła ciągnąć tą rozmowę dalej. – Zauważyłam, że jedną dziewczynę lubiłeś szczególnie malować. – wydusiła na wdechu szybko chcąc mieć to za sobą.
Matthew spojrzał na nią dziwnym wzrokiem. Nieodgadnionym. Nie potrafiła rozpoznać, czy był zły. Jego oczy były bez wyrazu.
- Tak. – zgodził się po dłuższej chwili przerywając niezręczną ciszę. – Lubiłem. Nawet bardzo.
Otwierała już usta, żeby spytać go o Carinę, kiedy nagle wysiadł silnik. Matthew przeklął głośno i szybko wysiadł z samochodu. Anna długo nie czekając zrobiła to samo.

pozdrawiam:
~Enigma
komentarze [17]

017. Seksapil to nasza broń kobieca. Seksapil to coś, co was podnieca. Wdzięk, styl, czar, szyk, tym was zdobywamy w mig. >> środa, 30 lipica 2008 21:24:30


Kilka słów od Autorki: Przepraszam, że tak późno, ale miałam pewne kłopoty natury osobistej. Możliwe, że to przedostatnia notka przed moim wyjazdem. Mam nadzieje, że się spodoba. Bez zbędnego gadania zapraszam do lektury.

*
Anna obudziła się z okropnym bólem głowy. Z trudem podniosła się z posłania i rozejrzała po pokoju. Zobaczyła, że Suzanne jeszcze śpi. Próbowała wstać, ale zakręciło jej się w głowie, więc została na swoim obecnym miejscu. Wczoraj trochę przesadziły i nadmiar spożytego alkoholu dawał we znaki. Nie pamiętała jak znalazła się w swoim łóżku. Miała wielką, czarną dziurę w pamięci. Z westchnieniem oparła głowę na dłoniach i przymknęła oczy. Może i nie pamiętała, jakim cudem udało jej się znaleźć z powrotem w domku ciotki Stefanie, ale za to doskonale pamiętała, co pchnęło ją do zalania smutków w alkoholu. Postanowiła, że nie będzie już więcej płakać. Uznała, że Matthew Zimmer nie jest wart jej łez. Już za dużo ich przez niego wylała.
Podniosła leżące na szafce lusterko i przejrzała się w nim. Nie dość, że wyglądała okropnie z czarnymi smugami rozmazanego tuszu, to czuła się tak samo. Nie mogła na siebie patrzeć w takim stanie. Odłożyła lusterko na miejsce, po czym wstała ostrożnie z łóżka. Nieco chwiejnym krokiem podeszła do blondynki i próbowała ją dobudzić.
- Susie! Obudź się! – zawołała nad uchem dziewczyny, która leniwie przeciągnęła się i powoli otworzyła oczy.
- Która godzina? – spytała lekko podnosząc głowę znad poduszki.
- Dochodzi pierwsza.
- Zaszalałyśmy, co? Łeb mi pęka. – oznajmiła z krzywym uśmiechem. – Ale pora na nas. Nie za ciekawie wyglądasz. – wyznała spoglądając na szatynkę. – W tym stanie, to raczej nikogo nie powalisz na kolana.
- Cha, cha, cha. Bardzo śmieszne. Ty wcale nie wyglądasz lepiej. – udała oburzenie kierując się do łazienki, gdzie wzięła szybki, orzeźwiający prysznic. Od razu poczuła się lepiej odzyskując siły witalne. Umyła jeszcze zęby, po czym rozczesała swoje długie, lśniące włosy.
- Co powinnam na siebie włożyć? – zapytała przyjaciółkę po opuszczeniu łazienki.
- Najlepiej to. – wskazała z szerokim uśmiechem pokazując Annie dżinsową minispódniczkę i czarną koronkową bluzeczkę na ramiączkach zapinaną z przodu maleńkimi, srebrnymi guziczkami. Szatynka lekko się skrzywiła. Nie lubiła tak wyzywających strojów.
- Ale ta spódniczka ledwo zakryje mój tyłek. – stwierdziła niepewnym głosem.
- I o to właśnie chodzi, skarbie. To doskonały wabik. – wyjaśniła z rozbawieniem widząc jej minę.
- No dobra.
- I załóż te swoje wysokie, czarne szpilki. Będziesz wyglądała bardzo seksownie.
- Raczej wyuzdanie.
Susie po raz kolejny się roześmiała, a kiedy Anna stanęła przed nią prezentując się w ubraniach należących do blondynki, ta gwizdnęła przeciągle.
- Wyglądasz ponętnie. Gdybym była facetem to od razu zaczęłabym się ślinić na twój widok. Teraz jeszcze makijaż. Siadaj! – poleciła, więc Anna posłusznie zajęła miejsce obok niej. Susie rozsmarowała jej na twarzy podkład, nałożyła dużym pędzlem puder, potem dodała odrobinę różu podkreślając kości policzkowe. Najtrudniej było wykonać czarną kreskę na powiekach za pomocą, eyelinera, ale i to nie było dla blondynki wyzwaniem, któremu nie byłaby w stanie sprostać. Kiedy skończyła, oczy Anny przybrały kociego wyrazu.
- I jeszcze usta. – oświadczyła wyciągając z kosmetyczki krwiście czerwoną szminkę. Anna nigdy wcześniej nie malowała sobie ust tak mocnym kolorem. Było to dla niej nowe doświadczenie.
Gdy Susie ukończyła swoją pracę i makijaż był już gotowy, podała szatynce lusterko. Dziewczyna niepewnie spojrzała na swoje lustrzane odbicie. Musiała przyznać, że przyjaciółka spisała się na medal. Nie wyglądała jak tania dziwka, ale bardzo subtelnie.
- Weź ją. – dodała podając Annie szminkę, którą dziewczyna schowała do niewielkiej, przedniej kieszonki w spódniczce. – Gotowa? – spytała wracając już przebrana z łazienki. Anna kiwnęła głową potwierdzająco.
- No, to do roboty, mała. Pobawmy się.

*
Zastały czwórkę przyjaciół wraz z Seanem w kuchni. Kiedy tylko weszły Anna poczuła na sobie ich przeszywające spojrzenia. Sean otworzył usta nie potrafiąc wydobyć z siebie głosu, Damien gwizdnął przeciągle i wlepił w nią wilcze spojrzenie podobnie jak Denis i Marc, a Matthew…Cóż…On przyglądał się dziewczynie ze stoickim spokojem nie zdradzając zbytniego zainteresowania. Na jego widok coś nieprzyjemnego ścisnęło ją w gardle. Miała ochotę rzucić się na niego, ale nie w akcie miłości, tylko by wydrapać mu oczy. Z trudem powstrzymała swoją wściekłość, a musiała zachowywać się tak, jakby niczego nie wiedziała o jego zakładzie. Postanowiła zachowywać dystans i oschłość. Nie mogła sobie pozwolić, by uczucia przesłoniły cel, który wyznaczyły z Susie. Miała go w sobie rozkochać, a potem odrzucić. To była jedyna sprawiedliwa kara, którą widziała w tamtej chwili.
Szatynka uśmiechnęła się czule do Seana, po czym podeszła do niego, usiadła na jego kolanach i złożyła na ustach chłopaka długi, namiętny pocałunek. Zaskoczyła go tym powitaniem. Nigdy wcześniej nie całowała w ten sposób, z czego sama zdawała sobie sprawę.
- Mmm…- wymamrotał oszołomiony, kiedy oderwała od niego swoje usta. – Rozumiem, że chciałaś mnie w ten sposób przeprosić.
- Tak?
- No, wiesz. Obie z Susie mimo wszystko trochę ważycie. – zażartował, a Anna leciutko się uśmiechnęła. A więc, to Sean odprowadził je wczoraj pijane do pokoju. – pomyślała i poczuła się okropnie na myśl, że chciała wykorzystać i jego, do odegrania się na brunecie.
- Przepraszam. Trochę wczoraj przesadziłyśmy. – wyznała zerkając na Matthew, który zapalił papierosa. Wydawał się nie zwracać na nią najmniejszej uwagi.
- Trochę?
- No, dobrze. Bardzo. – przyznała w końcu z pokorą. – Ale dziękuję za eskortę. Umieram z głodu. – oznajmiła wstając z kolan chłopaka i podchodząc do lodówki, z której wyjęła miskę z bitą śmietaną i truskawki. Uwielbiała te owoce i mogłaby je jeść bez końca.
Przez drogę, jaką musiała pokonać od stołu do lodówki czuła na sobie, a raczej na swoich nogach wzrok płci przeciwnej. Rozbawiło ją to. Nieco pewniej usiadła na blacie kuchennym, na którym wczoraj o mało nie uległa pożądaniu. Zarumieniła się leciutko na to wspomnienie, ale zaraz przypomniała sobie, że to nie uczucie ich do siebie zbliżyło, tylko ten cholerny zakład i pragnienie wygranej Matthew.
Założyła nogę na nogę i przypominając sobie jeden z filmów, jaki kiedyś oglądała, zaczęła naśladować aktorkę, która wcieliła się w postać kobiety modliszki. Prawą stopą zaczęła kręcić powolne kółka, ponadto wzięła do ręki dużą truskawkę i nabrała nią odrobinę bitej śmietany. Powoli zbliżyła owoc do swoich ust i zlizała z niego białą piankę. Widziała jak Damien się spocił, a jego wilczy apetyt jeszcze się zwiększył. Ale nie on ją obchodził. Nie czekając dłużej w bardzo zmysłowy sposób ugryzła niemal tak czerwoną, jak jej usta truskawkę. Nie spuszczała przy tym Matthew z oka. Zobaczyła jak zgasił papierosa i napił się wody. Czyżby aż tak zaschło mu w ustach?
Cały czas starała się odwrócić uwagę młodych mężczyzn od Susie, która miała do wykonania swoje własne zadanie. Blondynka, kiedy tylko miała pewność, że są zaaferowani Anną, wsypała do szklanki Seana biały proszek. Kiwnęła do szatynki na znak zakończenia swojej misji z pomyślnym wynikiem. Nic nie zauważyli. Teraz należało tylko upewnić się, że chłopak wypije swój napój. Nie musiały czekać długo. Już po chwili wypił go do dna. Wszystko zależało w tej chwili od skuteczności środków nasennych.
- Sean. – zwróciła się do niego Susie z uśmiechem. – Mogłabym cię prosić o przysługę?
Chłopak od razu zgodził się jej pomóc, ale blondynka specjalnie nie chciała powiedzieć przy wszystkich, o co chodzi. Oznajmiła tylko, że to dla niej trochę krępująca sprawa, po czym wyszła razem z Seanem do ogrodu. Długo nie trwało, kiedy Marc oświadczył, że mają z Denisem i Damianem coś do załatwienia. Damien nie miał ochoty nigdzie odchodzić, ale mulat posłał mu tak znaczące spojrzenie, że ten zirytowany podniósł się z krzesła i wyszedł bez słowa. Marc z Denisem zrobili to samo. W ten sposób została z Matthew zupełnie sama. Nadal siedziała w tym samym miejscu, w tej samej pozie, wciąż zlizując bitą śmietanę. Brunet z kolei nadal przyglądał się jej w milczeniu. Powoli zaczynało ją to irytować. Ta jego bierność. Wcześniej nie potrzebował żadnej zachęty, żeby się do niej zbliżyć. W co on znowu gra? – myślała również go obserwując. - A może przejrzał moje zamiary, tak jak ja jego?
- Nigdy wcześniej nie widziałem cię takiej. – odezwał się po chwili wstając i podchodząc do niej.
Oparł się plecami o szafkę i spojrzał prosto na jej usta. Oblizał swoją górną wargę, a ona poczuła, że się rumieni. Po chwili wyciągnął rękę w jej kierunku. Anna zesztywniała. Myślała, że poczuje ją na swojej nodze, ale on wyciągnął tylko z miski owoc.
- To znaczy, jakiej? – spytała unosząc lekko brew do góry w geście pytającym, starając się jednocześnie, by ton jej głosu brzmiał naturalnie.
- Pijanej. – oznajmił, a Anna roześmiała się. Próbowała w ten sposób rozładować napięcie, które czuła, od kiedy tylko do niej podszedł. W tak bliskiej obecności chłopaka nie czuła się bezpiecznie. Po chwili poczuła, że do oczu napływają jej łzy. Zacisnęła mocniej usta. Nie mogła sobie pozwolić na słabość. Nie przy nim. Nie teraz. Matthew wyczuł jednak, że coś jest z nią nie tak.
- Co ci jest? – spytał dotykając łagodnie jej dłoni, którą odruchowo cofnęła. Nie chciała, żeby jej dotykał. Nie po tym, co wie. Jego skóra parzyła ją.
- Nic. Nie lubię, kiedy ze mnie kpisz. – odparła sucho.
Spojrzał na nią uważniej. Coś się zmieniło w jej nastawieniu do niego. Dostrzegł w jej oczach gorycz. Jeszcze wczoraj mógłby przysiąc, że pożegnali się w przyjacielskich stosunkach, a teraz traktowała go z rezerwą i wyczuwalną wrogością. Nie podobało mu się to. Coś musiało się wydarzyć.
- Wybacz. Nie chciałem cię urazić. – wyznał powstrzymując się przed ponownym jej dotknięciem. Czuł, że sobie tego nie życzy. Poza tym przypomniał sobie o swoim wczorajszym postanowieniu. Nie mógł teraz się z niego wycofać. Chociaż miał na to ogromną ochotę. Jego pożądanie ani odrobinę się nie zmniejszyło. Możliwe nawet, że zaczęło wzrastać. Jej chłód i sposób, w jaki go odtrącała, nakręcał go jeszcze bardziej. Lubił być zdobywcą, myśliwym, a niewiele dziewcząt pozwalało mu wcielić się w tę rolę. Zazwyczaj nie musiał nawet kiwnąć palcem, a upatrzona piękność już leżała u jego stóp. Anna była inna. Do tej pory włożył wiele starań w jej zdobycie. Co najśmieszniejsze dziwił go jego własny upór. Tylko, że teraz Anna przestała być jego łowną zwierzyną. Poświecił ją dla dobra i jej, i brata. Sam musiał zwalczyć w zarodku swój wilczy apetyt na nią.
- Jakoś w to nie wierzę. – odparła bez ani krzty uśmiechu. To do niej nie pasowało; wizerunek zimnej i aroganckiej kobiety o chłodnym usposobieniu.
- Nic na to nie poradzę. – stwierdził z obojętnością i postanowił wrócić do stołu, gdzie leżała jego paczka papierosów. Wyjął jednego i zapalił. Zaciągnął się dymem, który po chwili wypuścił z ust. Anna długo nie czekając zeszła z blatu, poprawiła nieco spódniczkę i szybkim krokiem podeszła do niego. Wyrwała mu papierosa z ręki i nie zwracając uwagi na jego rozdrażnienie, zgasiła go w popielniczce. Podniosła na niego wzrok, po czym zmusiła się do słodkiego uśmiechu. Zbliżyła swoje usta do jego ucha i wyszeptała:
- Prosiłam cię, żebyś przy mnie nie palił. – przypomniała, po czym wyniośle obracając się na pięcie i ruszyła pewnym krokiem w stronę wyjścia. Matthew patrzył na nią jak zahipnotyzowany. Z transu wyrwało go nagłe pojawienie się Seana. Zobaczył jak dziewczyna przytula się do jego brata i całuje go w usta. Bardzo długo zmuszony był przyglądać się temu widokowi, przez co wpadł w jeszcze większą irytację.
- Hej turkaweczki! Przypominam, że nie jesteście tutaj sami! – powiedział na głos nie ukrywając nawet złości. Nie musiał długo czekać, kiedy Sean wypuścił z objęć swoją dziewczynę.
- Wybacz, ale przy niej zapominam o całym bożym świecie. – wyznał z uśmiechem.
- Ale twój brat ma rację. – zaczęła Anna z szerokim uśmiechem. Była z siebie zadowolona i miała ochotę wykrzyknąć ‘bingo’. Matthew połknął przynętę szybciej niż myślała, a ona nie miała zamiaru poprzestawać na tym. – Chodźmy do pokoju. – zwróciła się do Seana na tyle głośno, by i jego brat to usłyszał. Nie czekała na jego reakcję tylko pociągnęła chłopaka za sobą. Za nim jednak wyszła posłała w stronę Matthew ‘oczko’.
Już na korytarzu zaczęła składać na ustach swojego chłopaka słodkie pocałunki. Nie opierał się jej w żaden sposób, w końcu, jaki facet przy zdrowych zmysłach, by to robił? Nie minęło dużo czasu, kiedy znaleźli się przed pokojem, który Sean dzielił z bratem. Wepchnęła oszołomionego szatyna do środka i zamknęła za nimi drzwi. Kiedy to zrobiła zaczęła odpinać guziczki własnej bluzki. Sean przyglądał się dziewczynie z narastającym podnieceniem, jednocześnie nie mogąc uwierzyć, że to się dzieje naprawdę.
- Chcę się z tobą kochać. Tu i teraz. – oświadczyła zrzucając z siebie górną część garderoby pozostając w czarnym, koronkowym biustonoszu.
Zbliżyła się do chłopaka i zaczęła go całować. Nieco ośmielony przycisnął ją całym ciałem do ściany. Jego ręce wędrowały po jej udach i zaczęły szukać zamka w spódniczce. Anna nie spiesząc się rozpinała guziki jego koszuli. Wziął ją w ramiona, poprowadził do łóżka i delikatnie, ale stanowczo pchnął na miękką kołdrę. Na stoliku obok przewrócił się kubek i rozbił o posadzkę na drobne kawałeczki. Odwróciła wzrok od rozbitego naczynia i spojrzała na Seana. Jednym zdecydowanym ruchem zdjął z niej spódniczkę. Została już w samej bieliźnie. Nie opierała się, kiedy całował i pieścił jej nagi brzuch, ale zdała sobie sprawę, że leży jak kłoda. Miała nadzieję, że tego nie zauważy. Pomyślała o Matthew. Wyobraziła sobie, że to właśnie on dotyka jej skórę. Zamknęła oczy. Poczuła falę gorąca rozchodzącą się po całym ciele. Zaczęła odwzajemniać pieszczoty. Miała ochotę krzyczeć z rozkoszy. Już otwierała usta, żeby wykrzyczeć jego imię. W porę oprzytomniała. To nie Matthew rozpiął jej biustonosz, to nie on dotykał jej piersi. Anna wzdrygnęła się, ale Sean niczego nie zauważył. Chciała go od siebie odepchnąć, wykrzyczeć, żeby przestał. Nie zrobiła jednak tego. Przypomniała sobie, co zamierzała zrobić i modliła się, żeby środek nasenny w końcu zadziałał. Nie przyjmowała do świadomości, że coś mogłoby nie pójść tak, jak to z Susie ustaliły. Nie minęło dużo czasu, kiedy poczuła, że chłopak przestaje całować jej skórę z taką intensywnością, co przedtem.
- Sean? – spytała cicho. – Co ci jest?
- Nic. Przepraszam. Trochę zakręciło mi się w głowie. – wyjaśnił, ale po chwili wrócił do przerwanej czynności. Anna leciutko się uśmiechnęła. Środek nasenny zaczynał działać. Postanowiła jak najdłużej przeciągać moment nastąpienia stosunku. Nie mogła do tego dopuścić. Tym razem to ona usiadła na jego brzuchu i delikatnie pieściła jego nagą klatkę piersiową. Spojrzała na niego i musiała przyznać, że Sean w niczym nie ustępował swojemu bratu. On również był dobrze zbudowany, a jego mięśnie z całą pewnością wprawiłyby w zachwyt nie jedną dziewczynę. Żałowała, że nie zdołała się w nim zakochać. Był wart miłości, ale ona pokochała jego brata, który z całą pewnością nie zasługiwał na uczucie, którym go obdarzyła. Poczuła złość. Na siebie, że była tak naiwna i dała się tak łatwo omamić.
- Sean? – wyszeptała mu do ucha, ale nie uzyskała odpowiedzi.
Wyglądało na to, że zasnął. Anna wyprostowała się i poczuła ulgę pomieszaną z goryczą. Poczuła się okropnie zdając sobie sprawę z tego, co wyprawia. Nie czuła się z tego dumna. Nie miała już jednak wyjścia. Skoro zaczęła, to powinna to dociągnąć do końca.
Wstała, podniosła z podłogi koszulę swojego chłopaka i założyła ją na swoje nagie ciało. Spojrzała na nieprzytomnego szatyna i po chwili rozebrała go całkiem do naga. Przykryła jego ciało kołdrą, po czym sama położyła się obok. Miała zamiar poczekać do momentu aż się obudzi. Położyła głowę na jego ramieniu i przez cały ten czas rozmyślała. Przypomniała sobie gniewny wzrok Matthew na widok jej z Seanem. Uśmiechnęła się. Gdyby nie myśl, że wściekł się, bo miał już tak mało czasu na zbliżenie się do niej, to mogłaby nawet pomyśleć, że był zazdrosny. Ale on nie traktował jej w ten sposób. Była dla niego tylko kolejną żywą zabawką do kolekcji. Poczuła pieczenie w oczach na tę myśl, ale powstrzymała się przed płaczem.
W dwie godziny później Sean się przebudził. Zobaczył obok siebie dziewczynę. Przyglądała mu się w skupieniu. Uśmiechnęła się do niego słodko i pocałowała delikatnie w usta.
- Jak się spało, kochanie? – spytała z czułością.
Spojrzał na nią próbując przypomnieć sobie, co się stało. Pamiętał, że się kochali, ale w pewnym momencie w jego pamięci nastała pustka.
- Czy my…? – wydusił z trudem i wstydem. W końcu, jak mógł czegoś takiego nie pamiętać? Niczego przecież nie pił. Anna gwałtownie wstała i odwróciła się do niego plecami.
- Byłam aż tak okropna? – zapytała z udawanym drżeniem w głosie. Sama nie mogła uwierzyć, że przychodziło jej to z taką łatwością.
Na te słowa objął ją mocno i przytulił. Uwierzył, że doszło między nimi do stosunku. Zastanawiał się tylko, dlaczego nic nie pamiętał i dlaczego tak bardzo bolała go głowa. Z nadmiaru wrażeń?
- Skąd. Byłaś cudowna. – zapewnił i pocałował. Jej zapach podziałał na niego kojąco. – Może to powtórzymy? – zaproponował, a Anna zamarła. Poczuła zimny pot na swoim czole. Starała się jednak myśleć logicznie.
- Nie teraz. Jestem już trochę zmęczona. – starała się by ton jej głosu nie zdradził przestrachu. – Poza tym…myślę, że twój brat w końcu będzie chciał skorzystać ze swojego pokoju. Lepiej już pójdę. – dodała pospiesznie wstając za nim Sean zdążył zareagować. Pozbierała z podłogi swoje ubrania, pocałowała chłopaka w usta, po czym otworzyła drzwi i wyszła.
Nie zdziwiła się widząc pozostałych w saloniku. Zgodnie z ich planem, Susie postarała się by tam byli. Jeśli Anna nie wyglądała na zaskoczoną, to o nich nie można było powiedzieć tego samego. Angelika spojrzała na nią z porozumiewawczym uśmiechem, ale nic Anne to nie obchodziło. Wyszukała wzrokiem Matthew. Ich spojrzenia spotkały się na krótką chwilę. O ile wcześniej nie uwierzył jej, że spała z jego bratem, o tyle teraz, jej strój nie mógł wzbudzać żadnych wątpliwości. Mogła dostrzec w jego oczach niedowierzanie, a pulsująca skroń zdradzała jego wściekłość.
- Nie wierzę, że to zrobiłaś! – zawołała Angelika nie wytrzymując. – Mówiłam ci, żebyś TO kupiła.
Tylko Anna z dziewczynami wiedziały, co miała na myśli, a mianowicie wyzywającą bieliznę.
- A ja ci mówiłam, że TEGO nie potrzebuję. – odparła ze spokojem, po czym chcąc nie chcąc się roześmiała.
- I jak było? – spytała Susie z lekkim uśmieszkiem obserwując bruneta.
- Cudownie. – wyznała szeroko się przy tym uśmiechając.
Po tym oświadczeniu zobaczyła jak Matthew wstał i wyszedł. Jego reakcja ją zaskoczyła, ale pozostali najwyraźniej nie zauważyli tego nieoczekiwanego zniknięcia. Stefanie po chwili podążyła w ślady bruneta. Ona również nie wyglądała na uszczęśliwioną.

pozdrawiam:
~Enigma
komentarze [23]

016. Uwaga! Robi się goraco. Piekielnie gorąco. >> sobota, 12 lipica 2008 22:22:33


Kilka słów od Autorki: Chyba zacznę pobijać rekordy w dodawaniu notek ;) Normalnie zadziwiam samą siebie. Mam nadzieję, że ta dobra passa mi tak szybko nie minie. Cóż mogę powiedzieć o tym rozdziale...chyba tylko tyle, że dużo się w nim dzieje. Oj dużo! Już zaciekawieni? Zanim jednak przejdziecie do czytania chciałam poinformować, że założyłam nowego bloga z opowiadaniem. Tak, dobrze słyszycie. Kolejnego. Jeśli macie ochotę, to zapraszam na Z archiwum eks .

Rozdział tym razem z dedykacją dla:
Mail Girl - za to, że jest ze mną od samego początku i śledzi z dużym zainteresowaniem moje historie. Poza tym cenie sobie jej opinię. Ula szkoda, że już nie mogę poczytać twoich opowiadań. Były cudowne i dziękuję ci za nie.

Victoria & Vanessa - za zainteresownie, jakim obdarzyłyście moje opowiadania, długie, szczegółowe komentarze i za to, że mobilizujecie mnie do dalszego pisania ;)

Dziękuję, że ze mną jesteście ;*

*
Następnego dnia, po południu siedzieli rozłożeni na leżakach nad pobliskim jeziorem. Słońce mocno grzało, dlatego grzechem byłoby nie skorzystać z tak pięknej pogody. Dodatkowo woda w jeziorze była cieplutka i niezwykle przejrzysta, o czym mieli okazję przekonać się zaraz po przyjściu, w końcu nie sposób było usiedzieć cały czas w tym skwarze. A czy jest coś lepszego na orzeźwienie niż woda?
Dziewczyny od jakiegoś czasu delektowały się koktajlem owocowym, który przyniosła im Stefanie, a Anna czytała tomik poezji, który dał jej Matthew. Szczególnie jeden fragment wiersza Kazimierza Przerwy –Tetmajera przypadł dziewczynie do gustu i w pełni odzwierciedlał jej uczucia względem chłopaka. Zaznaczyła tą stronę i odłożyła książeczkę na bok.
- Co czytałaś? – spytała Susie z zainteresowaniem przyjmując inną pozycję siedzenia.
- Wiersze. – odpowiedziała zakładając okulary przeciwsłoneczne.
- W takim razie muszą być wyjątkowo piękne skoro zajmujesz się poezją, zwłaszcza w wakacje.
- Na pewno dające dużo do myślenia. – stwierdziła z lekkim uśmiechem, który blondynka odwzajemniła. Po chwili spojrzała w stronę, gdzie leżał starszy z braci Zimmerów. Dobrze wiedziała, że obserwował ją od dłuższego czasu. I nawet się z tym nie krył. Przygryzła lekko wargę i również zaczęła mu się przyglądać. Na szczęście miała na nosie okulary i nie rzucało się to tak w oczy. Widziała jak podchodzi do niego Angelika ubrana w bardzo skąpe, różowe bikini i nie minęło dużo czasu, kiedy już siedziała na jego kolanach. Podała mu olejek do opalania ze słodkim uśmiechem, po czym Anna mogła zobaczyć jak rozsmarowuje krem na jej plecach, potem brzuchu, udach…Jednak cały czas wpatrywał się w szatynkę. Dziewczyna uśmiechnęła się z irytacją. Kiedy chłopak skończył swój masaż, blondynka bardzo namiętnie go pocałowała, a on nie był jej dłużny. Anna odwróciła w tym momencie wzrok w innym kierunku. Nie była w stanie na to spokojnie patrzeć. I nie mogła pojąć, co się z nią dzieje. Wciąż pamiętała o tym, co sobie postanowiła, ale to było trudniejsze niż sądziła. Z każdą chwilą utwierdzała się w przekonaniu, że Matthew wcale nie jest jej obojętny. I to ją przerażało.
- Wszystko gra? – zapytała Suzanne wytrącając ją z zamyślenia.
- Tak. Wszystko w jak najlepszym porządku.
- Jesteś pewna? Wyglądasz na zdenerwowaną.
- Wydaje ci się. Duszno tutaj. Chcesz coś do picia, bo idę do domku? – zaproponowała wstając z leżaka. Susie pokręciła przecząco głową i podała jej książkę.
- Lepiej ją zabierz, bo się zniszczy. – wyjaśniła, więc dziewczyna zabrała ją ze sobą.
Gdy doszła na miejsce i znalazła się w kuchni położyła książeczkę na stole, a sama otworzyła butelkę z wodą i napiła się z niej łapczywie. Od razu poczuła się lepiej, bowiem pozbyła się suchości w gardle, jaką czuła od jakiegoś czasu. Podeszła do zlewu i odkręciła kurek z zimną wodą. Ochlapała nią twarz, żeby się dodatkowo ochłodzić. Miała już zamiar wracać, kiedy tuż przy wyjściu natknęła się na Damiena. Spojrzał na nią dziwnym wzrokiem, od którego lodowaty dreszcz przebiegł jej po plecach. Zastawił jej przejście.
- Czego chcesz? – spytała ze złością, kiedy nie chciał jej przepuścić.
- Co ty taka agresywna, kotku? – spytał ze złośliwym uśmieszkiem.
- Lepiej uważaj, bo mogę cię pogryźć. – odgryzła się i strąciła jego rękę, którą dotknął jej policzek.
- Naprawdę? – uniósł brew do góry – Nie krępuj się, skarbie. Mogę się zgodzić na ukąszenia tak seksownej żmijki.
Po tych słowach przyciągnął dziewczynę do siebie i przywarł swoimi ustami do jej. Anna odepchnęła go z całej siły, po czym uderzyła go w twarz. Chłopak dotknął swój zaczerwieniony od uderzenia policzek i uśmiechnął się z podziwem.
- Jeśli jeszcze raz mnie dotkniesz, to nie ręczę za siebie! – zawołała z obrzydzeniem odmalowanym na twarzy.
- Bądź taka w stosunku do Matthew, to obiecuję, że poślę ci bukiet kwiatów. – oznajmił ze śmiechem. – Jeszcze przez najbliższy tydzień. Potem możesz robić z nim, co ci się żywnie spodoba.
Anna nic nie odpowiedziała. Spojrzała na chłopaka z nieukrywanym zdumieniem. Zastanawiała się, o co mu może chodzić.
- Co masz na myśli?! – wybuchnęła i utkwiła w nim mordercze spojrzenie.
- Och, nic maleńka. Po prostu ładnie cię proszę, żebyś jeszcze przez tydzień została dla mojego kumpla zamkniętą księgą. – wytłumaczył i chciał coś jeszcze dodać, ale w ostatniej chwili się powstrzymał, po czym wzruszył ramionami i odszedł. Anna odetchnęła z ulgą, ale zaczęła zastanawiać się nad słowami blondyna. W jednej chwili straciła ochotę na powrót nad jezioro. Podeszła do jednego z kredensów, oparła się łokciami o jego blat i przymknęła oczy. Próbowała się uspokoić. Wzięła kilka głębokich wdechów. Pomogło jej to. Uspokoiła się, ale nie mogła wyzbyć się wrażenia, że w słowach Damiena tkwiła jakaś aluzja. Analizowała jego słowa.
- Przez tydzień,…Dlaczego tak mu zależy, żebym trzymała się od Matthew z daleka przez ten czas? – myślała na głos. – O co w tym chodzi? Dlaczego mam przeczucie, że… - nie dokończyła. Słowa ugrzęzły jej w gardle.
Co chciałaś powiedzieć, Anna? Że nie wróży to niczego dobrego? Cóż…my wiemy to lepiej niż ktokolwiek inny, czyż nie?

*
Stała tak jeszcze jakiś czas, wciąż zastanawiając się, nad prośbą Damiena. W pewnym momencie zmuszona była wrócić do rzeczywistości, bowiem poczuła, że ktoś ją pocałował w ramię. Momentalnie otworzyła oczy i chwyciła nóż leżący na blacie. Odwróciła się gwałtownie z tym niebezpiecznym przyrządem kuchennym wyciągniętym przed siebie. Tym razem oczom dziewczyny ukazał się Matthew. Był niemało zaskoczony widząc nóż w jej dłoni, a szatynka na jego widok nieco się uspokoiła. Myślała, że to znowu jego natrętny przyjaciel. Ręka zaczęła jej drżeć, ale jej nie cofnęła. Kiedy zaskoczenie chłopaka minęło zbliżył się do niej na tyle, że ostrze delikatnie dotknęło jego nagiej klatki piersiowej. Anna przygryzła leciutko wargę i jak zahipnotyzowana obserwowała każdy jego ruch. Nie cofnęła się, gdy brunet jednym pewnym ruchem ją ‘rozbroił’. Wrzucił nóż do zlewu i również spojrzał na nią z uwagą. Teraz z całą pewnością mógł czuć się pewniej, w końcu niczym mu już nie zagrażała. Stali tak chwilę nie spuszczając z siebie nawzajem wzroku. Matthew, jednak miał już tego dosyć i nie zważając na reakcję dziewczyny przyciągnął ją do siebie, na tyle blisko, że dotknęli się nosami. Przejechał dłonią po jej nagich plecach, tak, że poczuła ciarki rozchodzące się po całym ciele. Przy Seanie nigdy się tak nie czuła, jak w tej chwili. Nie protestowała, kiedy posadził ją na kuchennym blacie i kiedy zaczął wodzić swoimi smukłymi palcami po jej udzie, rozpalając ją tym do czerwoności. Miała ochotę krzyknąć z rozkoszy. Niepewnie dotknęła jego klatki piersiowej. Gdy to zrobiła spojrzał na nią z lekkim uśmiechem. Wiedział, że już niewiele mu brakuje do osiągnięcia swojego celu. Pozwolił, by jej dłoń wodziła po jego dobrze umięśnionym torsie, a sam nadal pieścił jej uda. Objęła go w biodrach swoimi zgrabnymi nogami i przysunęła się bliżej. Pocałował jej pulsujące miejsce na szyi, a Anna mierzwiła jego włosy swoimi palcami. Musiał przyznać, że sprawiło mu to nie małą przyjemność. Postanowił zaryzykować i zszedł ze swoimi pocałunkami niżej. Całował najpierw jej szczupłe ramiona, dekolt, a potem rowek między piersiami. Nie protestowała, wbiła tylko mocniej paznokcie w jego skórę, kiedy przycisnął swoją dłoń do jej piersi. Poczuła ogarniający ją żar i jęknęła cichutko. Czuła się bezbronna i bezradna jak ćma lecąca do ognia. Dawała się nieść magicznej sile zmysłów, która nie zostawiała miejsca na ostrożność czy rozsądek. Przerażało ją to, ekscytowało i na długi rozkoszny moment kazało zapomnieć, że za tą chwilę zapomnienia, może drogo zapłacić. Nawet się nie zorientowała, kiedy rozwiązał jej górną część stroju i zdjął go z niej. Przylgnęła do niego jeszcze bardziej przymykając oczy. Jeszcze nikomu nie pozwoliła dotykać się w ten sposób. Dotykać najbardziej intymnych części swojego ciała. Matthew czuł, jak pod jego dłońmi nabrzmiewają i twardnieją jej sutki. Anna oddychała nierówno i z przerwami. Gdy już dotarł z pocałunkami do lekko nabrzmiałych piersi, dziewczyna cicho jęczała i wbijała paznokcie w jego ramiona. Zaczął delikatnie ssać jej piersi, uważając przy tym, by jej nie zranić i nie przestraszyć. Podniecał ją tak subtelnie i stopniowo, że Anna nawet nie wiedziała, kiedy zapomniała o strachu i poddała się pożądaniu. Położył ją na kuchennym blacie i po chwili przygniótł ją swoim ciałem. Powoli poddawała się subtelnemu rytmowi jego palców. Znowu zaczął całować i ssać jej sutki, początkowo delikatnie i lekko, a gdy usłyszał ciche jęki, mocniej zacisnął usta. Na ciele szatynki pojawiły się gorące plamy. Unosiła biodra na spotkanie jego ręki. Matthew ponownie zaczął schodzić z pocałunkami coraz niżej, aż dotarł do jej ud. Zgodnie z oczekiwaniami, Anna zesztywniała, czując jego intymne pocałunki. Czuł, że usiłowała się wyrwać, zszokowana intymnością jego pieszczot, ale wybrał stosowną chwilę. Pod wpływem dotknięć jego języka całkowicie poddała się gorącemu wybuchowi pragnienia. Pocałował jej podbrzusze. Widział, jak Anną wstrząsnął dreszcz. Przysunął się bliżej jej twarzy, by pocałować jej pulsujące wgłębienie na szyi. W pewnym momencie oderwał usta od dziewczyny i spojrzał w jej piękne ciemnozielone oczy. Miała leciutko rozchylone usta, które dopominały się o pocałunki. Jeszcze ani razu tego nie zrobił. Przyjrzał się im i dotknął je dłonią. Patrzył na nią tak, jakby dopiero teraz zobaczył ją po raz pierwszy. Te pełne usta całowały delikatnie jego dłoń. Były niesamowicie kuszące. Chciał już ją pocałować, kiedy nagle Anna zesztywniała. W tym momencie przypomniała sobie o Seanie, który tak ją kochał, a był bratem chłopaka, z którym łączyła ją ogromna zażyłość. Poczuła się okropnie. Ponadto słowa Damiena nie dawały jej spokoju. Podniosła się szybko do pozycji siedzącej i instynktownie zasłoniła piersi rękoma. Poczuła się zawstydzona. Nie mogła pojąć, jak mogła dopuścić, do podobnej sytuacji. Jak mogła pozwolić, by całował ją w ten sposób? O mały włos, a popełniłaby największe szaleństwo w całym swoim życiu. Gdyby w porę się nie opamiętała zapewne doszłoby między nimi do stosunku. Spojrzała wciąż zamglonym wzrokiem na bruneta, który bez słowa się od niej odsunął. Nie potrafił jednak ukryć swojego rozgoryczenia.
- Co czujesz? – spytał nie odrywając od niej wzroku, kiedy zakładała górę od stroju kąpielowego.
- Sama już nie wiem. – szepnęła cichutko, po czym stanowczo zrzuciła jego rękę ze swojego uda. - Ale to, co robisz…to, co robimy…jest niemoralne. Zrozum. Jestem dziewczyną twojego brata. On mnie kocha, a mi jest z nim dobrze. I nie chcę tego zmieniać. Poza tym…
- Poza tym? – spytał dotykając jej podbródka. Nie miała innego wyjścia, więc spojrzała prosto w jego oczy. Były bez wyrazu.
- Mogę być tą pierwszą lub ostatnią, ale nigdy jedną z wielu. – oznajmiła czując gorące rumieńce na swojej twarzy. – A ty masz ich wiele. Chociażby Angelika.
- Angelika? Ona mi się nawet nie podoba. – wyznał z lekkim uśmiechem.
- To, dlaczego bawisz się jej kosztem? Ty się jej naprawdę podobasz.
- A tobie? - Anna spojrzała w jego oczy. Wyczekiwał na odpowiedź. – Podobam ci się?
- Chyba nie muszę odpowiadać. Gdybyś był mi obojętny na pewno nie doszłoby do tego, co…
- Kochasz mojego brata? – przerwał jej zadając kolejne pytanie. Odpowiedź na nie chyba najbardziej go interesowała. Zawahała się, ale w końcu udzieliła twierdzącej odpowiedzi. Uśmiechnął się. Takiego uśmiechu jeszcze nigdy u niego nie widziała. Wyglądał niczym zbity pies. Anna poczuła się okropnie. Chciała go nawet zatrzymać, kiedy ruszył w stronę wyjścia. Prawda była taka, że pragnęła wtulić się w jego ramiona i całować te zmysłowe usta, które jeszcze niedawno składały pocałunki na jej skórze. Pragnęła poznać ich smak. Już dłużej nie mogła się oszukiwać. Nie kochała Seana. Ale też nie wiedziała, co czuła do Matthew. Nie wiedziała, jak nazwać uczucie, które w niej wzbudzał. Nie wiedziała, czy to miłość, czy tylko i wyłącznie pożądanie.
Nie panując nad tym, co robi, zeskoczyła z szafki, podbiegła do stolika, na którym leżał tomik wierszy, chwyciła go, po czym dogoniła chłopaka. Spojrzał na nią z zainteresowaniem.
- Oddaję. – wyjaśniła, a on wziął książkę z jej ręki. – Tym razem, to ja chcę cię o coś zapytać.
- Śmiało.
- Co do mnie czujesz?
Przez chwilę nic nie mówił. Wyglądało na to, że zastanawia się nad odpowiedzią. Mógł jej powiedzieć, że ją kocha, a ona by w to uwierzyła. Nie zrobił tego jednak. Rozmowa z nią coś mu uświadomiła i powziął już decyzję. Nie chciał się już z niej wycofywać.
- Sam nie wiem. – wyznał powtarzając, to, co ona mu powiedziała.
- W porządku. A nie wiesz, co chciał mi powiedzieć Damien?
Kiedy zadała to pytanie jego oczy zmieniły wyraz. Zauważyła w nich gniew.
- Nie mam pojęcia. A co ci mówił?
- Coś…dziwnego. Ale mniejsza z tym. – odparła, więc bez słowa ruszył przed siebie trzymając mocno w dłoni książeczkę. Wyglądał na rozgniewanego. Była ciekawa, gdzie pójdzie. Coś ją pchnęło, żeby za nim iść. Ostrożnie ruszyła jego śladem.

*
Matthew wyszedł na korytarz i pospiesznie opuścił dom. Rozglądał się w poszukiwaniu Damiena, ale jak na złość nigdzie go nie dostrzegł. Natknął się za to na Angelikę wracającą wraz ze Stefanie znad jeziora. Dziewczyna bez zbędnych wstępów rzuciła mu się na szyję. On jednak nie miał ochoty na czułości. Był poirytowany, ale starał się tego nie okazywać. Spytał tylko, czy nie wie, gdzie są jego przyjaciele, po czym bardzo subtelnie ją spławił, mówiąc, że musi coś pilnie załatwić. Oczywiście blondynka chciała mu towarzyszyć, ale przekonał dziewczynę, żeby na niego poczekała. Ostatni raz rozejrzał się po ogrodzie i wrócił do domu. Anna, która skryła się za ogrodową rzeźbą, ruszyła za nim. Nie widział jej, podobnie jak reszta. Niezauważona przemknęła obok dziewczyn niczym duch.
Matthew rzucił okiem na salon. Miał szczęście, bo dostrzegł swoich przyjaciół przy drzwiach do ich pokoju. Śmiali się tak głośno, że nie sposób byłoby ich pominąć. Szybko do nich podszedł i bez zbędnych ceregieli wepchnął blondyna do środka, a pozostali weszli za nimi zapominając zamknąć za sobą drzwi. Anna podeszła bliżej i usiadła na stojącym w pobliżu krześle. Nasłuchiwała.
- Odbiło ci?! – zawołał Damien ledwo utrzymując się na nogach, kiedy brunet popchnął go w stronę łóżka.
- Dobre pytanie, które to ja powinienem ci zadać! Odbiło ci do cholery?! Nie potrafisz grać uczciwie?! Co jej powiedziałeś?!
- Spokojnie, stary! Wyluzuj. Poprosiłem ją tylko o przysługę. Chyba nie myślisz, że powiedziałem jej o naszym zakładzie. Nie jestem durniem. Poza tym chcę zmienić zasady. – wyjaśnił z szatańskim uśmieszkiem. – To by było niesprawiedliwe, gdybyś tylko ty miał okazję się z nią zabawić.
- Co ty pieprzysz?!
- To niezła ślicznotka, a to jej ciałko…Kuszące jak cholera! Byłoby zbrodnią nie skorzystać z takiej okazji. To jak? Po rywalizujemy o jej względy? – spytał i spojrzał z uwagą na bruneta. Ten tylko się ironicznie uśmiechnął.
Tymczasem Anna przysłuchiwała się tej kłótni z coraz większym niedowierzaniem. Nie mogła uwierzyć w to, co słyszy. Nasuwa się pytanie, czy rzeczywiście nie mogła, czy raczej nie chciała?
- Daj spokój. Wiem, że założyliśmy się o to, czy uda ci się ją przelecieć, ale…
Nie chciała. Nie chciała wierzyć w to, co usłyszała. W jednej chwili serce pękło jej na milion maleńkich kawałeczków. Miała ochotę krzyczeć z rozpaczy. Wszystko w końcu zrozumiała. Całe to jego zainteresowanie jej osobą. To, że nie dawał jej spokoju, kiedy go o to prosiła. Musiała przyznać, że jest wytrwały. A dzisiaj? O mało nie osiągnął swojego celu. Wszystko teraz stało się dla niej jasne. Już wiedziała, co znaczyły słowa Damiena. Tydzień został mu do wykonania zadania, do przelecenia naiwnej, niedoświadczonej dziewczyny. Założyli się o nią, jakby była jakąś rzeczą bez duszy, która nie ma uczuć. Poczuła narastającą w niej wściekłość pomieszaną z bólem i rozpaczą. Poczuła, jak łzy napływają jej do oczu i nawet nie próbowała ich powstrzymać. Nie minęło dużo czasu, kiedy spływały obficie po jej różanych policzkach. Nie mogła tego dłużej słuchać. Nie była w stanie wysłuchiwać ich przetargów i kpin. Zerwała się z krzesła i po chwili znalazła się na zewnątrz. Nie przeprosiła nawet Susie, kiedy zderzyły się w drzwiach. Nie docierały do niej słowa blondynki. Nie chciała nikogo słuchać. Bez słowa pobiegła prosto przed siebie.
W tym samym czasie, Matthew wysłuchiwał dalszych propozycji przyjaciela, a kiedy ten skończył przedstawiać mu swoje racje, wybuchnął śmiechem.
- Ty chyba nie mówisz poważnie? – spytał, kiedy zdołał się uspokoić.
- No wiem stary, że nie jestem tak zabójczo przystojny, jak ty, ale mnie również laski nie potrafią się oprzeć. To jak będzie? Wchodzisz w to?
- Nie. A wiesz, dlaczego? – odparł po chwili i podszedł do okna. Wyjrzał przez nie i dostrzegł swojego brata wrzucającego piłkę do kosza. Ten widok utwierdził go w swoim postanowieniu. Uśmiechnął się leciutko, po czym szybko odwrócił się i poczuł na sobie spojrzenia zaciekawionych przyjaciół.
- Hm…powiesz nam wreszcie, o co chodzi?
- Wygrałeś. – stwierdził i usiadł na łóżku. Zdał sobie sprawę, że nadal trzyma książkę z wierszami, którą oddała mu Anna. Zauważył zagiętą stronę i ją na nią otworzył. Zobaczył zaznaczony fragment, dosłownie cztery wersy jednego z wierszy.

Rozkosz i boleść czuję, gdy cię widzę,
i zdaje mi się, że cię kochać muszę,
i zdaje mi się, że cię nienawidzę - -
przeklęłabym ciebie i oddała ci duszę. *


Zamyślił się. To, co przeczytał zrobiło na nim ogromne wrażenie i sprawiło, że poczuł się okropnie. Po raz pierwszy zdał sobie sprawę, że igrał z jej uczuciami. Wiedział również, że posunął się za daleko wtedy w kuchni. Zwłaszcza teraz, kiedy to zrozumiał nie mógł się wycofać.
- Możesz z łaski swojej mówić jaśniej? Co wygrałem? – powtórzył po raz kolejny swoje pytanie Damien.
- Rezygnuję.
- Czy ty się, aby dobrze dzisiaj czujesz?! – zapytał z niedowierzaniem rudzielec. – Ty jeszcze nigdy z niczego tak po prostu nie rezygnowałeś.
- Ludzie się zmieniają.
- Masz rację zmieniają się. Nie obraź się, ale ty nie zaliczasz się do tej grupy. – oświadczył Denis zszokowany decyzją kumpla.
- Czekajcie! A mi się wydaje…Czy ty się w niej przypadkiem nie zakochałeś, co?! – wywnioskował Damien z rozbawieniem. – No nie! Stary! Kto, jak kto, ale ty?! Wpadłeś we własne sidła.
- Ciebie to już naprawdę pogięło! Nie zakochałem się w niej, o to możesz być spokojny. – odparł i roześmiał się. – Ale muszę przyznać, że dalej to ciągnąc mógłbym. Anna jest bez wątpienia piękna. Do tego delikatna i niezwykle wrażliwa…
- Czy ty siebie słyszysz?
Matthew nie zareagował na pytanie blondyna, tylko ciągnął dalej swój wywód.
- Ta dziewczyna nawet nie zdaje sobie sprawy z tego, że mogłaby mieć każdego u swoich stóp, gdyby tylko tego chciała. A taki zimny drań, jak ja, łatwo może ją zranić. Ona na to nie zasługuje. A tym bardziej mój brat.
- Nie wierze w to, co słyszę. Jakoś wcześniej ci nie przeszkadzał fakt, że jest dziewczyną twojego braciszka. – zakpił Damien nadal nie spuszczając wzroku z bruneta.
- Nie byli wtedy parą. – przypomniał ze spokojem. – Kiedy się zakładaliśmy.
- No, tak. Dopadły cię wyrzuty sumienia. Ale nie uważasz, że jest już na nie za późno?
- Lepiej późno niż wcale, dlatego dam jej spokój. I ty zrobisz to samo. Dziewczyna mojego brata jest nieosiągalna, jasne? – spytał z nutką groźby w głosie, na co, blondyn wzruszył ramionami z rezygnacją.
- Dobra. Niech będzie. Przegrałeś na własne życzenie. Wiesz, co cię teraz czeka?
- Wiem.
- Nie mogę uwierzyć, że wymiękłeś. – blondyn po raz kolejny się roześmiał. Bawiła go ta cała sytuacja.
- Powtarzasz się.
- Zastanów się jeszcze nad tym. Zostało ci siedem dni. – wtrącił Marc, który do tej pory przysłuchiwał się w milczeniu ich rozmowie. – Dopiero wtedy przyjmiemy twoją rezygnację i będziesz musiał wypełnić postawione warunki.
Matthew nic nie odpowiedział. Wstał z łóżka, pospiesznie naciągnął na siebie spodnie, ubrał białą koszulkę i skierował się ku wyjściu. Po chwili już go nie było. Mulat bez słowa włożył na siebie błękitny T-shirt, a Damien z Denisem wymienili porozumiewawcze spojrzenia. Nie komentowali i nie oceniali decyzji przyjaciela, pomimo, że mieli własne zdanie na ten temat.

*
Anna nie pamiętała jak znalazła się nad jeziorem. Siedziała na ciepłym piasku i wpatrywała się nieobecnym wzrokiem w taflę wody. Łzy obficie spływały po jej policzkach pozostawiając czarne smugi z tuszu na skórze. Oplotła kolana rękoma, na które po chwili spuściła głowę. Nie mogła powstrzymać głośnego szlochu. Nie mieściło jej się w głowie, jak można bawić się ludzkimi uczuciami, w tak okrutny sposób. Nie mogła też pojąć, jak mogła być tak naiwna i nie przejrzeć zamiarów chłopaka. Od samego początku coś ją przed nim ostrzegało, ale ona i tak dała się zwieść w jego pułapkę. Udało mu się rozkochać ją w sobie. Nie mogła siebie dłużej oszukiwać. Zakochała się w Matthew Zimmerze. Mogła oszukiwać innych, ale jaki sens miało wypieranie się tego uczucia przed sobą? Uczucie, którym go obdarzyła, w tej chwili przekształciło się w nienawiść. Gardziła nim. Miała o nim jak najgorsze zdanie. Wiedziała, że już nigdy mu nie zaufa, bo jak można zaufać komuś, kto już raz nas skrzywdził? Można wybaczyć, ale czy zapomnieć? A ona bardzo chciała wymazać z pamięci, to, co usłyszała. Chciała, żeby to był zły sen, z którego mogłaby się w każdej chwili obudzić. Ale to była rzeczywistość, to wszystko było prawdą, która w tej chwili potwornie ją parzyła. Jednakże lepiej żyć w prawdzie, niż w nieustającym kłamstwie.
- Anna! – usłyszała, że ktoś ją wołał. Nie zareagowała. Nie podniosła nawet głowy, żeby zobaczyć, kto coś od niej chce. Słyszała tylko, że ten ktoś obok niej usiadł. Poczuła dłoń należącą do tego osobnika na swojej głowie. – Co się dzieje?
To była Susie. Dziewczyna rozpoznała jej głos. Blondynka najwyraźniej zmartwiła się widząc Anne w tak marnym stanie.
- Mam ochotę umrzeć. – odpowiedziała z trudem, krztusząc się przy tym własnymi łzami.
- Co ty mówisz, skarbie? Co się stało? Dlaczego płaczesz? – zadawała pytania spoglądając na szatynkę ze strachem. – Pokłóciłaś się z Seanem?
- Nie. On nie ma z tym nic wspólnego.
- Więc? Powiedz mi, Anna. Chcę ci pomóc.
- Nikt nie może mi pomóc. Ależ ja jestem głupia! – wybuchnęła i roześmiała się. Ten śmiech nie przywołał na myśl radości, lecz ogromny żal, a wręcz rozpacz.
- Dlaczego tak mówisz? – blondynka nie poddawała się. – Wiem, że znamy się bardzo krótko, bo zaledwie od pięciu dni, ale możesz mi zaufać. Chcę być twoją przyjaciółką. Naprawdę chcę ci pomóc. To przez Matthew, prawda?
Anna drgnęła. Podniosła głowę i spojrzała na Susie zaskoczona. Kiedy tylko usłyszała imię chłopaka, poczuła wściekłość.
- Nie wypowiadaj nawet jego imienia!
- Więc jednak on. Co zrobił?
Anna zawahała się. Zastanawiała się skąd dziewczyna wiedziała, że chodzi o Matthew. Blondynka szybko jej to wyjaśniła.
- Widziałam was. W nocy w salonie i niedawno w kuchni. – wyznała, a szatynka dostała wypieków na twarzy. Poczuła ogromny wstyd.
- Dlaczego mi nie powiedziałaś? – spytała cicho.
- Sama nie wiem. Myślałam, że to nic poważnego, że daliście się ponieść chwili. Ale po tym, co widziałam w kuchni zmieniłam zdanie. Anna, to brat twojego chłopaka.
- Wiem, Susie. Nic mnie nie usprawiedliwia.
- To teraz powiesz mi wreszcie, co się stało? Pokłóciliście się?
- Nie. Przyznam, że sto razy bardziej wolałabym się z nim pokłócić, niż dowiedzieć się…- głos jej się załamał. Załkała. Susie objęła ją ramieniem i pozwoliła jej się wypłakać. – On się założył, rozumiesz? Założył się ze swoimi kumplami, że mnie w sobie rozkocha i przeleci! I udało mu się, bo się w nim zakochałam!
- Czy wy…
- Nie. Na szczęście do niczego między nami nie doszło. – przerwała szybko i wyjaśniła. – W ostatniej chwili się opamiętałam.
- Och, Anna. Nie wiem, co ci mam powiedzieć. Nie spodziewałam się czegoś takiego po nim. Wydawał się sympatycznym facetem, choć trochę aroganckim. Co teraz zrobisz? On wie, że podsłuchałaś jego rozmowę?
- Nie wydaje mi się. Rozmawiali nadal jak wybiegłam nie mogąc dłużej tego słuchać.
- Co teraz będzie z tobą i Seanem? Nie kochasz go. Sama to przyznałaś.
- Nic się nie zmieni. Postaram się na nowo w nim zakochać. – postanowiła ocierając łzy z policzków.
- Nie wiem, czy to dobre wyjście. Powinnaś mu powiedzieć o Matthew.
- Nie. Nigdy tego nie zrobię.
- Pamiętaj, że jego zakład trwa nadal. Na pewno nie da ci spokoju. – przypomniała Susie z troską w głosie. – Powinnaś coś zrobić. Nie myślałaś nad tym, żeby się na nim odegrać?
- Niby jak?
- No nie wiem. Na przykład zrobić dokładnie to samo, co on. Rozkochać go w sobie do szaleństwa, a potem posłać do diabła.
Kiedy blondynka to powiedziała, Anna spojrzała na nią z uwagą.
- Ja? Daj spokój. Nie nadaję się do tego. Nie jestem femme fatale.
- Nie rozumiem, do czego byś się nie nadawała? Jesteś prześliczna. Wystarczy odważniejszy strój podkreślający twoje walory, mocniejszy makijaż i jestem przekonana, że leżałby u twoich stóp. Bo co zrobisz? Będziesz go unikać? Obie wiemy, że to nie możliwe. On rozpoczął niebezpieczną grę. Jej reguły są straszne. Musisz się liczyć z tym, że przegrasz ty, albo przegra on. Nie ma innej drogi. Albo tobie pęknie serce, albo jemu. To ty musisz zdecydować, co wolisz.
Anna milczała. Zastanawiała się nad tym, co powiedziała Susie. Perspektywa odegrania się na chłopaku kusiła ją. Z jednej strony nie chciała z nim mieć już nic do czynienia, a z drugiej…chciała, żeby cierpiał tak jak ona w tej chwili. Nie mogła pozwolić, żeby wygrał. Nie chciała stać się jego ofiarą. Miała go uwieść. Problem polegał na tym, że ona tego nie potrafiła. Kiedy oznajmiła to Susie, ta się roześmiała.
- Oczywiście, że potrafisz. Skoro uwiodłaś jego brata, to i z nim ci się uda. Więcej wiary w siebie. Tylko…musisz stać się w stosunku do niego zimna jak lód. Lekceważyć jego zaloty, a jednocześnie sama musisz go kusić. Każdym ruchem swojego ciała. Pomogę ci we wszystkim. To jak? To może być całkiem zabawne.
- No, nie wiem.
- Dalej, Anna. W przeciwnym wypadku on dalej będzie to robił, a ty w końcu mu ulegniesz. Ten drań bawi się uczuciami ludzi, więc dlaczego i ty nie miałabyś zabawić się jego kosztem.
- Masz rację. Zróbmy to. – odparła podejmując ostateczną decyzję.
Susie uśmiechnęła się, poprosiła, żeby Anna na nią poczekała, a sama gdzieś zniknęła. Wróciła po dziesięciu minutach z butelką wódki. Podała szatynce kieliszek i wzniosły toast.
- Za Matthew Zimmera. Za zimnego drania, który już za niedługo przekona się na własnej skórze, jak smakuje zemsta zranionej kobiety. – powiedziała Susie, po czym stuknęły się kieliszkami.
- Tak. Jak Kuba Bogu, tak Bóg Kubie. – dodała Anna, po czym wypiła trunek jednym haustem.
Czyżby role się odwróciły? Casanova wypadł z gry, a wkroczyła, Femme Fatale?

-------------------------------------------------------------------------------
* w oryginale: przekląłbym ciebie i oddał ci duszę.


pozdrawiam:

~Enigma
komentarze [29]

015. Niespodzianka. >> niedziela, 6 lipica 2008 19:45:36


Kilka słów od Autorki: Jak widzicie pojawiam się z kolejnym rozdziałem równo po tygodniu. Tak, wiem. To prawdziwe święto ;) Miałam trochę czasu, który poświęciłam w pełni na to opowiadanie. Mam nadzieję, że wam się spodobają te moje wypociny ;) Rozdział ten dedykuję:
Megan - za te motywujące komentarze. Jest mi miło, że tak cenisz moje opowiadanie. Może i ten rozdział przypadnie ci do serca ;)
Moriko - za to, że tak mnie gnębisz, kochana i motywujesz do dalszego pisania. Ponadto za to, że lubię słuchać o twoim uzależnieniu od pewnego 'złego chłopca' ;)

*
Obudziła się około dziewiątej. Nie czuła zmęczenia, pomimo, że poszła spać bardzo późno. Jeszcze do trzeciej nad ranem nie mogła zasnąć. Przez cały ten czas, kiedy leżała w łóżku spoglądając nieobecnym wzrokiem w biały sufit, rozmyślała i starannie analizowała zachowanie Matthew. Jedyny wniosek, który jej się nasunął był taki, iż dzieje się z nią coś dziwnego, kiedy jest blisko niego. Wzbudzał w niej wiele różnych emocji. Głównie przeważały te złe, ale tej nocy pokazał się po raz pierwszy od innej strony. Nie wiedziała, czy dobrej. Ale chyba tak było. Nie była pewna, co ma na jego temat sądzić. Był człowiekiem zagadką. Bardzo ją intrygowała jego osoba. Na to akurat nie mogła nic poradzić. Postanowiła jednak, że będzie ograniczała ich kontakt do minimum. Uznała, że lepiej dla niej, jeśli będą ze sobą rozmawiać i przebywać w swoim towarzystwie, gdy to będzie konieczne, i kiedy będzie tak wypadało. Powzięła decyzję, że zostanie w jej oczach tylko i wyłącznie starszym bratem jej chłopaka, niemalże przyszłym szwagrem. I będzie go traktowała, jak członka własnej rodziny, bo do tej pory nie postrzegała chłopaka w ten sposób, co sobie uświadomiła. Nie mogła patrzeć na niego, jak na mężczyznę. Oj nie. W końcu był bratem Seana, którego kochała i który był najwspanialszym chłopakiem pod słońcem. Lepiej nie mogła trafić. Sean był niemalże idealny; miły, czuły, uroczy, a na dodatek przystojny. Do tego szanował ją. Nigdy nie zrobił niczego, czego nie chciała. Nigdy jej do niczego nie zmuszał. Dbał o nią. Chciał, żeby czuła się przy nim szczęśliwa. I tak było. Potrafił słuchać, jak nikt. Nie dość, że był jej chłopakiem, to jeszcze dobrym przyjacielem. Nie chciała tego zmieniać. Było jej z nim dobrze. O takim chłopaku zawsze marzyła. I to marzenie się spełniło. Z tą myślą udało się jej jakoś zasnąć, a kiedy wstała nadal się tego trzymała, niczym tonący tratwy ratunkowej.
Rozejrzała się po pokoju i zorientowała się, że jest w nim zupełnie sama. Susie musiała wstać jakiś czas temu i nie budząc Anny, zejść na dół. Szatynka postanowiła zrobić to samo. Wcześniej, jednak poszła do łazienki. Spojrzała w lustro i przekonała się, że nie wygląda zbyt dobrze. Z cichym westchnieniem nałożyła pastę na szczoteczkę i zaczęła myć zęby. Po kilku minutach opłukała usta i przemyła twarz lodowatą wodą. Od razu poczuła się lepiej. Przeczesała jeszcze włosy szczotką, które sterczały we wszystkie możliwe strony, po czym pospiesznie naciągnęła na siebie czarne rurki, bordowy T-shirt z brokatowym napisem: Cherry Cherry Lady i założyła czarne baleriny. Przeciągnęła usta cukierkoworóżowym błyszczykiem o smaku gumy balonowej i wyszła z pokoju nucąc pod nosem melodię „Umbrella” Rihanny. Zbytnio się nie spiesząc zeszła po schodach i skierowała się do saloniku. Nie doszła tam, bo poczuła, jak ktoś złapał ją od tyłu w tali. Niepewnie odwróciła się do tego osobnika i zobaczyła roześmianą twarz Seana. Twarz chłopaka, który wręcz ją uwielbiał. Spojrzała na niego z czułością. Przez cały ten czas myślała o tym, jak mogła zwątpić w swoją miłość do niego. To wydawało się absurdalne, a jednak…Chciała mu to jakoś wynagrodzić, bo przez ostatnie kilka dni nie traktowała go, tak jak na to zasługiwał. Uśmiechnęła się do niego promiennie, kiedy mocniej ją do siebie przyciągnął. Nie czekał długo i złożył na jej ustach delikatny pocałunek, który odwzajemniła z dużym zaangażowaniem. Zarzuciła mu ręce na szyję, a dłońmi zaczęła gładzić jego włosy. Kiedy się całowali uświadomiła sobie coś przykrego. Nie czuła nic. Dosłownie nic. Żadnego przyśpieszonego bicia serca, czy też przyjemnych dreszczy, które czuła na początku ich znajomości. Cholera! Co się ze mną do diabła dzieje? – myślała, kiedy się od siebie oderwali. -Och. Pewnie jestem przewrażliwiona. - próbowała przekonać samą siebie, że to nic nie znaczy. Chyba nawet w to uwierzyła, bo lekko się uśmiechnęła, kiedy zobaczyła, jak Sean oblizał własne wargi.
- Dobry ten błyszczyk. – wyznał po chwili, a Anna się roześmiała.
- Cieszę się, że przypadł ci do gustu. – odparła siląc się na wesoły ton podciągając w dół bluzkę, która znacznie podjechała w górę odsłaniając część jej płaskiego brzucha. – Gdzie reszta? – spytała rozglądając się w koło, ale nikogo nie dostrzegła. Dom wydawał się pusty.
- Na dworze. – poinformowała wciąż spoglądając na usta dziewczyny. – Dobrze, że wstałaś. Załapiesz się na mecz.
- Jaki mecz?
- Urządzamy sobie właśnie z chłopakami małe rozgrywki w kosza. – wyjaśnił z uśmiechem. – To, co? Dołączysz do nas i razem z dziewczynami pokibicujesz?
- Jasne. Tylko wrzucę coś na ząb, bo umieram z głodu. – oznajmiła kierując się do kuchni. – Gdzie gracie?
- Na tyłach domu.
- W takim razie daj mi jakieś pięć, dziesięć minut. – zakomunikowała puszczając mu ‘oczko’, po czym weszła do kuchni.
Pomieszczenie było dość duże. Przy ścianach znajdowały się meble kuchenne w mahoniowym odcieniu, na których leżały jasne blaty. Ponadto mała, elektryczna kuchenka, zmywarka i lodówka. Na środku stała duża ława w tym samym kolorze, co reszta mebli i pasujące krzesła.
Anna podeszła do lodówki i ją otworzyła. Przyjrzała się produktom i zdecydowała się na kubeczek wiśniowego jogurtu. Otworzyła wieczko, po czym zaczęła delektować się jego smakiem. Podłączyła w międzyczasie ekspres do kawy i poczekała, aż kawa się zaparzy. Wypiła niewielką filiżankę, po czym wrzuciła pojemnik po jogurcie do kosza i opuściła pomieszczenie, by zaraz potem wyjść z domku, który obeszła dookoła. Nie minęło nawet pięć minut, kiedy dostrzegła mały plac do koszykówki. Zobaczyła, że dziewczyny siedziały na ławeczce tuż przy boisku, a chłopcy zajęci byli rozgrywkami. Podeszła do koleżanek, które zrobiły jej miejsce, więc usiadła i zaczęła przyglądać się grze. To, że Sean dobrze grał, wiedziała. Od razu było widać, że jest w tej dyscyplinie mistrzem. Teraz przyglądała się grze jego brata. Musiała przyznać, że Matthew radził sobie całkiem dobrze i nie raz udawało mu się odebrać piłkę bratu. Mimo, to nie było żadnych wątpliwości, że Sean był w tym od niego lepszy. Anna uśmiechnęła się lekko i zaczęła wraz z dziewczynami kibicować wybranej przez siebie drużynie. Ona i Stefanie opowiedziały się po stronie Seana i Marca, a Angelika z Susie kibicowały Matthew i Damienowi. Denis z kolei oddawał się sędziowaniu. Jak to w przypadku męskiej gry, była bardzo zacięta. Do ostatniej minuty walczyli o zdobycie punktów. Gra była bardzo wyrównana i dopiero w ostatniej minucie Sean zdobył decydującego kosza, który przesądził o wyniku spotkania. Anna wraz ze Stefanie krzyczały z radości i, kiedy Sean przybił piątkę z Markiem, podeszła do niego i pogratulowała zwycięstwa. Objął ją ramieniem i pocałował w policzek. Był nieco zdyszany, po niemałym wysiłku fizycznym, dlatego stwierdził, że idzie pod prysznic. Damien wraz z Denisem niedługo później poszli w jego ślady. Dziewczyny jeszcze jakiś czas przyglądały się, jak brunet z mulatem wrzucają piłki do kosza. W końcu Susie oznajmiła, że idzie się przejść. Stefanie do niej dołączyła. Matthew też tam długo nie zabawił i ruszył w stronę domku. Angelika długo nie czekając poszła w ślad za nim. Anna została sama w towarzystwie Marca. Przez kilka minut panowało niezręczne milczenie, które przerwała, pytając, czy może się do niego przyłączyć. Chłopak się zgodził. Podał jej nawet piłkę. Stanęła naprzeciwko kosza i rzuciła, ale piłka odbiła się od tablicy i wylądowała na ziemi kilka metrów od niej. Chcąc przerwać ciszę, którą przerywały jedynie uderzenia o beton piłki, zaczęła mówić o pogodzie. W końcu musiała od czegoś zacząć, a nic innego nie przyszło jej do głowy. Jakby na to nie patrząc ten temat akurat zawsze potrafił podtrzymać każdą konwersacje, która w jakiś sposób się nie kleiła. Tylko, że w tym wypadku oni nawet jej nie zaczęli. Wymienili, więc kilka uwag na temat warunków klimatycznych, które ich zdaniem były najbardziej korzystne. Dzięki temu dowiedziała się, że najbardziej lubił wiosenne klimaty, gdyż, jak stwierdził, nie jest wtedy ani za zimno, ani za ciepło. Anna przyznała mu rację. Ona również najbardziej lubiła tą porę roku. Za zimą nie przepadała, bowiem nie znosiła zimna, jesień ją przygnębiała i wprowadzała w lekki stan depresji, a lato z kolei było za gorące. Wiosna jak najbardziej jej odpowiadała.
- Długo się znacie? – zapytała niby od niechcenia, kiedy mulat po raz kolejny podał jej piłkę. – Z Matthew.
- Poznaliśmy się ponad cztery lata temu. Jedynie z Damienem znają się od dziecka. – odpowiedział kozłując. – A dlaczego pytasz?
- Z ciekawości. Wyglądacie na zżytych ze sobą. – wyjaśniła spoglądając na niebo. Nie było na nim ani jednej chmurki.
- Bo jesteśmy. Każde z nas wskoczyłoby za drugim w ogień, jeśli to byłoby konieczne. A już zwłaszcza Matthew. – ciągnął dalej przyglądając się Annie. – Na pierwszy rzut oka wydaje się być zadufany w sobie, ale to nie prawda. Zyskuje dużo przy bliższym poznaniu. To tylko jego maska. Jest nieufny, więc nie otwiera się tak łatwo przed każdym. Musi dobrze poznać drugą osobę, żeby to zrobić. Sam się o tym przekonałem. W końcu nie od razu zostaliśmy przyjaciółmi.
Zaskoczył ją tym wyznaniem. Nie spodziewała się usłyszeć coś takiego.
- Więc znacie się od czterech lat? – spytała chcąc się upewnić. Wiedziała, że dwa lata temu zginęła w wypadku dziewczyna bruneta. Marc musiał znać dobrze tą historię.
- No, tak. Poznaliśmy się w dość nieprzyjemnych okolicznościach.
- Co masz na myśli?
- Byłem nowy w szkole, bo przeprowadziliśmy się całą rodziną ze Stanów. Już pierwszego dnia miałem jakże niemiłą przyjemność poznać Markusa Voltocka. Pewnie o nim słyszałaś? – zaczął, a Anna słysząc imię tego chłopaka, skrzywiła się. Och, pewnie, że o nim słyszała. Miała nawet okazję przekonać się na własnej skórze, jakim jest zwyrodnialcem. – Voltock był na ostatnim roku i uważał się za władcę. Wszyscy mu się podporządkowywali. Robili to naturalnie ze strachu. Dowiedział się, że jestem nowy i zaczął mnie nękać. Nie krył się z tym, że jest rasistą. Kilka razy udało mi się uciec. Bałem się tam chodzić. Udawałem nawet chorobę, żeby tylko nie iść do szkoły. Matka jednak w nią nie uwierzyła. Musiałem dalej stawiać mu czoło. Postanowiłem jednak, że nie dam sobą dłużej pomiatać. Pewnego dnia zobaczyłam Markusa przed szkołą. Czekał tam na mnie. Miał już zamiar do mnie podejść, kiedy jego uwagę przykuł czarny samochód. Zatrzymał się z głośnym piskiem opon i wysiadł z niego, nie kto inny, jak Matthew. Szedł o kulach. Musiał mieć, jakiś wypadek. Byli z nim również Damien i Denis. Wtedy widziałem ich po raz pierwszy. Voltock na ich widok stał się jeszcze bardziej agresywny, niż dotychczas. Zdziwiło mnie, że się go nie boją. Byli od niego młodsi, a jednak wyczuwało się w zachowaniu Markusa pewną rezerwę w stosunku do Matthew, który przywitał go szyderczo. Nawet na odległość można się było zorientować, że się nienawidzą. Swoją złość Voltock rozładował na mnie, kiedy ci tylko weszli do budynku. Oddałem mu kilka ciosów, ale wtedy był znacznie silniejszy ode mnie. Pobiłby mnie do nieprzytomności, gdyby Matthew nie wrócił, bo zapomniał czegoś z samochodu. Widząc, jak się nade mną znęcał uderzył go swoją kulą prosto w twarz. Złamał mu tym uderzeniem nos i zapowiedział, że jeśli jeszcze raz podniesie rękę na jego przyjaciela, to tym razem on pośle go do szpitala. Markus nic nie odpowiedział. Spojrzał jeszcze na mnie spode łba i wściekły, trzymając swój zakrwawiony nos wszedł do budynku. Matthew pomógł mi wstać, spytał, czy wszystko ze mną w porządku, po czym jak gdyby nic się nie stało zostawił mnie samego. – opowiedział i przerwał na chwilę. Widząc, jednak zaciekawione spojrzenie szatynki ciągnął dalej. – Od tego czasu Voltock przestał mnie nękać, chociaż nie krył wrogości. Byłem wdzięczny temu nieznajomemu, który mnie obronił. Chciałem mu nawet podziękować za pomoc. Widywałem go w szkole, ale dopiero kilka tygodni później miałem sposobność mu podziękować. Natknąłem się na niego na parkingu. Był akurat sam. Pomyślałem, że skorzystam z okazji i zapytam jak mogę mu się odwdzięczyć. Kiedy do niego podszedłem spojrzał na mnie z rezerwą. Próbowałem z nim nawiązać kontakt, ale za nim zdołałem wypowiedzieć drugie zdanie, oznajmił mi, iż fakt, że mi wtedy pomógł, nie oznacza, że jest moim przyjacielem. Zaskoczył mnie niemało. Miałem już zamiar odejść, ale mnie zawołał i przypomniał, że chciałem się odwdzięczyć, i że mam ku temu okazję. Rzucił w moim kierunku swoje kule, po czym wsiadł do samochodu. Stałem nie wiedząc, czego się spodziewać. Wyjrzał przez szybę i ze zdziwieniem spytał, dlaczego nie wsiadam. Od tamtego momentu powoli zaczęliśmy się zaprzyjaźniać.
Anna słuchała tej opowieści z dużym zainteresowaniem. Musiała przyznać, że nie znała Matthew od tej strony. Po raz kolejny poczuła miłe zaskoczenie. Już chciała delikatnie podpytać Marca o Carinę, kiedy zauważyła, że sam zainteresowany idzie w ich stronę. Marc również go dostrzegł i rzucił do niego piłkę, którą ten od razu złapał.
- Mnie się już znudziło. – oznajmił, gdy brunet podszedł bliżej. – Idę. Miło mi się z tobą rozmawiało, Anna.
Szatynka na te słowa lekko się do niego uśmiechnęła, a Matthew spojrzał na nich zaskoczony, ale nic nie powiedział. Podszedł tylko z piłką pod kosz i wrzucił ją celnie w otwór. Dziewczyna w pierwszej chwili chciała iść z mulatem, ale postanowiła zostać. W końcu nie ma zamiaru uciekać. To by było śmieszne. Nie minęło dużo czasu, kiedy zostali sami.
- Dobrze ci idzie. – zwróciła się do niego, kiedy wykonał kolejny celny rzut.
- Dzięki za uznanie. – odparł i spojrzał na nią z uwagą. – Mogę wiedzieć, o czym tak miło ze sobą konwersowaliście? – dodał po chwili z zainteresowaniem.
- O pogodzie. – odpowiedziała zgodnie z prawdą, a przynajmniej powiedziała jej część. Jakoś nie chciała się przyznawać, że wypytywała jego przyjaciela o ich przyjaźń. Matthew słysząc to wyznanie roześmiał się.
- Jasne. Uważaj, bo jeszcze w to uwierzę. – oświadczył ironicznie, ale się tym nie przejęła. Przyglądała mu się w zamyśleniu.
- Nie musisz. Możesz go spytać, skoro nie wierzysz. – wzruszyła ramionami i chwyciła piłkę, która spadając odbiła się obok niej. Podeszła pod kosz i wycelowała. I tym razem nie trafiła.
- Źle to robisz. – stwierdził obserwując, kiedy znowu się zamachnęła.
- Och, doprawdy? – spytała czując zażenowanie.
- Nie złość się. Nie chciałem powiedzieć niczego złego. Trzymaj. – podał jej piłkę, po czym stanął za nią. – Pokaże ci.
To powiedziawszy położył jedną rękę na tali dziewczyny. Annie momentalnie zrobiło się gorąco. Nie wiedzieć, czemu poczuła przerażenie. Pewność siebie, którą do niedawna czuła nagle z niej wyparowała. Tymczasem on polecił jej, by stanęła w lekkim rozkroku.
- Po co? – spytała nieco piskliwym głosem.
Kiedy wypowiedziała te słowa odwrócił ją do siebie i spojrzał głęboko w jej oczy. Gdyby nie piłka, którą trzymała w rękach, to znalazłaby się w jego ramionach. Krew w żyłach dziewczyny zaczęła dziwnie pulsować i nie minęło dużo czasu, gdy poczuła, że płoną jej policzki. Miała dziwnie nierówny oddech.
- Czy ty zawsze musisz zadawać tyle pytań za nim coś zrobisz? – odparł z rozbawieniem i poczuła nagłą złość. Uwielbiał z niej kpić, a to doprowadzało ją do wściekłości.
- Owszem. Robię coś, jeśli uznam, że to bezpieczne i nie przyniesie żadnych negatywnych konsekwencji. – przyznała po chwili namysłu starając się jednocześnie zapanować nad złością. – To się nazywa rozwaga.
- Jesteś tylko rozważna, czy też i romantyczna? – uniósł pytająco brew do góry.
- Nie kpij.
- Wcale nie kpię. Chociaż postępując tylko z rozwagą wiele tracisz. – oświadczył, a widząc jej minę dodał. – Kiedy do nawet najmniejszych rzeczy podchodzisz z takim zimnym dystansem, może ci umknąć wiele. Załóżmy, że spotykasz w pociągu nieznajomego mężczyznę. Patrzysz na niego i czujesz do niego pociąg fizyczny. Podoba ci się. Bardzo ci się podoba i zastanawiasz się, jaki jest z charakteru, ale nie masz odwagi się do niego odezwać. Przez twoją głowę przelatuje tysiące myśli. Sądzisz, że cię wyśmieje. Zaczynasz analizować wszystkie za i przeciw, ale nim zdążyłaś powziąć decyzję on bez słowa wstał, zdjął swoją walizkę i opuścił przedział. A kiedy zostałaś sama poczułaś się okropnie. Odezwał się w twojej głowie głosik, który niemal krzyczał z rozpaczy: A jeśli to był mężczyzna mojego życia?!
Przerwał na chwilę. Anna milczała zastanawiając się, co chce przez to powiedzieć.
- Wiesz, jaki z tego morał? – zagadnął, a kiedy nie uzyskał odpowiedzi ciągnął dalej. – Nie można pozwolić, by strach wykluczył nas z gry. Nie można do wszystkiego podchodzić tak chłodno i dopatrywać się podstępu. Powinno się iść za głosem swojego serca, nim się straci swoją szansę. Co z tego, że to będzie złe i niewłaściwe. Jeśli tego nie zrobisz nigdy się nie przekonasz, a może się okazać, że ryzykując zyskasz wiele, bo chyba lepiej żałować, że się coś zrobiło, niż później żałować do końca życia, że się zaprzepaściło swoją szansę.
- Hm…a co to ma do rzeczy? – spytała niepewnie, a on się roześmiał.
- Wiele. Chcę ci uświadomić, żebyś nie myślała tyle za nim coś zrobisz, bo coś ważnego może ci uciec z przed nosa. I nie doszukuj się w każdym moim słowie, jakiejś pułapki.
- W porządku.
- Więc staniesz w końcu w tym rozkroku? – odparł nieco zniecierpliwiony.
Jeszcze przez moment się zawahała, ale w końcu skinęła głową na znak zgody. Uśmiechnął się do niej lekko i odwrócił ją po raz kolejny o sto osiemdziesiąt stopni. Nadal trzymał swoją dłoń na tali dziewczyny, kiedy stanęła w rozkroku.
- Nie aż takim. Nie ćwiczymy gimnastyki artystycznej. – powiedział rozbawiony, a ona posłała mu mordercze spojrzenie. Czuła się głupio wykonując jego polecenia i wiedziała, że jej twarz przybrała odcień buraka. Poprawiła, więc swoją pozycję.
- I co dalej?
- Teraz unieś ręce do góry i zegnij je lekko w łokciach. – polecił dotykając drugą wolną ręką jednej z jej rąk. Poczuła na swoim uchu jego ciepły oddech. Nie mogła się skupić na tym, co do niej mówił. Nie docierało do niej ani jedno dalsze jego słowo. Widząc to, co jakiś czas poprawiał jej trzymanie, aż w końcu pomógł dziewczynie przy wyrzucie piłki, która wpadła od razu do kosza. – Widzisz? Od razu lepiej. Teraz spróbuj sama.
Mówiąc to zdjął swoją dłoń z jej tali i odsunął się na bok. Drżącymi rękoma uniosła piłkę do góry. Skupiła się na czarnym prostokącie, w który miała celować. Rzuciła. Piłka odbiła się we właściwym miejscu i zakołysała na okręgu, po czym wpadła do siatki. Anna roześmiała się bardzo dumna z siebie. Spojrzała na Matthew i dostrzegła jego lekki uśmiech. Był normalny bez ani grama ironii. W tym momencie przypomniała sobie słowa Marca, a mianowicie, to, iż brunet zyskiwał przy bliższym poznaniu. Musiała przyznać, że było to możliwe.
- Jednak pojętna z ciebie uczennica. – pochwalił ją, po czym sam wykonał rzut do kosza.
- Dzięki za uznanie. – powiedziała wesoło zakładając włosy za ucho i siadając na ławeczce. Matthew zrobił to samo. Spojrzał na nią katem oka. Wyglądała na zamyśloną. Przez pewien czas siedzieli w milczeniu obserwując siebie nawzajem. Anna przygryzła lekko wargę, po czym otworzyła usta, żeby coś powiedzieć, ale równie szybko je zamknęła. Jeszcze jakiś czas walczyła ze sobą, ale w końcu postanowiła skorzystać z jego rady i zaryzykować. Chciała jak najszybciej wyjaśnić całą sytuację.
- Jeśli chodzi o wczoraj…- zaczęła, a Matthew spojrzał na nią z uwagą.
- O dzisiaj. – poprawił ją, ale widząc jej minę już nic więcej nie powiedział.
- Tak o dzisiaj. To, co stało się wtedy w salonie…Nie może się już nigdy powtórzyć. Kocham, Seana.– wyznała szybko jakby przekonując do tych słów siebie, a nie jego, po czym utkwiła spojrzenie na swoich butach. Przez chwilę zapanowało milczenie, ale Annie wydawało się, że trwa ono wieczność. – Nic nie powiesz?
- W porządku. – odparł nie spuszczając z niej wzroku. – To wszystko, o czym chciałaś ze mną pomówić?
- Tak. To wszystko. Cieszę się, że to rozumiesz. Może zostańmy po prostu przyjaciółmi? – zaproponowała niepewnie. – Tylko przyjaciółmi.
- Chyba nie mam wyboru, co? – roześmiał się i dłonią przejechał po swojej szczęce. Chyba się dzisiaj nie golił, bo miał lekki zarost, co nie umknęło uwadze szatynki. Musiała przyznać, że dzięki niemu wyglądał jeszcze bardziej dojrzale. Szybko, jednak odsunęła od siebie tą myśl. Przez cały czas jakiś wstrętny głosik szeptał jej do ucha, że to starszy brat jej chłopaka i nie może myśleć o nim w ten sposób. Poza tym właśnie proponowała mu przyjaźń. – Zgoda. Zostańmy tymi przyjaciółmi.
Anna nieco odetchnęła. Ale też nie wiedzieć, czemu poczuła zawód. Przez kolejną dłuższą chwilę zapanowało między nimi milczenie, które przerwał podnosząc się z ławki.
- Nie obraź się, ale muszę już iść. Angelika na mnie czeka. Ma podobno dla mnie jakąś niespodziankę. – wyznał spoglądając na zegarek, a Anna zaniemówiła. Domyślała się, jaką niespodziankę blondynka przygotowała. – Wiesz coś może na ten temat?
- Wiem.
- I?
- I ci nie powiem. Sam się przekonaj. – oznajmiła szybko czując rozdrażnienie. Nic nie dodając również wstała. Miała już ruszyć przed siebie, ale ją powstrzymał. Złapał ją za ramię i odwrócił w swoją stronę. Bez uprzedzenia obiema rękoma przytrzymał jej głowę i szybko musnął usta szatynki swoimi. Odepchnęła go od siebie i spojrzała z niedowierzaniem.
- Prosiłam cię o coś, Matthew! – zawyła z bezsilności. – Dlaczego mi to robisz?
Nie dał jej na to odpowiedzi. Uśmiechnął się pogodnie i szybkim krokiem ruszył w stronę domku zostawiając ją samą. Tym razem z piłką w ręku i jeszcze większym mętlikiem w głowie.

*
Wszedł do domku i od razu udał się schodami na górę. Dochodziła właśnie druga po południu. Angelika poprosiła, żeby do niej wpadł, więc to zrobił. Bez pukania otworzył drzwi i wszedł do pokoju, który dzieliła ze Stefanie. Widok, który zobaczył w pierwszym momencie go zaskoczył, bowiem zobaczył blondynkę leżącą na łóżku w czerwonym, aksamitnym szlafroku. Na jego widok uśmiechnęła się promiennie i wstała. Podeszła do niego i zarzuciła mu ręce na szyję.
- Co tak długo? – wyszeptała mu do ucha, po czym lekko je przygryzła. – Już myślałam, że nie przyjdziesz.
- Zaintrygowałaś mnie tą niespodzianką. – odparł powstrzymując się przed wybuchnięciem śmiechem. Wiedział, że jeśli chodziło o Angelikę nie będzie musiał długo czekać, aż zdecyduje się pójść z nim do łóżka. – Więc? – spytał, a dziewczyna wykonała kilka kroków w tył, po czym zrzuciła z siebie szlafrok, ukazując się w czerwonej, koronkowej bieliźnie i dobranych pod kolor pończochach.
- I jak? – odparła zdejmując spinkę z włosów i je tym samym rozpuszczając. – Trafiłam w twój gust?
- Nawet bardzo. – przyznał z uśmiechem.
Angelika o nic więcej nie spytała. Bez słowa zbliżyła się do niego i pocałowała. Ich pocałunek był namiętny. Dziewczyna nie czując już żadnych ograniczeń rozpięła pasek przy jego spodniach i wyciągnęła jego czarną bokserkę. Pomógł jej ją z siebie zdjąć, po czym pchnął dziewczynę na łóżko. Blondynka zachichotała i krzyknęła z rozkoszy, kiedy dotknął dłonią jej piersi. Objęła go w biodrach nogami i przyjmowała pieszczoty bruneta z coraz większą rozkoszą. Miał już rozpiąć jej biustonosz, kiedy przypomniał sobie o Annie i zakładzie. Przeklął w duchu wiedząc, że musi powstrzymać chęć zaspokojenia swoich rządz. Teraz musiał myśleć głową, a nie swoim nabrzmiałym z pożądania penisem. Wiedział, że jeśli Anna dowie się, że pieprzył się z jej koleżanką, nie pozwoli mu się do siebie zbliżyć. A jak na razie szło mu całkiem dobrze i nie chciał tego zepsuć, dlatego bez słowa wstał, pozostawiając zaskoczoną blondynkę na łóżku.
- Przepraszam. – powiedział zapinając pasek swoich spodni. – Ale to się dzieje zbyt szybko.
- Co? – nie mogła uwierzyć w to, co usłyszała. – Przecież ty zawsze…
- Wiem, ale teraz chcę, żeby to inaczej wyglądało. Mam już dość przelotnych romansów. – odparł zakładając koszulkę. – Chcę, żeby z tobą było inaczej. – dodał widząc jej minę.
Na te słowa Angelika wstała i podbiegła do niego. Zarzuciła mu ręce na szyję i wtuliła się w jego ramiona. To, co powiedział sprawiło, że chciało jej się skakać z radości. Wiedziała, że kiedyś ten dzień nadejdzie i Matthew Zimmer się w niej zakocha. Czy, aby na pewno?
- Tak się cieszę! – zawołała nie kryjąc łez radości.
Objął ją ramieniem. Był już trochę zniecierpliwiony, ale nie chciał niczego popsuć. Musiał to dobrze rozegrać, żeby niczym nie urazić dziewczyny.
- Wiesz, co? Lepiej już pójdę, bo w tym stroju jesteś cholernie kusząca. – wyznał, a ona znowu zachichotała.
Uśmiechnął się lekko. Ależ to było łatwe. Wiedział aż za dobrze, że wystarczy przekonać kobietę, iż tylko ona jedna istnieje dla niego na świecie, a już nic dla niej się nie liczy. Przestaje dostrzegać to, co dzieje się wokół niej. I zaczyna ufać bezgranicznie. Pocałował ją szybko i wyszedł. Na korytarzu natknął się na swoją obecną ofiarę. Anna widząc go wychodzącego z pokoju Angeliki wyglądała na zaskoczoną. Sądziła, że dłużej tam zabawi.
- I jak ci się podobała niespodzianka? – spytała zanim zdążyła ugryźć się w język.
- Wolałbym ją dostać od kogoś innego. – odparł i mrugnął do niej jednoznacznie.
- Pomarzyć zawsze można. – stwierdziła siląc się na obojętność, po czym szybko weszła do swojego pokoju zatrzaskując mu przed nosem drzwi.


pozdrawiam:
~Enigma
komentarze [22]

014. Mów do mnie jeszcze. >> niedziela, 29 czerwca 2008 15:43:38



Kilka słów od Autorki: Właśnie sobie uświadomiłam, że minął rok odkąd prowadzę tego bloga i piszę to opowiadanie, dlatego skorzystam z okazji i podziękuje wszystkim, którzy śledzą losy moich bohaterów. Jest mi bardzo miło, że moje opowiadanie się wam podoba. To dużo dla mnie znaczy i na pewno mobilizuje do dalszej pracy. Wiem, że notki ukazują się rzadko, ale nie zawsze ma się natchnienie i czas, żeby usiąść w spokoju i napisać coś dobrego. Mam nadzieję, że wytrzymacie ze mną jeszcze trochę ;) Przynajmniej kolejny rok :D Bez dalszego gadania zapraszam do lektury :) Z dedykacją dla wszystkich moich mniejszych i większych czytelników ;)

P.s
Dziewczyna na szablonie to Adriana Lima, a chłopak - Wentworth Miller.

*
Na miejsce zajechali w południe. Miejscowość, w której znajdował się domek ciotki Stefanie była niezwykle piękna. W około rozciągały się wspaniałe widoki. To na góry przysłonięte mgłą, to znów na jezioro znajdujące się po drugiej stronie. Zatrzymali się przed dużym drewnianym domkiem podobnym do tych, na które można się natknąć w Zakopanem. Domek otoczony był niewysokim jasnozielonym żywopłotem, a w ogrodzie stała ładna, wykonana z marmuru altanka oraz rzeźby przedstawiające jelenie i sarny. Znajdował się on niedaleko jeziora, więc nie będą mieli długiej drogi, żeby się tam dostać.
Stefanie podbiegła do bramy, przy której znajdował się domofon i wbiła na nim kod, po czym brama natychmiast się otworzyła.
- Zapraszam w skromne progi domu mojej ciotki! – zawołała, więc długo nie czekając zabrali swoje torby i ruszyli za blondynką kamiennym chodnikiem wprost do domku. Kiedy weszli do środka ich oczom ukazało się bardzo ładnie urządzone wnętrze. Podłoga pokryta była dębowymi panelami, a na ścianach w odcieniu ecri wisiały różne ozdoby. W kątach stały kosze ze sztucznymi kwiatami, które dodawały temu miejscu wytworności. Gdy przeszli do salonu przekonali się, że reszta domu urządzona jest w podobnym stylu. Wszędzie stały eleganckie, skórzane sofy i drogi sprzęt audio. Stefanie po oprowadzeniu gości przydzieliła im pokoje. Anna razem z Suzanne dostały pokój z widokiem na góry, a ich sąsiadką została Angelika wraz z gospodynią. Z początku blondynka chciała mieć pokój tylko dla siebie w razie, gdyby odwiedził ją w nocy gość. Oczywiście miała nadzieję, że Matthew zakradnie się do niej nocą, czego można się było domyśleć, po jej znaczącym spojrzeniu i wcale nie trzeba było być jasnowidzem, ale Stefanie dała jej do zrozumienia, że w razie zaistnienia takiej sytuacji zostawi ich samych sobie, więc dziewczyna na to przystała. A jeśli już mowa o brunecie, to przyjechał wraz z przyjaciółmi godzinę po nich. Od razu wnieśli swoje bagaże do pokoi znajdujących się na parterze, po czym upatrzywszy sobie stół bilardowy rozpoczęli rozgrywki. Sean także postanowił im potowarzyszyć. Zachowywali się przy tym tak głośno, że było ich słychać na piętrze. Dziewczyny z kolei postanowiły się troszkę zrelaksować, więc Stefanie zaproponowała im jaccusi. Nie minęło dużo czasu, kiedy przebrane w stroje kąpielowe siedziały już w wodzie.
- Ależ tutaj cudownie! – oznajmiła Angelika przymykając oczy. – Mogłabym tak siedzieć do wieczora.
- Nie ty jedna. – odparła Susie z cichym westchnieniem. – Twoja ciotka Stef ma piękny dom. To taki mały pałac.
- To prawda, ale po śmierci wujka nie sprawia jej już tyle radości, co wcześniej. – wyjaśniła blondynka unosząc się na wodzie. – Czuje się tutaj samotna. Planuje nawet zamieszkać niedaleko Osnabrucka.
- Chce sprzedać ten dom? – zainteresowała się Anna, na co Stefanie udzieliła jej przeczącej odpowiedzi.
- Skądże. Chce mieć jakiś domek, w którym mogłaby spędzać wakacje. A ten w pełni się do tego nadaje. Naprawdę nie ma lepszego miejsca niż Wernigerode, bo jest piękne i bardzo zaciszne. Nie ma tutaj takiego gwaru, bo to maleńka mieścina. Poza tym moja kuzynka kocha ten dom, dlatego ciotka tym bardziej nie będzie chciała się go pozbywać, pomimo, że jej córeczka od dwóch lat bawi we Francji. To właśnie do niej pojechała.
- Chyba za bardzo za nią nie przepadasz. – zauważyła szatynka zawiązując mocniej strój na szyi.
- Aż tak to widać? Ale masz rację. Nie znoszę jej, bo to przemądrzała kretynka. Zachowuje się, jakby pozjadała rozumy wszystkich największych mędrców świata, ale tak naprawdę jest głupsza od kury, bo ta przynajmniej jest pożyteczna i znosi jajka. – stwierdziła, a jej słowa wywołały śmiech u koleżanek, który rozniósł się po pomieszczeniu.
- Ty to masz czasami niezłą gadkę. – stwierdziła Angelika, kiedy w końcu się uspokoiły. – Wiecie, co wam powiem?
- Nie mamy bladego pojęcia.
- Czuję się zmęczona. I to bardzo.
- No ładnie! A miałyśmy imprezować, a zdaje się, że pójdziemy spać przed wieczorynką. – wyszeptała Stefanie z powagą. – Ale jutro to sobie odbijemy. Już ja postaram się zapewnić nam rozrywkę. Ooo! Zobaczcie! Nasi panowie w końcu przestali grać i zaszczycili nas swoją obecnością.
Wszystkie jak na komendę spojrzały w stronę wejścia i zobaczyły rozbawione twarze chłopców, którzy pościągali z siebie ubrania pozostając jedynie w bokserkach.
- Wiecie, co? – mruknęła Angelika z błyskiem w oczach. – Nie wiem jak wy, ale ja się już całkowicie rozbudziłam.

*
Po dziewiątej wieczorem obie z Susie siedziały w swoim pokoju. Szatynka suszyła włosy, podczas, gdy blondynka malowała paznokcie u rąk krwistoczerwonym lakierem. Dopiero przed niespełna godzoną wyszły z jaccusi i miały już dość wody jak na jeden dzień. Anna musiała przyznać, że dobrze się bawiła w całym tym towarzystwie i nawet przyjaciele Matthew tak bardzo jej nie przeszkadzali. Zachowywali się nienagannie i umieli rozbawić dziewczyny do łez. Co do bruneta, to traktował Anne jak powietrze. Tylko raz ich spojrzenia się spotkały, ale równie szybko chłopak odwrócił od niej wzrok. Szczególnie dziewczyna nie mogła znieść ostatnich dwudziestu minut, kiedy to Matthew zaczął ostro flirtować z Angeliką. Odniosła wrażenie, że robił to celowo, żeby wzbudzić w niej zazdrość. A jeśli to był właśnie jego cel, to w pełni mu się to udało, bowiem dziewczyna poczuła złość zarówno na niego, jak i blondynkę. A potem na siebie, kiedy zdała sobie sprawę z uczuć, które ogarnęły jej serce. Zazdrościła Angelice i bardzo pragnęła znaleźć się na jej miejscu. A to nie wróżyło niczego dobrego i doskonale zdawała sobie z tego sprawę. Długo rozmyślała nad ostatnimi wydarzeniami, przez co nie mogła zasnąć. Było już bardzo ciemno, jedynie niewielki księżyc świecił na niebie, kiedy postanowiła się przejść. Dochodziła pierwsza w nocy. Nie mogła już dłużej wyleżeć w łóżku, dlatego też po cichu, żeby nie obudzić Susie, która już dawno zapadła w głęboki sen, wstała i zabrała ze sobą szlafrok ze swojej koszuli nocnej. Założyła go na siebie i ostrożnie otworzyła drzwi. Wyszła na korytarz i na palcach skierowała się w stronę schodów, po których zeszła na parter. Postanowiła udać się do kuchni, żeby czegoś się napić. Kiedy tam doszła zapaliła małą lampkę i otworzyła lodówkę, z której wyjęła karton z sokiem pomarańczowym. Wlała go do szklanki i zachłannie wypiła. Usiadła na krześle i siedziała tak chwilę, po czym stwierdziła, iż najwyższa pora na sen, bo rano nie będzie wstanie zwlec się z łóżka. Przysunęła z powrotem krzesło do stołu i zgasiła lampkę. Była już niedaleko schodów, kiedy dostrzegła nikłe światełko wydobywające się z saloniku. Zdziwiła się, że ktoś jeszcze nie śpi. Z czystej ciekawości postanowiła sprawdzić, któż to nie może spać po nocach. Nie była zaskoczona widząc, że był to Matthew. Bardziej zaskoczył ją widok książki w jego rękach. Nie spodziewała się, że taki chłopak jak on lubi czytać. W końcu był typem imprezowicza, a to raczej do takiego wizerunku nie należało. Prawda jednak była taka, że Anna go nie znała, co już na początku ich znajomości zdążył jej uświadomić. Sama nie wiedziała, dlaczego, ale może historia, którą opowiedział jej Sean sprawiła, że pragnęła go bardziej poznać. Dowiedzieć się, jaki jest naprawdę Matthew Zimmer. Czy jest nieczułym i aroganckim dupkiem, za jakiego go uważała, czy może kimś zupełnie innym. Chciała wiedzieć, dlaczego tak bardzo lubi bawić się uczuciami innych ludzi, bowiem w tak krótkim czasie zdołał zmącić jej spokój. A ona chciała go z powrotem odzyskać. Wcześniej jednak musiała przekonać się na własnej skórze, co ją tak do niego przyciąga. Nie zmienia to jednak faktu, że bardzo się bała. Bała się rozczarowania i uczuć, które w niej wzbudzał. Uczuć, których do tej pory nie znała. Nie była pewna, czy dobrze robi i czy nie będzie tego później żałowała, ale bez słowa usiadła w fotelu stojącym niedaleko kominka, w którym palił się ogień. To właśnie stamtąd wydobywało się światło, które ją tam zwabiło. Kiedy tylko usiadła chłopak zorientował się, że ma towarzystwo. Spojrzał wprost na dziewczynę, która ścisnęła kurczowo poręcz fotela swoimi szczupłymi palcami, jakby powstrzymując się przed ucieczką.
- No proszę. Nie spodziewałem się zobaczyć cię tak wcześnie rano. Chociaż nie. To nadal środek nocy. – zaczął, po czym zamknął książkę, którą jeszcze niedawno czytał i utkwił w niej spojrzenie, w którym można było dostrzec ogniki zainteresowania. – Czyżbyś nie mogła zasnąć?
- To prawda. Nie mogłam zasnąć, dlatego postanowiłam się przejść. – odpowiedziała spokojnie i również zaczęła mu się przyglądać. Zauważyła, że ma rozpiętą koszulę, dzięki czemu mogła znowu podziwiać jego dobrze zbudowaną sylwetkę, a zwłaszcza jego dobrze zarysowane mięsnie brzucha. – Ale wygląda na to, że nie tylko ja cierpię na bezsenność. – dodała znacznie pewniejszym głosem niż wcześniej. Już teraz nie mogła się wycofać i uciec. Było na to zdecydowanie za późno. Matthew nic na to nie odpowiedział. Prychnął jedynie, a na jego twarzy znowu pojawił się ten słynny ironiczny i pewny siebie uśmieszek.
- Więc postanowiłaś dotrzymać mi towarzystwa? – spytał podnosząc się lekko z kanapy i siadając bardziej na brzegu. – To miłe.
- Staram się być miła. Ty również mógłbyś. – stwierdziła lekko się uśmiechając.
- Zawsze jestem, ale niech ci będzie. Nie powinnaś być teraz gdzie indziej? – bardziej stwierdził niż zapytał.
- To znaczy gdzie?
- Chociażby z moim bratem. – zasugerował, a Anna nie potrafiła ukryć swojego zaskoczenia. Była ciekawa, o co może mu się rozchodzić.
- Nie owijaj w bawełnę i powiedz, o co ci chodzi.
- Spałaś z nim? – odparł nie spuszczając z niej wzroku. Zarumieniła się. W pierwszej chwili chciała zaprzeczyć, ale się powstrzymała. Przypomniała sobie, że ostatnio Matthew widział ją w objęciach swojego brata na korytarzu ich domu. Wyglądało na to, że uznał, iż między nimi mogło coś zajść. Uśmiechnęła się leciutko i utkwiła w nim zaciekawione spojrzenie.
- Tak. W końcu to mój chłopak, czyż nie? – skłamała i obserwowała jego zmieniającą się twarz. Zobaczyła dziwny błysk w jego oczach, ale jego wcześniejszy uśmiech nie zszedł mu z twarzy.
- Czujesz się po tym spełniona, a może nadal niezaspokojona?
- A co to za pytania?
- Normalne. I istnieją dwie możliwe odpowiedzi: tak, albo nie. Więc?
- Tak. Jestem w pełni usatysfakcjonowana seksem z twoim bratem. Zaspokoiłam twoją ciekawość? – zapytała z pewnością w głosie, jakiej do tej pory nie miała w jego obecności.
Nie odpowiedział tylko wrócił do lektury. Zlekceważył ją. Wyglądało na to, że dla niego rozmowa dobiegła końca.
- Zaskoczył mnie twój widok tutaj. Z książką w ręku. – stwierdziła wskazując na rzecz w jego ręku. Po tych słowach ponownie na nią spojrzał. – Co to? – zapytała, a brunet poklepał wolne miejsce obok siebie.
- Usiądź tutaj, to ci pokażę. – odparł wciąż się uśmiechając. Dziewczyna znieruchomiała. Nie spodziewała się takiego warunku, ale ciekawość wzięła w niej górę. Powoli podniosła się z fotela i podeszła we wskazane miejsce. Serce przyspieszyło swoje bicie, jednakże pomimo to zapanowała nad swoimi emocjami i usiadła kilka centymetrów dalej od niego. – Mówią, że ciekawość to pierwszy stopień do piekła. – oznajmił obracając się w jej stronę, spoglądając na nią takim wzrokiem, od którego chcąc nie chcąc, zrobiło jej się straszliwie gorąco.
- Więc co to za książka? – spytała pragnąc przerwać tą pełną napięcia ciszę.
- Znalazłem ją w biblioteczce ciotki Stefanie. – zaczął otwierając ją na jakiejś stronie, gdzie zagiął róg i z powrotem zamknął. – To zbiór poezji.
- Tym bardziej jestem zaskoczona. Nie spodziewałam się, że Matthew Zimmer lubi czytać poezję.
- Lubi jeszcze inne rzeczy. – wyznał ze śmiechem ukazując przy tym swoje białe uzębienie.
- Na przykład?
- To i tak cię nie zainteresuje.
- Skąd możesz wiedzieć? – odparła cicho i po chwili poczuła jego ciepłą dłoń na swojej. Zaczął ją bardzo delikatnie gładzić, jakby bojąc się, że zaraz ucieknie. Ale Anna tego nie zrobiła. Nie uciekła nawet wtedy, gdy podniósł jej dłoń do góry i zbliżył do swoich ust. Zaczął ją całować. Poczuła, że cała drży. Nigdy wcześniej czegoś takiego nie czuła.
- Więc…? – wydusiła z trudem, kiedy w końcu wypuścił jej rękę. – Co jeszcze lubi, Matthew Zimmer?
On po raz kolejny się uśmiechnął i wręczył jej książkę ze zbiorem poezji.
- Słuchać twojego głosu. – odpowiedział po chwili i dłonią odgarnął jej włosy z policzka. – Dlatego mów do mnie jeszcze Anna. O nic więcej cię nie poproszę. – dodał i tak jak poprzednio w swoim domu musnął jej wargi swoimi, tylko, że tym razem, trwało to znacznie dłużej niż ostatnio. Tak, iż poczuła bardzo przyjemne ciepło rozchodzące się po jej ciele i pragnęła, żeby zrobił to znowu. Tak bardzo tego pragnęła, ale nic takiego się ponownie nie wydarzyło. – Nie spałaś z nim. Nie potrafisz kłamać, skarbie. – stwierdził pewny swego i wyszedł zostawiając ją samą. Tylko, że tym razem pozostawiając jej książkę w ręku.
- Co ty ze mną robisz? – spytała cicho, ale nie uzyskała odpowiedzi. Za to instynktownie otworzyła owy zbiór poezji na stronie, którą wcześniej zaznaczył. Od razu zorientowała się, co miał ma myśli mówiąc, żeby do niego mówiła.

…Mów do mnie jeszcze…Za taką rozmową
Tęskniłem lata…Każde twoje słowo słodkie
W mym sercu wywołuje dreszcze –
mów do mnie jeszcze…

Mów do mnie jeszcze…Ludzie nas nie słyszą,
a słowa twe dziwnie poją i kołyszą,
jak kwiatem, każdem słowem twem się pieszczę –
mów do mnie jeszcze…
- przeczytała i spojrzała nieobecnym wzrokiem w kominek. Ogień radośnie tańcował, a Anna zaczynała mieć coraz większy mętlik w głowie. Czego ty tak właściwie ode mnie chcesz, Matthew?- pomyślała z rozpaczą gubiąc się we własnych myślach. - Ale błagam…ty również…mów do mnie jeszcze…

pozdrawiam:
~Enigma
komentarze [20]





MusicPlaylist
Music Playlist at MixPod.com

Hello!
Witaj mój drogi gościu z numerem . Widzę, że lubisz ryzyko. Mam rację? Uprzedzam jednak, że tutaj jest naprawdę niebezpiecznie. To jak? Zagrasz? Ale uważaj! Możesz odejść ze złamanym sercem.

Link Me
Więc jak? Już zakochany? W takim razie daj upust swojej miłości i dodaj mnie do ulubionych.
Dodaj do ulubionych

About Me
Poznaj graczy. Musisz się w końcu z nimi liczyć. To silni przeciwnicy.
O mnie

Fan Book
Tutaj ustalamy stawkę i reguły. Chcesz coś zmienić, czy tylko popatrzeć?
Patrze
Pisze

The Past
Dowiedz się jak to się zaczęło.

2007
czerwiec (5)
lipiec (1)
wrzesień (1)
październik (2)
grudzień (1)

2008
styczeń (1)
maj (1)
czerwiec (2)
lipiec (3)
sierpien (1)
wrzesień (1)
październik (1)

2009
kwiecień (1)
czerwiec (2)
lipiec (2)
listopad (1)

2010
maj (1)
lipiec (1)



Love
Oni się nie boją:
Ostatni dzień życiaenigma89megan-connorswonderwallona-lubi-tesknicMarzyć o niemożliwym.appreciatedvergemademoiselle-morikoz-archiwum-eksally-erick-wonderful-love

Clubs
Tam bywamy. Może i ty wpadniesz?

Layout
Ona wie, co to ryzyko: Mademoiselle Moriko. O dziwo zawsze wychodzi zwycięsko.
Gra
http://s27.bitefight.pl/user/bite/53628